Weblog Tomasza Przechlewskiego [Zdjęcie T. Przechlewskiego]


scrum
random image [Photo gallery]
Zestawienie tagów
1-wire | 18b20 | 1wire | 2140 | 3rz | alsamixer | amazon | anniversary | antypis | apache | api | applebaum | arm | armenia | astronomy | asus | atom.xml | awk | aws | bachotek | bakłażan | balcerowicz | balta | bash | berlin | bibtex | bieszczady | biznes | blogger | blogging | blosxom | bono | borne-sulinowo | breugel | bt747 | budapeszt | canon | cedewu | chello | chiller | chillerpl | chown | chujowetaśmy | ciasto | cmentarz | contour | cron | css | csv | curl | cycling | d54250wykh | dbi | debian | dejavu | dhcp | dht22 | dia | docbook | dom | ds18b20 | dyndns | dynia | ebay | economy | ekonomia | elka | elm | emacs | emacs23 | english | ess | eu | excel | exif | exiftool | f11 | fc | fc11 | fc15 | fc5 | fc8 | fedora | fedora21 | fenix | ffmpeg | finepix | firefox | flickr | fontforge | fontspec | fonty | food | fop | foto | france | francja | fripp | fuczki | fuji | fuse | gammu | garmin | gawk | gazwyb | gdańsk | gdynia | gender | geo | geocoding | georgia | gft | git | github | gmail | gmaps | gnokii | gnus | google | googlecl | googleearth | googlemaps | gotowanie | gphoto | gphoto2 | gps | gpsbabel | gpsphoto | gpx | gpx-viewer | greasemonkey | gruzja | grzyby | haldaemon | handbrake | historia | history | hitler | holocaust | holokaust | hpmini | humour | iblue747 | ical | iiyama | ikea | imap | inkscape | inne | internet | j10i2 | javascript | jhead | k800i | kajak | kamera | kleinertest | kml | kmobiletools | knuth | kociewie kołem | kod | kolibki | komorowski | konwersja | krutynia | kuchnia | kurski | latex | latex2rtf | latex3 | lcd | legend | lenny | lesund | lewactwo | liberation | linksys | linux | lisp | lisrel | litwa | lizbona | logika | ltr | lubowla | lwp | lwów | m2wś | mapquest | mapsource | marvell | math | mathjax | mazury | mbank | mediolan | mencoder | mh17 | michalak | michlmayr | microsoft | monitor | mp4box | mplayer | ms | msc | mssql | msw | mswindows | mtkbabel | museum | muzyka | mymaps | mysql | nanopi | natbib | navin | nekrolog | neo | neopi | netbook | niemcy | niemieckie zbrodnie | nikon | nmea | nowazelandia | nuc | nxml | oauth | oauth2 | obituary | okular | olympus | ooffice | ooxml | opera | osm | otf | otftotfm | other | overclocking | panoramio | pdf | pdfpages | pdftex | pdftk | perl | photo | photography | picasa | picasaweb | pim | pine | pis | pit | plotly | pls | plugin | po | podróże | politics | polityka | polsat | portugalia | postęp | powerpoint | prelink | problem | propaganda | pstoedit | putin | python | r | radio | random | raspberry pi | refugees | relaxng | ridley | router | rower | rowery | rpi | rsync | rtf | ruby | rugby | russia | rwc | rwc2007 | rwc2011 | rzym | samba | sem | sernik | sheevaplug | sienkiewicz | signature | sks | skype | skytraq | smoleńsk | sqlite | srtm | sshfs | ssl | staszek wawrykiewicz | statistics | stats | statystyka | stix | stretch | suwałki | svg | svn | swanetia | swornegacie | szwajcaria | słowacja | tbilisi | terrorism | tex | texgyre | texlive | thunderbird | tomato | totalnaopozycja | tourism | tramp | trang | truetype | ttf | turystyka | tusk | tv | tv5monde | twitter | typetools | ubuntu | uchodźcy | udev | ue | ukraina | umap | unix | upc | updmap | ups | utf8 | varia | video | vienna | virb edit | vostro | wammu | wdc | wdfs | webcam | webdav | wh2080 | wiedeń | wikicommons | wilno | win10 | windows | windows8 | wine | wioślarstwo | word | wordpress | wrt54gl | ws1080 | wtyczka | ww2 | www | wybory | wybory2015 | włochy | węgry | xemex | xetex | xft | xhtml | xine | xml | xmllint | xsd | xslt | xvidtune | youtube | yum | zakopane | zakupy | zdf | zdrowie | łeba | świdnica | żywność
Archiwum
O stronie
wykorzystywany jest blosxom plus następujące wtyczki: tagging, flatarchives, rss10, lastbuilddatexhtmlmime. Niektóre musiałem dopasować nieco do swoich potrzeb. Więcej o blosxom jest tutaj
Subskrypcja
RSS 1.0
Podsumowanie listopada

Wizyta w rezerwacie Ptasi Raj (26/10/2018)

Jeszcze formalnie październik, ale warto też wspomnieć w zestawieniu listopadowym, bo byłem pierwszy raz w życiu w rezerwacie PtasiRaj (Sobieszewo w kierunku Górek Zachodnich). Wrażenia pozytywne (przyroda) i negatywne bo coś śmierdziało i hałasowało non stop praktycznie. Ludzi mało, bo zwykły weekday i po sezonie. Hałas był niewielki--bardziej stanowił kontrast pomiędzy pierwotną przyrodą rezerwatu--człowiek myślał że jest w Białowieży a tu coś stuka i wierci w oddali (stocznie a głos po wodzie się niesie). Puściutka-dzika plaża, ale na horyzocie widać Port Północny albo instalacje Lotosu.

Teren zagospodarowany w tym sensie że są wytyczone ścieżki edukacyjne, tablice z opisami flory/fauny, dwie wieże obserwacyjne (lornetkę należy mieć koniecznie) a nawet restauracja (przed rezerwatem oczywiście) Wracając do smrodu, to może dzień był pechowy--też nie tak że jakość strasznie cuchnęło ale było czuć że bynajmniej nie jest to zapach bryzy-od-morza.

Stutthoff -- 1-sza wizyta (27/10/2018)

Pierwszy raz w Niemieckim KL w ogóle (nigdy nie byłem w Auschwitz/Majdanku itp). Nie lubię takich miejsc oglądać ale się reklamowali że jest wystawa czasowa pn `Prawo i zagłada' o roli Policji w Trzeciej Rzeszy w Zbrodniach (jak mniemam) No więc ponieważ interesuję się historią, a temat wydał się ciekawy to postanowiłem pojechać i obejrzeć. Upewniłem się czy w Sobotę działają. Działają tyle że krócej, bo mają imprezę plenerową później.

Jadę (rowerem). Dojeżdżam o 12:20 (wg info mieli działać do 13:00).
-- Wystawa?--no dziś zamknięta
-- Nosz kurna toż się pytałem
-- No to pracujemy ale wystawa zamknięta wyjątkowo bo mamy koncert o 18:00

Czyli typowe w PL-państwówce. Mieli pretekst to sobie poszli do domu o 12.45 (bo już o tej godzinie zamknęli bramę) bynajmniej nie pomagać przy imprezie (która zaczynała się za 5h). Ale jak już tam byłem, to wlazłem na teren. Niewiele tam jest do oglądania--prawie nic. Chyba że coś pominąłem ale raczej nie, by się w oczy rzucało. Nie ma atmosfery grozy miejsca zbrodni--taka łąka a la ośrodek wypoczynkowy tyle że płot z drutem kolczastym. Krematorium niby jest ale teraz to palenie zmarłych nie jest czymś niezwykły, izby w (bodajże czterech) barakach co zostały niezniszczone/albo je odbudowali -- przerobione na sale muzealne, urządzenia sanitarne nieliczne (jedna łazienka konkretnie).

Wiele instalacji (ogród obozowy) ewidentnie nieoryginalna. To co jest to gabloty z papierami i jakimiś drobnymi przedmiotami typu łyżka czy but...

Kopalino #1 (02/11/2018)

Pierwszy raz w życiu--ciekawe miejsce, zwłaszcza po sezonie.

Tutaj są zdjęcia.

Do Jankowa k/Kowal 03/11/2018

Tam w sklepie rowerowym A. Wojtasa (m.in. masażysta Bora-HansGrohe (B-HG)) fajna impreza była, o której się dowiedziałem z FB. Trwało to 2 godziny, w tym czasie właściciel sklepu (czyli Wojtas) opowiedział (w detalach) jak wyglądało odżywianie kolarzy podczas jednego (6 godzinnego) etapu Tirreno-Adriatico (na którym R. Majka zajął 2-gie miejsce BTW). W przerwach między gadaniem gotował ryż (z owocami--przepis na zdjęciu), z którego potem zrobił kostki po 60--70g (25g suchego ryżu podobno). Masa wskazówek jak uzyskać właściwą konsystencję, jak opakować żeby łatwo odpakować na rowerze itp...

Przy okazji wiele ciekawostek opowiedział na przykład na temat diety Sagana (że misie Haribo lubi i makaron z manufaktury Martelli co kosztuje B-HG całkiem okrągłą kwotę), że B-HG ma autobus restauracyjny, tj. kolarze jedzą w autobusie, a nie w hotelu (szybciej i lulu spać), że B-HG ma samochód meblowy i przed etapem taki samochód jedzie do hotelu i wymienia materace, kołdry, itp w pokoju na swoje. Że B-HG zatrudnia 80 ludzi (do obsługi 30 kolarzy) i ma budżet 22mln EUR z czego 4mln idzie na TdF.

Tutaj są zdjęcia.

Sztutowo #2 06/11/2018

Byłem w Sztuthoffie raz jeszcze. Wykorzystałem okazję bo Elka jechała do Łomży to mnie odstawiła do Nowego Dworu Gdańskiego więc praktycznie miałem w jedną stronę podwózkę. Obleciałem cały obóz. Poprzednio pominąłem parę rzeczy typu komora gazowa. Byłem też na tej wystawie co ją chciałem obejrzeć, ale okazała się w sumie lipą. Takie tam Niemieckie bicie się w piersi (jak już wszyscy potencjalnie do oskarżenia nie żyją)--bo wystawa jest Niemiecka. Ogólnie znane fakty; no i mała--kilkanaście plansz.

Ciekawostkowo: nie było ochrony, wlazłem ot tak. Do tej pory jak tam byłem dwa razy bodajże, to zawsze opiernicz od ochrony, że rower, nie wolno itp. Bo jak już się przejdzie przez bramę, to na terenie obozu nie ma żadnego dozoru, tylko napisy że kamery są...

Wystawa niemiecka była w szklarni. Poprzednio jak byłem, to nie mogłem wejść, bo szklarnia była zamknięta. Komuś kurna nie chciało się pójść i zamka przekręcić--bo reszta obozu była dostępna, a szklarnia -- nie wiedzieć czemu -- nie.

Tutaj są zdjęcia

Otwarcie mostu na W. Sobieszewską 10/11/2018

Przypadek polegał na tym że pojechałem celem zwiedzenia rezerwatu ,,Ptasi Raj'' a nie na otwarcie (o którym nie miałem pojęcia). Nawet chciałem poczekać i obejrzeć uroczystość ale chaos był i nie było wiadomo kiedy się zacznie. Otóż organizatorzy nie pomyśleli i moim zdaniem źle zaplanowali otwarcie. Postawili mikrofony na początku mostu i przewidzieli otwarcie-podniesienie jako gwóźdż programu (bo to zwodzony jest most). Widząc tłum na moście kazali ludziom stanąć przed mostem, co znakomicie pozbawiłoby wielu możliwości obejrzenia czegokolwiek. Więc przez 15 minut trwały targi żeby tłum się cofnął, a że się nie cofał to sobie odpuściłem. Tam z boku był plac było tam zrobić przemówienia a potem otworzyć most (na przykład.)

Co do smrodu, to był mniejszy i w innym miejscu. Las przy plaży pełen śmieci i ludzi (bo to sobota była). Za to nie było hałasu ze stoczni...

Tutaj są zdjęcia. A tutaj jest filmik.

Cmentarz francuski (12/11/2018)

Impreza na 100 lecie rozejmu kończącego 1-szą wojnę światową. Ja sie znam z konsulem honorowym rep. Francuskiej (też rowerzysta) to poszedłem z ciekawości. Miał być ambasador i w ogóle...

Przyjechałem grubo za wcześnie, bo mi się godziny pomyliły, ale nie byłem pierwszy. Młody mężczyzna jakiś chodził między grobami w zielonym berecie, ale ubrany w cywilne łachy. Sylwetka sportowa, ogolony łep na rekruta... Oho myślę ochrona ambasadora. Ale potem przyszedł drugi, starszy, o lasce z całą klatą w medalach w takim samym berecie. A potem następny i jeszcze następny, razem z 10 było, w różnym wieku. Się okazało że to Polacy, bo po polsku gadali. No to się przyjrzałem bliżej bo naszywkę każdy miał na ręce:

Legion Entrangere.

O-żesz. Mówili perfekt polszyzną (do siebie bo jak się ustawili do warty to przeszli na francuski) i bez przekleństw, a nie kurwa-kurwa co drugie słowo jak nie przymierzając b. premier Belka. Czyli selekcja jest i byle kogo do Legii nie biorą.

Ciekawostka #2. Były 2 przemówienia: krótsze ambasadora i dłuższe biskupa Głodzia, który pierdyknął mowę na 10 minut (albo i lepiej), ale o czym mówił to ja nie wiem, bo było po francusku... Szczena nie tylko mi chyba opadała bo generalnie ma on nie najlepszą opinię.

Tutaj są zdjęcia.

13/11/2018 Cmentarz angielski

Podobna impreza, ale w Malborku bo tam jest cmentarz Brytyjskiej Wsp. Narodów. Słabiej wypadło. Liczyłem na kobziarzy, a przyszedł tylko pluton w mundurach polowych + pułkownik z ambasady. Orkiestry nie było, tylko na trąbce sygnały grali. Za to miejscowi się starali (a w GDA nie--z UM/Urzędu Wojewódzkiego to ja w GDA nikogo nie widziałem.)

Był jeden kombatant (na zdjęciu), ksiądz anglikański. Po uroczystości Angole złożyli wieniec (z plastikowych maków) na jednym grobie. Pytam się czy to ktoś z ich jednostki (bo tam tradycja -- oddziały po 300 lat istnieją) ale nie rodzina przysłała/dała wieniec to położyli.

Powrót w ulewnym (miejscami) deszczu. Takie były w sumie prognozy ale miałem nadzieję. Jakoś takoś jednak nie przemarzłem (dobra kurtka przeciw deszczowa) i doturlałem się z Malborka do GDA, a tam do SKM-ki bo już mi się nie chciało przez miasto jechać.

Tutaj są zdjęcia

15/11/2018 Kopalino#2/Mechowo

Drugi raz się kopsnąłem w tym kierunku. Pierwszy raz byłem w Grotach Mechowskich. Atrakcja taka sobie--bilet trzeba kupić żeby nie tyle wejść--bo słowo grota to na wyrost jest -- co podejść do groty... Nie kupiłem:-) Spieszyło mi się, poza tym płot jest 5m od groty i jest ażurowy więc widać co jest za płotem...

Tutaj są zdjęcia.

Upgrade roweru

Cichcem zrobiłem upgrade swojej bryki CX kupując koła Campagnolo Vento (drugie od dołu:-) 1100 PLN nowe). Fajne koła za 400 PLN, używane, ale w dobrym stanie. Jeszcze nawet opony dodał gość, ale te akurat 23mm i dupiate (Hutchinson za 40 PLN nowe) w zasadzie do wywalenia, mimo że w dobrym stanie, m.in. dlatego, że ja definitywnie przeszedłem na 25mm.

Ponadto wymieniłem sztycę, bo w starej już dwa razy złamała się śruba mocująca. Niby firmowa (Amoeba), a miała IMO defekt konstrukcyjny: śruby mocujące siodło to zaledwie #5. No ktoś przesadził. Minimum 6mm i się nie łamią. Tu z kolei kupiłem niby karbonowego Ritcheya, a nieoficjalnie chińską podróbkę tegoż (za 170 PLN nie kupi się Richeya). Że chiński to wskazuje także to, że sztyca ma ciut za małą średnicę i się osuwała w rurze podsiodłowej. Okleiłem ją taką taśmą przeciwogniową z warstwą aluminium (klej ma toto dobry) i jakby teraz nie spada...

Jeszcze dokupiłem pedały jednostronne Kellys za 99 (przecenione z 300 PLN na Allegro). Fajne pedały. Wreszcie przypadkiem nowe siodło 4za za 95 PLN (czyli Ridley--żółte do żółtego roweru!) Kiedyś używałem podobnego siodła i się pałąk łamał--kijowe było, ale tamto to był Stratus a to Cirrus (wizualnie to to samo:-). Ten Cirrus to nawet jest tańszy--ale to może i lepiej, bo tańsze to często są trwalsze

Rower waży teraz 9,9kg (opony 35mm, dętki też niczego sobie) co uważam za b. dobry wynik.

url | Thu, 29/11/2018 04:49 | tagi: , ,
Rysowanie profilu wysokości w R

Ze śladu GPX prostym skryptem wyciągam co trzeba tworząc plik CSV o następującej zawartości (nazwy kolumn: data-czas,wysokość,prędkość,dystans przebyty):

daytime;ele;speed;dist  

Teraz poniższym skryptem rysuję profile wysokości (wysokość/prędkość vs czas oraz wysokość/prędkość vs dystans)

library(reshape)
require(ggplot2)

graphWd <- 6
graphHt <- 5

args = commandArgs(trailingOnly = TRUE);

if (length(args)==0) { stop("Podaj nazwę pliku CSV", call.=FALSE) }

fileBase <- gsub(".csv", "", args[1]);
outFile1 <- paste (fileBase, "_1.pdf", sep = "");
outFile2 <- paste (fileBase, "_2.pdf", sep = "");

what <- args[2];

# http://stackoverflow.com/questions/7381455/filtering-a-data-frame-by-values-in-a-column
d <- read.csv(args[1], sep = ';',  header=T, na.string="NA");
coeff <- median(d$ele)/median(d$speed)
d$speed <- d$speed * coeff


p1 <- ggplot(d, aes(x = as.POSIXct(daytime, format="%Y-%m-%dT%H:%M:%SZ"))) +
  geom_line(aes(y = ele, colour = 'wysokość', group = 1), size=1.5) +
  geom_line(aes(y = speed, colour = 'prędkość', group = 1), size=.5) +
  stat_smooth(aes(y=speed, x=as.POSIXct(daytime, format="%Y-%m-%dT%H:%M:%SZ"), colour ='prędkość wygładzona')) +
  ylab(label="Wysokość [mnpm]") +
  xlab(label="czas") +
  scale_y_continuous( sec.axis = sec_axis(name="Prędkość [kmh]",  ~./ coeff)) +
  labs(colour = paste( what )) +
  theme(legend.position="top") +
  theme(legend.text=element_text(size=12));
p1
ggsave(file=outFile1, width=graphWd, height=graphHt )

p2 <- ggplot(d, aes(x = dist)) +
  geom_line(aes(y = ele, colour = 'wysokość', group = 1), size=1.5) +
  geom_line(aes(y = speed, colour = 'prędkość', group = 1), size=.5) +
  ##geom_smooth() +
  stat_smooth(aes(y=speed, x=dist, colour ='prędkość wygładzona')) +
  ylab(label="Wysokość [mnpm]") +
  xlab(label="dystans") +
  scale_y_continuous( sec.axis = sec_axis(name="Prędkość [kmh]",  ~./ coeff)) +
  labs(colour = paste( what )) +
  theme(legend.position="top") +
  theme(legend.text=element_text(size=12));
p2

ps <- stat_smooth(aes(y=speed, x=dist));

ggsave(file=outFile2, width=graphWd, height=graphHt )

Teraz na koniec ciekawostka. Mój smartfon produkuje pliki GPX z superdokładnym stemplem czasu np. 2018-08-23T04:52:43.168Z, na czym wysypuje się R. Po prostu usuwam część po kropce dziesiętnej oraz samą kropkę (tj. .168Z) i działa.

url | Fri, 31/08/2018 07:40 | tagi: , ,
Wycieczka do Gruzji #4
Pierwszy raport (może będzie później bardziej szczegółowy)...

Guesthouse #1


Guesthouse #2


Guesthouse #3


Ushguli



Lodowiec (po drodze)

Dojazd 18--19.08

Wyjazd 8:20 z Sopotu na Lotnisko Katowice-Pyrzowice. Po drodze przystanek w Częstochowie w lokalu Bistro-Setka (polecamy). Samochód został na parkingu Wczasowicz (też polecamy).

Start krótko po 17:00 Lądowanie w Kutaisi około 22:00 (różnica czasu). Od razu lecimy po gruzińską kartę SIM. Mamy wprawdzie gruzińskie SIMy z poprzedniej wycieczki, ale akurat nie ma tej konkretnej firmy w Kutaisi na lotnisku (karta była kupowana w Tbilisi). Ponieważ jest jedenasta w nocy, ponieważ rano pojedziemy na zadupie gdzie w ogóle nic przypuszczalnie nie załatwimy i ponieważ karta kosztuje zaledwie kilka lari kupujemy nowe. Procedura jest szybka i sprawna tyle, że moja karta nie działa. Nie było czasu na reklamacje, ważniejsze było dostanie się do Kutaisi więc problem odpuściłem. Kupiliśmy bilety na marszrutkę i pojechaliśmy do miasta. Po drodze dołączyliśmy do dwójki dziewczyn z PL, które miały rezerwację w hostelu. One miały, my nie ale też nas przenocowali za 15 GEL/osobę. Do tego zamówili taksówkę na rano na dworzec autobusowy skąd odchodzą marszrutki do Mestii. Bilet do Mestii kosztuje 25 lari. Odjazd o 8:00.

Po dotarciu do Mestii spotykamy się z naszym przewodnikiem, który wiezie nas na kwaterę. Mówiąc całkiem szczerze to kupiliśmy kota w worku. Zabrałem się bowiem za organizowanie naszego trekingu na tyle późno, że przewodnika wynajeliśmy w klasycznej strategii rozpoznania walką. Po wpisaniu w google trekking Mestia Ushguli, wysłałem mejla do firmy, której strona/opis mi się spodobała. Firma odpisała że jak najbardziej a nawet w terminie 20--23 będzie przewodnik mówiący po polsku. OK, wchodzimy w to. Teraz w Mestii poznajemy w co...

Więc polskojęzyczny przewodnik nazywa się Agnieszka i Lasza, polsko-gruzińskie małżeństwo prowadzące firmę pn. GeoPol travel (są na FB). Nas poprowadzi Agnieszka (pierwszy dzień z mężem). W kontrakcie mamy też wyżywienie, co w praktyce oznacza, że każdy guesthouse serwuje nam śniadanie i kolację oraz wręcza launchbox do zjedzenia na trasie. Jedzenie nieprzetworzone: chleb, ser, warzywa... Samo zdrowie...

Rozpakowujemy się. Popołudnie czas wolny, trekking rozpoczynamy jutro. Zwiedzamy Mestię, w tym muzeum oraz wieżę do której można wejść. Po powrocie z miasta okazuje się, że mamy towarzystwo w hostelu: dokwaterowała się wycieczka z Izraela (ok 10 os osób--nie liczyliśmy dokładnie)

dzień #1: 20.08 Mestia-Zabeshi (17,0 km na moim GPS)

Rano śniadanie o 8:00. Wycieczka z Izraela je wcześniej i wcześniej wychodzi na tą samą trasę co my (wkrótce ich miniemy bo wolno chodzą). Ponieważ wynajęliśmy przewodnika trekking przebiega bezstresowo. Idziemy tam gdzie każą i podziwimy widoki po drodze. Atrakcją są noclegi, będące okazją do poznania ludzi dosłownie z całego świata. Pierwszy nocleg mamy w guesthausie Beqa Naveriani (Beka to popularne imię męskie tutaj). Na kwaterze jesteśmy my i 6 Niemców + ich przewodnik (których nb. już poznaliśmy na trasie). Niemcy (starsi od nas) idą bez bagaży, które wiezie wynajęty koń powożony przez wynajętego człowieka. Można wynająć samochód, bo do wiosek idzie dojechać drogą, ale podobno koń jest tańszy. Wspólną kolację zakłóca wyłączenie prądu (do rana). Trochę siedzimy przy świecach, ale w końcu idziemy spać. Wstaję rano i prądu dalej nie ma. Nie ma też w związku z tym wody w kranach i nie tylko (jak u Kazika S.: wszystkie deski zasikane/wszystkie kible zasrane/Mars napada) Rano podczas śniadania włączają prąd.

dzień #2: 21.08 Zabeshi-Adishi (11,6 km)

Śniadanie o 8:00. Po drodze zbieramy grzyby, które Agnieszka przygotuje na kolację. Nocujemy (guesthouse Bedo&Tamila jeżeli dobrze odczytałem nazwę) w składzie: 2 Hindusów, Hiszpan (wszyscy Cambridge/fizyka) Węgierka + Francuz mieszkający w Budapeszcie, Żydówka z Izraela (polskie korzenie) oraz dwóch Niemców z Monachium, pokonujących szlak na rowerach downhillowych (jeden z Polskim nazwiskiem, ale nic poza tym). Z tym downhillem to dziwaczny pomysł, ja bym nie rekomendował...

dzień #3: 22.08 Adishi-Iprali (18,5 km)

Dzień najdłuższy na całej wycieczce. Urozmaiceniem jest przejazd przez rzekę na koniu (z braku mostu). Można przejść, ale wtedy trzeba mieć jakieś inne obuwie no i zdejmować buty. Po drodze do Iprali mijamy pozostałości wioski Khalde Nocujemy w Ucha guesthouse, w którym nocuje chyba połowa tych co idą szlakiem do Iprali i nie chcą spać w namiotach:-)

dzień #4: 23.08 Iprali-Ushguli (16,1 km)

W zasadzie koniec wielkiego trekkingu. Rano jedziemy do Uszguli samochodem. Tam idziemy oglądać lodowiec, po powrocie zwiedzamy Uszguli. Około 16:00 powrót samochodem do Uszguli (2 godziny, bo droga jest w budowie) W Uszguli/Mestii jest masa rowerzystów na rowerach MTB. NB: byłem już 3 razy w Gruzji i praktycznie nie widziałem rowerzystów, a teraz całe stada--miejscowi (głównie dzieci), turyści. Widziałem nawet porządny sklep w Kutaisi i masę rowerów na targu (tureckim) tamże. Nie wiem czy to ,,efekt Swanetii'' czy też rowery stały się bardziej popularne w całej Gruzji.

dzień #5: 24.08 Mestia (ok. 20km)

Zostajemy jeden dzień dłużej w Mestii i idziemy oficjalnym szlakiem na punkt widokowy Zuruldi. Trasa taka sobie, bo połowa wiedzie wzdłuż drogi asfaltowej. Nie dochodzimy do Zuruldi tylko do Heshkili huts. Tam spotykamy wycieczkę młodych Gruzinek. Jedna przyznaje się do Polskiego pochodzenia (babka Różycka). To już trzecia osoba przyznająca się do Polskiego przodka BTW (Żydówka/Adishi, Angielka/Iprali). Wracamy tą samą drogą.

Powrót

Sumując przeszliśmy ok 63,0km + 20km ostatniego dnia idąc na Zuruldi (ale nie dochodząc tam)...

Odjazd z Mestii teoretycznie 8.00 Teoretycznie bo przez circa 30 minut busik krążył po mieście w poszukiwaniu pasażerów, których ciągle brakowało do kompletu. W końcu zdesperowany kierowca zajechał na stację benzynową na rogatkach miasta, gdzie zarządził przesiadkę do innego busa. Teraz już był prawie komplet, tyle że to nie był koniec kombinacji. Po jakieś pół godzinie zjeżdżania serpentynami z Mesti do Zugdidi pojawił się nieoczekiwanie pierwszy bus z jednym pasażerem w środku--który później okazał się zmiennikiem kierowcy a z pobliskiej chałupy wyłonił się tłum 9 Gruzinów, ewidentnie kandydatów na wakujące 5 miejsc. Kurcze co teraz...

Szczęśliwie z tej dziewiątki, troje było żegnających, więc nie było aż tak wielkich problemów z upchaniem reszty. Papierosek, buzi-buzi i jedziemy. Nawet nam idzie i doganiamy całe stado marszrutek, które robią sobie przerwę w no-name miejscu przed Zugdidi. Niestety nasi kierowcy też tu śniadaniują potem palą, co w rezultacie skutkuje następnymi 30 minutami w plecy. Jest 10:30, jechaliśmy może 1,5 godziny reszta to przerwy. No ale teraz bus rwie w dół i jest nadzieja. Całkiem sprawnie mijamy Zugdidi, zjeżdżamy do stacji benzynowej. Przerwa. Idziemy do sklepu, wracamy a samochód właśnie odjechał chuj-wi-gdzie. Współpasażer z Ukrainy oznajmia, że celem wymiany koła. Siedzimy czekamy. Bus wraca po 20min. Jedziemy dalej ale nie za długo bo bus zjeżdża do pierwszej przydrożnej wulkanizacji. Coś jednak nie gra, ale widać nie mają tego co trzeba bo stoimy zaledwie 5 minut i jedziemy do następnej przydrożnej wulkanizatorni, a potem do jeszcze następnej. Tam chyba mają. Chyba bo nie jedziemy dalej, ale też nic się nie dzieje. Kierowcy poszli do kanciapy wulkanizatora i widocznie na coś czekają. Po 20 minutach wreszcie pojawia się podnośnik i nowe (pardon nowsze koło). 2 minuty roboty i możemy jechać dalej... Ciekawe czemu służyły te 20 minut przygotowań... Jesteśmy zdrowo spóźnieni docierając około 15:00 do Kutaisi. Wysiadamy życząc współpasażerom bezawaryjnej dalszej jazdy do Tbilisi, do której dotrą -- w razie spełnienia się naszych życzeń -- po następnych 4h czyli około 19:00 (11 godzin w busie celem przejechania około 450km)

Różne rzeczy

Olympus OMD/EM10 + Sony RX100M3. GDP pocket się sprawdził i warto go zabierać. Powerbanki okazały się niepotrzebne, ale chyba jednak warto je zabierać. Pogoda Była rewelacyjna. W szczególności zero opadów.

Do pobrania ślad ze zdjęciami; ślad ze wszystkimi zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

url | Thu, 30/08/2018 11:17 | tagi: , , , ,
Wycieczka do Lwowa 2018

Że Wizzair lata z GDA do Lwowa, to polecieliśmy na wycieczkę.

W poniedziałek 16 lipca o 6:50 polecieliśmy, lądując 1:30 później, tj. circa 9:15 we Lwowie. Ja w sobotę się zaprawiłem na rowerze na fest i wprawdzie w niedzielę było trochę lepiej, ale w poniedziałek dalej byłem cały zasmarkany, więc niespecjalnie mnie ucieszył rzęsisty deszcz na powitanie we Lwowie. Elka mówi, że prognozy są kiepskie i będzie padać cały tydzień. No masz załatwię się na amen...

Sprzed terminala pojechaliśmy trolejbusem do centrum. Nasza kwatera, wynajęta przez AirBNB jest na ulicy Szpitalnej. Pierwszy punkt wycieczki zatem, to dotrzeć na Szpitalną. Ciągle leje. Trolejbus dociera do centrum. Wysiadamy, w kiosku kupujemy kartę SIM (za circa 8PLN) i idziemy do kawiarni zamienić karty w moim Xiaomi. Internet działa na początku kiepsko (potem jest OK), ale ponieważ Szpitalna jest w pobliżu, to bez problemu znajdujemy kwaterę. Lokal jest OK.

Po zainstalowaniu się w kwaterze zwiedzamy stare miasto i wchodzimy na wzgórze pn Wysoki Zamek. Wracamy na kwaterę o 17:00.

Cmentarz Łyczkowski

Ponieważ pogoda w kolejnych dniach jest niepewna, to decydujemy się zwiedzić cmentarz Łyczakowski póki nie pada. Idziemy na cmentarz piechotą, żeby po drodze zwiedzić miasto (można tramwajem jechać). W rezultacie zwiedzanie plus dojście zajmuje nam pół dnia. Do tego ponad godzinę trwa konsumpcja obiadu, a to dlatego, że długo trzeba czekać na podanie (częste w restauracjach, które zwiedziliśmy; być może powodem jest sezon turystyczny). Po obiedzie jedziemy do miasteczka Żółkiew. Do Żółkwi jeżdżą autobusy z Północnego Dworca Autobusowego (ulica Bohdana Chmielnickiego 225). Ponieważ dworzec jest dość daleko od centrum, to pytamy się baby w kiosku czym dojechać. Mówi, że tramwajem nr 6 bodajże (zły pomysł, bo potem jeszcze trzeba kawałek podejść--podała po prostu numer tramwaju z najbliższego przystanku). Zwiedzamy Żółkiew, wracamy. Tym razem po dotarciu z powrotem do Północnego Dworca Autobusowego idziemy na autobus (bo już wiemy że tramwajem nie warto). Na kwaterę docieramy nawet później niż pierwszego dnia (około 18).

Od programu wycieczki była Elka, ale ja wieczorem przeglądając Internet znajduję informacje, że jest tu potencjalnie ciekawy i godny obejrzenia skansen. W środę postanawiamy jechać/iść do skansenu. Janek od razu odmawia, bo się zmęczył -- będzie dalej zapoznawał się z centrum Lwowa.

Plan wprawdzie był żeby jechać do skansenu tramwajem, ale upieram się, że to blisko więc idziemy. Google wytycza dziwną trasę -- po lesie -- długą na 3,1km. Skansen jak najbardziej jest OK i ciekawy, spędzamy tam 1,5h. Wracamy. Tym razem idziemy na trolejbus, tyle że jakoś nie możemy trafić na przystanek. Włączam Xiaomi. Do opery jest 2,1km--eee idziemy. W kwaterze jesteśmy o 14:00. Idziemy z Jankiem na obiad do Premiery Lwowskiej. Podają szybko i sprawnie ale i tak po obiedzie jest już w miarę późno. Jak rano we wtorek łaziłem do mieście, to znalazłem kilka małych muzeów w rynku. Idziemy zobaczyć co tam jest. Pierwsze muzeum jest w budynku palarni kawy. Wchodzimy i z mety chcą nam sprzedawać bilety -- ale za co? Oprócz tabliczki muzeum, i że zbiory etnograficzne, to nic więcej nie wiadomo -- odpuszczamy. Drugie też odpuszczamy. Jakaś wystawa czasowa jest reklamowana, którą uznajemy za nieciekawą i nastawiamy się na zwiedzanie ostatniego -- muzeum poczty -- potencjalnie ciekawe. Podchodzimy do budynku, drzwi otwarte, w środku ewidentnie trwa remont. No to mamy zwiedzone -- idziemy do domu... Elka po drodze jeszcze dostrzega, że Opera jest otwarta i można ją zwiedzać -- to zwiedzamy.

Drohobycz

W czwartek do Drohobycza. Janek znowu zostaje, bo mu się nie chce. Elka za to ustaliła, że można tam pojechać autobusem, który odjeżdża spod dworca kolejowego. Idziemy na dworzec (w miarę blisko, circa 2km). Sugeruję najpierw sprawdzić czy nie da się pociągiem. Są rozkłady, ale dla pewności idziemy do informacji kolejowej, tym chętniej że przed okienkiem nie ma żadnej kolejki. Się okazuje, że nie ma bo płacić trzeba -- 5 hrywien. Najpierw płacisz potem mówią co wiedzą. Nietypowe, ale co kraj to obyczaj. Nawet paragon za te 5 hrywien dali...

Idziemy do kas. Bilet na przejazd kosztuje około 7 PLN. Pomimo tak nędznej ceny mamy rezerwację miejsca, ale -- ciekawostka -- żeby kupić bilet trzeba pokazać paszport. Nasz pociąg jedzie z Diepropietrowska do Truskawca, a nasz wagon to wagon sypialny, tyle że my siedzimy, a nie leżymy. Prycza twarda jak deska, a naprzeciw nas drzemie przykryta kocem dziewczyna. Też jedzie do Drohobycza, co się ujawni po godzinie i 30 minutach (tyle jedzie pociąg ze Lwowa do Drohobycza). Obsługa pociągu przynosi bilet przed stacją, na którą ma się wysiąść (jak w PL w sypialnych); dziewczyna wstaje podnosi pryczę, się okazuje, że tam jest miejsce na bagaże -- wsadza koc i wyciąga swoje walizki. He, być może i my mogliśmy na kocu zamiast na dechach ale to już nieistotne...

W Drohobyczu zbiera się na deszcz. Jedyną taksówkę wynajęli inni Polacy, idziemy na autobus. Trzeba podjechać ponieważ dworzec jest za miastem. Zwiedzanie zaczynamy od cerkwi św. Jura (czyli Jerzego). Za zwiedzanie trzeba zapłacić; w zamian przewodniczka opowiada szczegółowo o historii cerkwi (po ukraińsku, więc osobiście to nie wszystko rozumiem). Wychodzimy z cerkwi--pada deszcz... Elka coś wyczytała o wydobywaniu/kopalni soli w Drohobyczu a pani z cerkwi indagowana w sprawie potwierdza, że faktycznie tuż obok istnieje coś takiego. Idziemy szukać...

Okolica mało malownicza i nie możemy znaleźć. Miejscowy wskazuje konkretne miejsce, wyglądające jak tytułowa Baza z powieści Baza ludzi umarłych Newerlego. Kompleks baraków w stanie daleko posuniętego rozkładu. Przed jednym z baraków wielka kupa kłod drewna i facet z siekierą... Omijamy dziada, pytamy się kobiety, która wylazła z któregoś z baraków. Tak jest fabryka soli, nie ma żadnego muzeum. Generalnie to nie są szczęśliwi, że nas tu widzą, ale pozwalają obejrzeć instalacje. Faktycznie produkują tutaj sól metodą `na króla Ćwieczka': pompują solankę z 50 metrów bodajże, która potem jest odparowywana w dwóch sporych rozmiarów odparnikach a sól ostatecznie `konfekcjonowana' w trzech betoniarkach... Facet rąbiący drewno zapewnia energię potrzebną do odparowania wody. Post factum znalazłem w Internetach coś takiego:

Stara jak Drohobycz `manufaktura', położona między dwiema starymi drewnianymi cerkwiami, do dziś produkuje sławną `Jodowaną Sól Drohobycką' stanowi również `funkcjonujący eksponat' Muzeum Ziemi Drohobyckiej! Za małą opłatą można spokojnie zwiedzić zakład pod nadzorem pracowników, a także zrobić kilka zdjęć na pamiątkę (www.nieznanaukraina.pl/2045/drohobycka-kopalnia-fabryka-soli/).

Dla mnie to był Dickens (Karol) a nie żaden `funkcjonujący eksponat'. Być może dorabiana jest muzealna teoria żeby dziadostwo lepiej wyglądało. W szczególności nigdzie nie widzieliśmy żadnej tablicy informacyjnej iż i jakoby jest to `Muzeum Ziemi Drohobyckiej', które faktycznie istnieje ale w innym miejscu (nie byliśmy)... Nastawienie obsługi też nie było entuzjastyczne do zwiedzania, a zwłaszcza do robienia zdjęć.

Ustalamy, że w zasadzie to wracamy, tyle że po drodze obejrzymy jeszcze miejsca związane z Bruno Szulcem oraz synagogę (udaje się). Ponieważ dworzec kolejowy jest za miastem, a autobusowy bliżej centrum Elka decyduje żeby wracać autobusem. Cena z grubsza ta sama. Atrakcją 20 km jazda po monumentalnych dziurach. Drogę porównywalnej `jakości' widziałem dotąd raz w życiu w Armenii w dolinie Alawerdi.

W piątek odlot o 14:10. Dla pewności ustalamy że na lotnisko pojedziemy o 11:00 więc wizyta w Drohobyczu to był ostatni punkt wycieczki, bo do 11:00 to już nie będziemy niczego zwiedzać (tym bardziej, że większość biznesów zaczyna się tak co najmniej od 9:00). Robimy odprawę przez internet, potem idę na miasto wydrukować karty pokładowe i wydać 200 hrywien co nam zostały. Kupuję ormiański lawasz:-) i ser wędzony. Terminal pustawy, nie to co w GDA. Przed kontrolą bagażu w szczególności nie ma żadnej kolejki... O 14:10 odlot do GDA.

BTW w GDA pan z Wizzair skierował mój plecak do bagażu (nieodpłatnego), bo za duży. Że niby teraz duże bagaże są transportowane w luku mimo, że dalej są `podręczne' (formalnie i zgodnie z nowym regulaminem nie ma gwarancji, że bagaż podręczny poleci z pasażerem). Można oddać od razu lub przy wsiadaniu do samolotu. Wybrałem to drugie, a na płycie lotniska już się nikt nie upominał o mój plecak więc ostatecznie pojechał ze mną a nie w luku bagażowym.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

url | Fri, 27/07/2018 09:22 | tagi: , , ,
Pętla: Skarszewy-Starogard-Pelplin-Tczew

Pojechałem sobie w niedzielę (19.05) właśnie taką trasą

Mieszkając w środku 3Miasta ma się problem z wyjechaniem z miasta w kierunku wschód/zachód. Na północ się nie pojedzie, bo morze. Pozostaje południe, tyle że się nudzi te ciągłe jeżdżenie na kierunku Osowa-Chwaszczyno-Kielno.

Weekend jest zatem dobrym momentem przejechania przez duże miasto w miarę sprawnie (światła/ruch/skrzyżowania), a zwłaszcza w godzinach porannych. Tak do 6:00--7:00 Gdynia to prawdziwe #GhostTown. W Gdańsku jest już wtedy większy ruch, ale też bez porównania z tym co się dzieje później, o ruchu w normalne dni/godziny nie wspominając.

No to pojechałem na Kociewie, rozpoczynając o 7:10. Wg planu przejechałem Gdańsk swoją trasą optymalną (dłuższą niż wzdłuż al. Zwycięstwa ale minimalizującą liczbę świateł, na których trzeba stawać i czekać na zmianę): Czyżewskiego-Polanki-Partyzantów-Matejki-Do Studzienki. Potem Końskim Traktem aż do Ronda Ofiar Katynia (lepiej znanym pod nazwą Plac Zebrań Ludowych). Teraz 3 Maja-Armii Krajowej i myk już jestem na #DK91. Ruch znikomy więc komfortowo pomykam na Pruszcz. DK91 generalnie jest bezpieczna, bo szeroka, tyle że jak jest duży ruch to hałas jest. Tą ścieżką na wale nie jeżdżę--nawierzchnia słaba/dużo przeszkód typu wysokie krawężniki. Nie mam obowiązku używania tej ścieżki zresztą więc działam też zgodnie z kodeksem.

Wylot (albo wlot) na Starogard (#DK222) jest zamknięty -- bo remont -- więc jadę dalej do Pruszcza z zamiarem wjechania na #DK226 albo #DK222. Skręcam od razu w ul. Raciborskiego, czyli decyduję się na DK222. Bym jechał dalej to mógłbym skręcić w ul. Zastawną (pierwszy skręt w prawo za Radunią). O tyle ten wariant jest nie-ten-teges, że ileś świateł jest po drodze i to takiej pryncypialnej, że trochę głupio na czerwonym wjeżdżać (a nawet bardzo głupio). Się zresztą okazało, że DK222 jest remontowana nie tylko na odcinku ulicy Starogardzkiej, ale później też. Co jakiś czas ruch jest tylko jednym pasem. Światła na krańcach takich odcinków skutecznie zniechęcają potencjalnych użytkowników, więc droga jest praktycznie pusta. Hurraaa! Do tego wiatr w plecy więc podjeżdżanie na odcinku Pruszcz--skrzyżowanie DK222/DK226, gdzie generalnie jest pod górę, idzie w warunkach komfortowych.

Dalej też zgodnie z planem DK226 do Mierzeszyna, a tutaj wątpliwość co dalej z uwagi na niejasny drogowskaz. Pytam się miejscowego, ale on nie wie, która to 226 (co za ciemniak), i że jak na Nową Karczmę to prosto. Na szczęście się go nie słucham i skręcam w lewo. Droga robi się jakościowo mocno średnia: dziur nie ma, ale nawierzchnia jest wyboista więc trzęsie. Sucha Huta--odludna wieś na skraju dużego lasu. Jeszcze parę kilometrów i skręt na Skarszewy. Do tej pory miałem wrażenie, że wjeżdżam z prawym bocznym przeciwnym wiatrem pod górę. Teraz będzie z wiatrem w plecy. No i dużo w dół, bo generalnie mam się finalnie znaleźć na poziomie Wisły.

W Skarszewach kilka fotek w tym malownicze rozlewisko Wierzycy i dalej jadę na Starogard. Przed Starogardem w Linowcu natykam się, prawie na poboczu na zastrzelonego jelenia. Dziwna sprawa, bo jest około 10:00 a zwierzę leży. Jeżeli to efekt polowania (o czym by świadczyłaby ogromna dziura z boku klatki piersiowej), to pewnie straciło życie wcześnie rano więc upłynęło już wystarczająco dużo czasu żeby go zabrać. Anyway pierwszy raz w życiu widzę coś takiego.

Starogard bez historii--nie planują się tutaj zatrzymywać. Jadę na Pelplin drogą #DK222/#DK229. Wzdłuż obu zbudowali ścieżkę, a na drodze non stop zakaz jazdy rowerem. Zakaz to zakaz--nie jadę. Ścieżka jest bardzo dobrej jakości. Da się jechać szybko, prowadzi jedną stroną drogi więc nie ma tak uciążliwych w przypadku wielu innych ścieżek miedzymiastowych zmian prawa/lewa strona drogi co kilka kilometrów.

Mijam A1 (aka autostrada Bursztynowa), wjeżdżam do Pelplina. To tak w ogóle ciekawe miasteczko jest i godne zwiedzania: muzeum diecezjalne/katedra, ale ja zwiedzałem i jedno i drugie niedawno, więc tylko zdjęcie katedry na dowód, że byłem i jadę dalej kierując się na Rajowy-Maniowo-Radostowo.

Droga znowu robi się wyboista (ale nie dziurawa). Tempo spada wiatr przestał wiać w plecy, jest teraz boczny, często niesprzyjający. W Rajkowach widzę kościół i skręcam. Dobra decyzja: przy kościele stary cmentarz z grobami z końca 19 wieku. Polskie nazwiska i inskrypcje. Jeden kuty krzyż o interesującym wyglądzie oraz jeden żeliwny odlewany. Ha, jeden skalp więcej (mowa o tym żeliwnym odlewanym--których geotagowane zdjęcia kolekcjonuję). Następny przystanek jest już planowany: gospodarstwo pn. Radostowskie Rarytasy. Z daleka widać napis sprzedaż serów czy jakoś tak.

Radostowskie Rarytasy wypatrzyłem na Facebooku. Spodobało mi się, że się fajnie promują. Teraz mam okazję zobaczyć sklep w realu i też mi się podoba. Kupuję kilka małych kawałków różnych serów. Każdy elegancko opakowany w firmowy papier. Do tego masło dla Elki. Pani proponuje jeszcze twaróg i mleko, no ale ja nie mam już miejsca w plecaku, no i do Sopotu jeszcze trochę zostało więc plecak za ciężki to też nie powinien być. Pani sprzedawczyni robi mi zdjęcie przed sklepem i jadę dalej.

Wjeżdżam na DK91 w Subkowach, skręcam na Tczew.

Oczywiście Tczew też warto zwiedzić tak w ogóle, ale ja tu już byłem milion razy więc nie wjeżdżam do miasta tylko DK91 na Gdańsk.

NB chciałem wracać przez Żuławy, ale zmieniam zdanie. Na liczniku już circa 120 km, do domu jeszcze trochę zostało. Szacuję że jak pojadę DK91 to wyjdzie circa 170. Przez Żuławy byłoby dalej. Jadę DK91. Wbrew pozorom jazda tą drogą jest całkiem OK--ruch jest mały, bo większość aut jeździ po A1. Teraz jest pod wiatr, ale ponieważ jest ciepło, to jest OK, tyle że jadę wolniej niż gdyby wiało w plecy.

W Gdańsku mógłbym wracać z grubsza tą samą trasą co jechałem rano, ale decyduję się na inny wariant: DK91 do Huciska (tunelem pod DK501/Armii Krajowej w szczególności)-- Podwale Staromiejskie--Podmłyńska/Rajska (albo Stolarska/Łagiewniki). Jeżeli Podwale Staromiejskie to do skrzyżowania przy Zieleniaku no i dalej standard czyli ścieżka rowerowa wzdłuż al. Zwycięstwa. Jeżeli zaś Stolarska/Łagiewniki, to bardziej skomplikowana trasa: Marynarki Polskiej--Uczniowska--Czarny Dwór itp. Dziś wybieram wariant #1 Podmłyńska/Rajska--al. Zwycięstwa.

W domu jest tuż przed 15:00, na liczniku (prawie) 170km.

Niedziela

Zaczynam godzinę później tj. 8:10. Miasto puste (niehandlowa niedziela BTW). Trasa znana i już raz objechana w całości, a wielu fragmentach, to nawet wielokrotnie: Gdynia-Pierwoszyno-Mrzezino-Puck-Łebcz-Władysławowo. W Pucku ciekawostkowe muzeum jest BTW eksponujące modele wodnosamolotów Lublin R-XIII (nie zwiedzałem, podobno ciekawe). Inna atrakcja w drodze do Pucka to Rzucewo gdzie jest pałac/hotel oraz zejście na plażę z minimolem. Tyle, że droga do Rzucewa (3km) koszmarnie dziurawa

We Władysławowie powrót drogą główną, tj. DK216 (mały ruch) do Widlina, tam skręt na Mrzezino. Stąd praktycznie tą samą trasą co rano tyle, że w przeciwną stronę.

Wycieczka bez historii. W Połchowie są groty (trzeba skręcić przy sklepie w prawo na Gdynię), na które tak w ogóle warto rzucić okiem (google:grota połchowo), ale ja już rzucałem więc nie skręcam. Poza tym, przed Połchowem dogania mnie i śmiało wyprzedza facet na niebieskim Fuji. No to ja mu na koło i jedziemy. Odnoszę wrażenie że gość chce mnie urwać. Zagina się i rantuje. W końcu odpuszcza--się zorientował, że wprawdzie gość (czyli ja) wolno jechał sam, ale teraz to magicznie ożył i nie-da-rady go zgubić. Typ mruka o silnych nogach. Nie odzywa się, ani cześć ani pocałuj-wójta... Za Mrzezinem facet zaczyna się denerwować, widać że moja jazda za nim nie podoba mu się, w końcu macha rękami, zwalnia i zjeżdża w lewo. No to daję zmianę, ale gość nie korzysta z koła--jedzie 10m za mną. Amatorka totalna. Tak dojeżdżamy do skrzyżowania z DK100, gdzie znowu mnie wyprzedza. Tym razem daję mu spokój. A niech jedzie. Niedziela jest, co go będę stresował:-)

W domu jest tuż przed 12:45, na liczniku (prawie) 110km.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

url | Mon, 21/05/2018 12:54 | tagi: , ,
Bardzo długi weekend (podsumowanie)

W tym roku długi weekend był naprawdę długi bo trwał 10 dni. Zaczął się w piątek 27 kwietnia a skończył dziś 6 maja. Do tego wyjątkowo dopisała pogoda. Nie padało, było słonecznie ale nie upalnie. No może noce/ranki były trochę zimnawe, ale przecież to przełom kwietnia/maja więc jakby tak ma być.

Plan był taki: do Bachotka (na TeX-konferencję) w piątek, tam posiedzieć do 29 kwietnia do południa. Z Bachotka pojechać na Warmię, konkretnie na jej część wokół Braniewa. Zwiedzanie tej części Warmii miałem od dawna w planach. Zatem 29 kwietnia Bachotek-Nowa Pasłęka, potem 30 kwietnia pętla przez Pieniężno/Górowo i drugie nocowanie w Nowej Pasłęce. Wreszcie 1 maja powrót do Sopotu. Tyle było w planach, pozostałe rowerowanie w dniach 2--6 maja to już było spontanicznie i wokół Sopotu. Szczegóły przedstawia zestawienie:

Dzień27.0428.0429.0430.041.052.053.054.055.056.05
Dystans1854020018515570802519075

Zawartość sakw/plecaka/kieszeni koszulek

Razem dystans przejechany 1205 km w tym 765 km na żółtym z bagażem oraz 435 km na czarnym. Pierwszy raz w życiu jeździłem na rowerze z sakwami. Do tej pory jeździłem do Bachotka bez bagażu, który podrzucałem znajomym do przewiezienia. W tym roku było inaczej i w tym celu wyposażyłem rower w dużą torbę na kierownicę Ortlieb Ultimate oraz bagażnik Authora na rurę podsiodłową. Obie rzeczy kupiłem dawno temu, ale niespecjalnie z nich korzystałem.

Ponieważ z dawnych czasów kiedy parę razy go założyłem pamiętałem, że bagażnik Authora na szybkozamykacz miał tendencję do przekręcania się w czasie jazdy, zmieniłem szybkozamykacz na normalną śrubę z imbusem. Ponadto przypadkowo zupełnie da się wstawić ten bagażnik w tylne widełki ramy mojego roweru przełajowego i zamocować go na rurze ramy a nie na rurze podsiodłowej. W tej pozycji bagażnik znajduje się niżej co obniża środek ciężkości i lepiej wygląda. Bagażnik wyposażony był w niewielką sakwę, na którą dołożyłem miękką sakwę podsiodłową. Tę miękką też kupiłem kiedyś a nie teraz i nawet wykorzystuję ją od czasu do czasu, ale uważałem ją za średnio wygodną i mało pakowną. Teraz zyskała na wygodzie i pakowności bo zamiast wisieć, leży na bagażniku. Całość jest owinięta gumowymi ściągaczami.


Rower gotowy do wycieczki

No więc koncepcja się sprawdziła: nie nie odpadało, nic się nie luzowało. Pewien problem był z przodu, bo torba powodowała, że zdjęcie obu rąk z kierownicy wprowadzało rower w silne drgania. W rezultacie nie dało się jechać bez trzymanki, a lubię tak robić co jakiś czas celem rozprostowania pleców. Próbowałem problem rozwiązać, przepakowując maksimum lekkich rzeczy do torby na kierownicę, ale to tylko go zmniejszyło ale nie zlikwidowało całkowicie (drgania pojawiały się później i były mniejsze).

Torba na kierownicy powoduje zresztą inny kłopot: nie da się zamontować kamery (well by się dało ale trzeba pogłówkować). W rezultacie zamiast kamery 4K Xaomi przeprosiłem się z Contourem i zamocowałem go uniwersalnym uchwytem do rur na goleniu widelca. 1/3 obrazu zajmuje wtedy kręcące się koło ale lepsze to niż nic. Trudny wybór: można by zrezygnować z tej torby (na moje dałoby upchnąć wszystko z tyłu) ale z drugiej strony, to co jest w Ortliebie jest bajecznie łatwo dostępne (nawet bez zatrzymywania się, w czasie jazdy, da się otworzyć/zamknąć tę torbę.)

Co zabrałem? Trochę odzieży żeby nie chodzić w kolarskich (spodnie, bluza, bielizna cywilna no i ekstra skarpety. Do tego bluza/spodnie termoaktywne plus kurtka ROADR 900 B'Twin na wypadek zimnych nocy/deszczu), trochę jedzenia na wszelki wypadek (jak zjadłem miałem lżej). Mały ręcznik + pasta i szczoteczka. Nie miałem cywilnych butów. Dużo elektroniki: 2 aparaty fotograficzne, bardzo mały komputer (0,5kg), smartfona, kamerę sportową. Różne kable i zasilacze (i tak jednego zapomniałem). Kamera jechała na rowerze, smartfon i aparat kompaktowy (Sony RX100) były w kieszeniach koszulek a drugi większy aparat (Olympus E-M10 + obiektyw Panasonica 12--32mm) w plecaku (albo w Ortliebie, no ale wtedy drgania większe:-)) celem łatwego dostępu. Nie zabrałem powerbanku--co było błędem. Koniecznie trzeba. Generalnie dużo to ja nie wziąłem,ale i tak rower był odczuwalnie cięższy. Bagaż było ustawiony raczej pod dobrą pogodę, ale gdyby padało to też nie byłoby problemu tyle, że musiałbym błotniki zamontować (a mam takowe do tego roweru pn. SKS XRaceblade -- bardzo dobre, mimo że połówkowe).

Czy mój wybór bagażu jest OK, no to by wymagało weryfikacji także w gorszych warunkach pogodowych. Na moje odzież nie stanowi wielkiego problemu--zawsze można coś kupić w sklepach z tanią odzieżą. BTW takie sklepy są powszechne na prowincji, a już zakup brakujących kabli/ładowarek może być problematyczny, albo zbędnie-kosztowny.

Uprzedzając pytanie nigdy nie byłem fanem nocowania w namiocie. Więc w czasach gdy znalezienie agroturystyki jest bajecznie proste i tanie raczej nikt mnie na wożenie namiotu/śpiwora nie namówi.

W planach następne wojaże--stay tuned.

url | Sun, 06/05/2018 17:47 | tagi: ,
Wyjazd w długi weekend (Bachotek 2018)

27 kwietnia: Sopot--Bachotek (185km) z przystankiem w Nowym Mieście Lubawskim. Źle policzyłem czas/dystans i będąc w niedoczasie pojechałem najkrótszą drogą: Tczew-Malbork-Pasłęk-Susz-Iława. W sumie bez historii dotarłem do NM Lubawskiego, gdzie byłem umówiony z koleżeństwem ADD (jeszcze z liceum się znamy), które tam mieszka. Mile spędziliśmy 2 godziny, po czym pojechałem dalej do Bachotka. Na miejscu byłem około 21:30.

28 kwietnia: dzień wolny (miał być), ale jednak pojechałem dwa razy do Brodnicy po zakupy (4x10km = 40km). Drugi wyjazd po produkty na grila, się bowiem nagle okazało, że ogniska nie będzie 28. kwietnia tylko dzień później. Zamiast na ognisko zaprosiłem ADD na grila. Fajnie było...


Cmentarz hrabiów zu-Dohna-Lauck (mój ślad obok)

29 kwietnia: odwrót z Bachotka, ale nie do domu tylko do Nowej Pasłęki. Znowu wyjechałem za późno do tego zapomniałem naładować smartfona (błędem było także niezabranie powerbanku). W rezultacie mocno nadłożyłem drogę i przyjechałem na kwaterę znowu ciemną nocą (200km). Do tego uparłem się zobaczyć płyty nagrobne w Markowie koło Morąga. Na szczęście: ostatni fragment trasy był dość nieskomplikowany, droga równa i bez dziur a księżyc w pełni. Dotarwszy do Nowej Pasłęki pytam się pierwszej osoby gdzie jest pensjonat `U Rybaka', w którym miałem zarezerwowany nocleg. Pan do mnie przyjechał to tutaj. Się okazało, że `U Rybaka' jest blisko wjazdu/wyjazdu na Braniewo. BTW fajna i godna polecenia agroturystyka.

Co do płyt z Markowa, to i tak ich nie zobaczyłem. Pod presją czasu nie zdecydowałem się na ich szukanie. Wyjeżdżając z Bachotka nie odrobiłem pracy domowej, zakładając że jakoś trafię. Pytałem się miejscowych, ale dupa-zbita--nie było to takie proste. Teraz widzę, że nawet za pomocą Google nie jest to proste--większość stron nie podaje gdzie to dokładnie jest. W końcu znalazłem (http://www.ciekawemazury.pl/info.htm#1856/pl/i/pseudomegalityczny_cmentarz_dohnow) i wydaje się że informacja jest poprawna (pałac Dohnów jest oznaczony poprawnie, to pewnie cmentarz też). Byłem blisko, co wiadać na zrzucie z googleMaps.

30 kwietnia: objazd Warmii (północnej). Pojechałem przez Pieniężno do Górowa-Iławieckiego. W obu miastach już kiedyś byłem, ale krótko i przelotem. Tym razem chciałem zwiedzić muzeum Księży Werblistów (Pieniężno) oraz muzeum gazownictwa (Górowo). Miało być 160 km, a wyszło 180.

Muzeum Weblistów bardzo fajne i godne polecenia. Urządzone pomysłowo i ze smakiem. Dużo strojów/masek oraz kilkadziesiąt egzotycznych instrumentów muzycznych (coś dla Elki). Nie wiem czy to standard jest w każdym przypadku, ale zostałem wpuszczony do środka i pozostawiony samym-sobie (jak pan będzie wychodził, to pan drzwi zatrzaśnie). Za to muzeum gazownictwa okazało się totalną porażką. Słabo z informacją -- na mieście nie ma drogowskazów, co jest jakby standardem w przypadku tego typu placówek. Po odszukaniu stosownego adresu za pomocą googleMaps nie bardzo wiadomo jak wejść. Się okazuje, że muzeum jest bezobsługowe -- żeby zwiedzać, to trzeba zadzwonić do miejscowej Informacji Turystycznej. Ja miałem pecha, telefon nawet ktoś odebrał ale zostałem poinformowany, że dzisiaj nieczynne. Podany powód był dziwaczny i raczej dla mnie był jeszcze jednym dowodem na to, że muzeum niespecjalnie jest warte uwagi.

Górowo jako atrakcję reklamuje też: Żywkowo często nazywane [...] Stolicą Bocianów. Do tej składającej się z dziewięciu gospodarstw i zamieszkanej przez 25 osób wsi co roku przylatuje około 100 bocianów. Odlatuje z niej około 200. Pojechałem, bez rewelacji. Gdybym nie pojechał to bym wiele nie stracił. Droga do Żywkowa dziurawa...

1 maja: powrót do domu przez Żuławy. Wystartowałem o 5. coś tam rano... Jadę do Fromborka, tam już byłem więc nie zatrzymuję się, zresztą nie ma po co. Jest 6 rano i miasto jest całkowicie wymarłe. Następne miasteczko--Tolkmicko zwiedzam pobieżnie. W Suchaczu na plaży jem śniadanie. Cała plaża to 100x30m piasku pośrodku ogromnych trzcinowisk. Omijam S7/E28 i jadę do domu przez Żuławy--super malownicza trasa wzdłuż Nogatu. Setki wędkarzy na brzegu i na łodziach. Nogat przekraczam na moście w Kępkach/Bielniku Drugim (oryginalna nazwa!) Droga jest całkiem dobrej jakości.

W Kępkach kieruję się na Stegnę, ale za Rybiną z drogi 502 skręcam na Sztutowo (jest drogowskaz). W rezultacie wyjeżdżam tuż obok obozu Stuthoff. Z rowerem nie wpuszczają, ale odwiedzam księgarnię, sprzedającą m.in. publikacje wydane przez Muzeum Stuthoff. Miła pogawędka z ochroniarzem, który mnie opierdolił bezceremonialnie w zeszłym roku:-) za próbę wjechania rowerem, przy czym od razu wyjaśniam że zrobiłem to nieumyślnie. W KL Stuthoff są bowiem co najmniej dwie bramy, pierwsza przy drodze i jak na moje to nie wiadomo po co jest, bo można nią swobodnie wchodzić/wychodzić (ale nie wjeżdżać--szlaban jest) i przy tej bramie nie ma żadnych kas itp instalacji. Do drugiej położonej ze 100m od pierwszej nie dotarłem -- pewnie są tam kasy i kontrola biletów przy wejściu. Mi się wydawało, że zakaz jazdy--całkowicie zrozumiały, bo przecież jest to jeden wielki cmentarz -- jest od kas/wejścia za biletem. No nie jest--faktycznie jest znak zakazu jazdy rowerem już przy pierwszej bramie, na który nie zwróciłem uwagi zakładając, że i tak nie wjadę do obozu, ale do kas jeszcze mogę...

Chcę sobie skrócić/urozmaicić drogę więc jadę na Mikoszewo gdzie za 5 PLN przekraczam Wisłę promem. Full luda, w obie strony. Od Przejazdowa droga na Gdańsk pusta. Przed Gdańskiem policja mnie molestuje że nie-ścieżką-to-tamto. W końcu puszczają bez mandatu. Generalnie pełno policji chuj-wi-po co (bo ruchu nie ma), to szukają pretekstu, żeby kumendant ich nie opierdolił po powrocie, że w krzakach spali zamiast patrolować. Oczywiście standardowe pierdolenie jak to oni dbają o moje bezpieczeństwo swoją (w oczywisty sposób zbędną) działalnością. Ciekawe czy sami wierzą w te brednie? Jeżeli zamiast mózgu nie mają gówna, to pewnie tak -- niełatwo jest żyć ze świadomością bycia pasożytem. NB. 3-go maja jeszcze mniejszy ruch i jeszcze więcej policji. Pierwszy samochód jaki zobaczyłem zaczynając wycieczkę do Rewy o 5:30 rano to był radiowóz. Normalnie państwo policyjne.

No ale summa sumarum udana wycieczka nie skończyła się mandatem więc nastrój tylko trochę mi popsuli. Do domu przyjeżdżam jakoś tak koło 14:00. Na liczniku 155km. Łącznie przejechałem +750km. Warmia to fajnie miejsce do rowerowania: mały ruch i drogi generalnie dobrej jakości (są wyjątki oczywiście z odcinkiem Markowo--Klekotki--Godkowo na czele, który jest tak dramatycznie kiepski, że nawet na GoogleMaps to wyraźnie widać.).

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

url | Fri, 04/05/2018 17:48 | tagi: , ,
Wycieczka do Lizbony 2018

Fatima

Dorsz czyli Bacalhau

Ciastka

Słynna Pasteis de Belem

GDP Pocket

Szóstego lutego pojechaliśmy do Portugalii. Wizzair lata konkretnie z GDA do Lizbony.

Nasza kwatera była w centrum: 25 Rua do Cardal de S. José (25 to numer domu). Pod numerem 23 jest restauracja i tam urzęduje współwłaściciel. Z metra to 200m faktycznie:

You can also come with the underground. The access is nearby the exit of the airport. Line red til the end. Change for the blue line direction santa Apolonia, stop Avenida station. The apartment is located at some 200 metros.

Pobyt wyglądał tak, że #1 dzień: stare miasto, zamek św Jerzego oraz muzeum kafli ceramicznych (azulejos). Dzień #2: Fatima. Dzień #3: Sintra a konkretnie zwiedzanie dwóch pałaców tj. Palácio Nacional de SintraQuinta_da_Regaleira + wejście pod pałac Pena. Do pałacu Pena nie weszliśmy, bo była kiepska pogoda/gęsta mgła, więc i tak by było kiepsko widać z zewnątrz, a w środku to tam za dużo nie ma do oglądania. Poza tym byliśmy już zmęczeni. Za to po powrocie do Lizbony weszliśmy do muzeum pieniądza -- ale nie było warto (wstęp jest za darmo więc jak komuś się nudzi...) Dzień #4: Belem a konkretnie klasztor Hieronimitów (grobowiec v.d. Gammy) oraz Muzeum Morskie. W Belem była też czasowa wystawa grafik Eschera, ale się okazało, że wstęp za 11EUR więc nam przeszła chęć oglądania Eschera.

Wracając do dnia #2 czyli do Fatimy, to w szczególności ciekaw byłem konfrontacji opowieści W. Cejrowskiego z cyklu Boso przez świat z rzeczywistością. Ja przynajmniej po obejrzeniu Cejrowskiego odniosłem wrażenie niesłychanego skrzywienia w stronę komercji i dziwnych zabobonów, tj. że są tutaj jakieś gigantyczne wielkopowierzchniowe sklepy z dewocjonaliami, na których sprzedaje się masowo bardzo dziwne rzeczy typu woskowe organy ludzkie, które potem płoną na ogromnych stosach... Rzeczywistość nie potwierdziła tej wizji, nawet bym powiedział, że WC mocno przesadził. Owszem są sklepy, owszem sprzedaje się świece w kształcie organów, ale zarówno te sklepy nie są wcale gigantyczne jak i te dziwne dewocjonalia są marginesem. Jest też jeden całkiem mały budynek przeznaczony na spalenie świec ofiarnych (por. zdjęcie obok). Sklepy są wielkości tych z Częstochowy a dziwne świece stanowią margines -- dominują tradycyjne przedmioty, takie jak figura Matki Boskiej. Uwaga na koniec: podczas naszego pobytu Fatima była prawie pusta -- być może wrażenie jest inne podczas popularnych uroczystości kościelnych.

Co do kosztów to wydaliśmy 2700PLN na dwie osoby w tym 890 na bilety lotnicze + 520 PLN na kwaterę (4 noce x 2 osoby via AirBnB). W Sintrze wydaliśmy 40 EUR (2x pałac, tj. 4 bilety + dojazd) a w Fatimie 50 EUR (4x bilet autobusowy 2 x tam + 2 x stamtąd po 12,50 EUR). Bilet do muzeum morskiego 6.50EUR (warto), Azulejos 5.00 (też warto) Klasztor i zamek po circa 10EUR.

Rzucało się w oczy dla przybysza z kraju Biedronki tysiąca małych biznesów, a sklepów wielko- czy średnio powierzchniowych jak na lekarstwo. Wśród sklepów #1 jest cukiernia/cukiernio-kawiarnia. Oni muszą pochłaniać ogromne ilości ciastek, które są mocno słodzone i zwykle nadziewane budyniem. Z zazdrością zauważyłem, że tego po miejscowych nie widać (że tyle cukru jedzą). W centrum Lizbony można też było spotkać małe-rodzinne sklepy spożywcze, sklepy AGD, księgarnie. Wygląda że wszystko to ma klientów i jakoś tam prosperuje...

W aspekcie sportowo-rekreacyjnym odniosłem za to wrażenie, że na rowerach to oni tu nie jeżdżą--być może wynika to z ukształtowania terenu. Na pewno w centrum Lizbony jeżdżenie na rowerze przy tamtejszych nachyleniach i wąskich ulicach to dla niewyczynowca mordęga. Trochę ludzi za to biega (po bruku--brrrr), nawet wcześnie rano widziałem takich zapaleńców. O tyle bieganie rano ma sens (w centrum), że nie ma ruchu (no i oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu biega rano bo potem leci do roboty.)

Przed wycieczką (z myślą o minimalizacji bagażu, ale także z planami wykorzystania w pracy) nabyłem najmniejszy laptop świata czyli GDP Pocket. Mało to on nie kosztował, ale sprawdził się. W wolnych chwilach doinstalowałem zresztą na nim prawie wszystko co mam na normalnym laptopie (bo zresztą na normalnym mam taki sam dysk jak na GP -- 120Gb), łącznie z TeXem, R oraz Pythonem i Perlem.

BTW na GDP Pocket jest dostępne Ubuntu i może bym i go zainstalował, gdyby nie plany używania tego urządzenia także w pracy -- Windows jednak jest bardziej kompatybilne ze wszystkim.

Samolot do GDA mieliśmy o 22.00, ale na lotnisko żeśmy się zwinęli już o 18:30, bo Elka była padnięta, a poza zwiedzaniem nie mieliśmy koncepcji co robić. W GDA byliśmy 02:30 nad ranem, przywitani zimą i -4C. W tamtą stronę podróż była mocno niekomfortowa, a to dlatego że było ciasno (rząd 28) a dwa rzędy przed nami rozkoszne Ruskie zresztą dziecię grało (bez słuchawek) w jakąś durną grę na konsoli. Powrotna za to była super komfortowa--mieliśmy miejsca w 4-tym rzędzie i wydaje mi się, że tam fotele są rzadziej rozstawione. No i nie było żadnego wkurwiającego ruskiego rebionka z konsolą.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

url | Wed, 14/02/2018 17:00 | tagi: , , ,
Wycieczka do Gruzji i Armenii

Piekarnia ze słodkimi bułami

Przystanek do Signagi (naprzeciw tej stacji)

Lotem W-wa--Tbilisi start 2.10.2017 22.30 lądowanie 4.00 (różnica czasu) powoduje że leci się niby 5,5 godziny (w rzeczywistości jest to 3,5h) Wsiadamy (Elka i ja) w autobus 37 do miasta i wysiadamy przy stacji metra Samgori skąd mają odjeżdżać marszrutki do Singagi. Jest 6 rano, noc i siąpi deszcz. Nie wiemy dokładnie skąd te marszrutki odjeżdżają. Przystanków marszrutek jest pełno--pytanie z którego jadą tam gdzie chcemy się dostać. Paniki nie ma--wiemy że da się to ustalić, a rozkładem nie ma co się przejmować, bo zawsze coś przyjedzie. Pytanie się wszechobecnych taksówkarzy nie ma sensu -- nic nie powiedzą bo sami będą chcieli zarobić. W tym temacie zresztą nawet nie trzeba się ich pytać -- sami namolnie się oferują: najbardziej konkretny najpierw chce 100 lari (160 PLN), w następnym zdaniu już 70. Jakbyśmy się targowali, to może by i mniej chciał, ale my nie jesteśmy zainteresowani. W końcu ustalamy metodą łażenia tam i z powrotem skąd konkretnie ww. marszrutka odjeżdża. Mówi nam to młody Gruzin -- społeczny kierownk przystanku można powiedzieć, bo łaził po placu wte-i-wewte, informował nas i parę innych zgubionych osób gdzie co jedzie, ale nie wyglądało że sam gdzieś się wybiera i że to jest jego zajęcie za pieniądze.

Czekamy, bo pierwsza marszrutka odjeżdża o 9:00. Czekanie umilamy sobie zwiedzaniem pobliskiego dużego bazaru, który właśnie zaczyna działalność (rano jest). W szczególności nabywamy takie fajne słodkie buły, podobne do chaczapuri, tyle że nadziewane dżemem albo jakąś słodką masą zwierającą orzechy. Taka buła to trylion kalorii ale kurcze smaczna jest, tyle że to chyba nie jest Gruzińskie danie, bo później nigdzie tego nie widzieliśmy. Jakby ktoś był w tych rejonach i chciał spróbować, to sklep z bułami jest pod adresem: 2--3 Mevele St (współrzędne 41.684604/44.854012, obok wejścia na bazar).

Marszrutka do Signagi kosztuje 6 lari (od osoby). Jedzie z nami wycieczka Chińczyków (6 osób) lub osób podobnych do Chińczyków. Nb takich osób w całej Gruzji było dość sporo. Być może było to związane z porą roku, ale mało było Polków, dużo Rosjan no i całkiem sporo turystów pochożych na Kitajców...

Aha, przed wejściem do autobusu kupiliśmy na lotnisku gruzińskie karty SIM za 7 i 5 lari (2Gb/1,5Gb). Jest to super proste--specjalne stoisko było czynne nawet tak wcześnie rano. Trzeba podpisać umowę, ale z pomocą kompetentnego, doskonale mówiącego po angielsku sprzedawcy nie stanowi to problemu. Smarfon się przydał a Internet działa całkiem-całkiem. A jak nie działał, to wspomagałem się OsmAnd -- mapą statyczną czyli zainstalowaną na telefonie...

W Signagi też pada. Idziemy na kwaterę pn Nato & Lado guesthouse, z którą kontaktowaliśmy się przez stronę FB. Mieliśmy jakieś obietnice zwiedzania winnicy/uczestnictwa w zbieraniu winogron, ale ponieważ pada nic z tego. Po południu idziemy do Bodbe obejrzeć klasztor pw. św. Nino. Fajna wycieczka i polecam.

Następnego dnia znowu pada. Decydujemy się na zmianę kwatery na Lagodekhi. Z rana idziemy do muzeum--niewielka instytucja i całe zwiedzanie zajęło nam może godzinę, ale można obejrzeć kilkanaście obrazów Pirosmaniego, więc warto. Wyjaśniło się zresztą iż pomnik na mieście osobnika na ośle to nie jest gruziński hołd dla Sancho Pansy tylko doktor na Ośle --motyw z obrazu Pirosmaniego.

Marszrutką jedziemy do Tsnori, które jest o rzut beretem, potem następną do Lagodekhi. Oczekując na przystanku co chwila jesteśmy nagabywani przez taksówkarzy koniecznie chcących zawieść nas do Lagodekhi za jedyne 20 lari. Próba wytłumaczenia im, że nam się nie spieszy i w związku z tym nie mamy cisku na taksówkę, nie odnosi rezultatu.

W Lagodekhi mamy ambitne plany pokonania wszystkich czterech szlaków opisanych w Internetach, więc nie tracąc czasu idziemy prosto do informacji, która jest kilka kilometrów pod górę. Tam pytamy się o realność naszych planów. (Personel mówi dobrze po angielsku BTW.) Jest kiepsko, pada śnieg (w wysokich górach) więc ten trzydniowy odpada, pada deszcz więc te kilkugodzinne też są wątpliwe, zobaczymy jutro--prognozy są takie że będzie pogoda. Proponują nam kwaterę. No i tu popełniamy błąd...

Reguła Wi-Fi (zwana także warunkiem koniecznym Przechlewskiego)

Otóż wg mnie jak na kwaterze nie ma Wi-Fi to nie ma też wielu innych rzeczy, które my uważamy za minimum a Gruzini niekoniecznie. Ponieważ pan w informacji władał dobrze angielskim zgodziliśmy się na kwaterę bez pytania o detale. Na miejscu okazało się że warunki są fatalne: nie ma Internetu; mieszkanie nieogrzewane a jest dość zimo; w związku z zimnem korzystanie z łazienki a zwłaszcza z wanny jest wybitnie teoretyczne; kuchnia jest, ale wspólna z gospodarzami i o wszystko trzeba prosić, co o tyle jest kłopotliwe że kuchnia wprawdzie jest w domu, ale żeby do niej dość, to trzeba wyjść na zewnątrz, obejść chałupę i wejść z drugiej strony (no czajnik elektryczny w pokoju by rozwiązał sprawę, ale jeszcze na to nie wpadli). Kurcze nawet stół w pokoju nie ma obrusa czy czegoś takiego a do tego w pokoju gdzie mamy spać nie ma światła--jest w pokoju obok, tam gdzie stoi stół, tyle że ten z kolei jest przechodni. Żarówki nie wkręcą, bo po co? Przecież się świeci w tym przechodnim... Rosyjski gospodarzy jest beznadziejny. Nasz niewiele lepszy (jeżeli w ogóle lepszy), ale jak Gruzin mówi dobrze to idzie się dogadać, a jak dwie strony kaleczą, to ustalenie czegokolwiek jest trudne.

Jest już późno (o tej porze roku noc zapada koło 19:00), dziś już niewiele zrobimy. Idziemy do miasta coś kupić do jedzenia i się rozejrzeć. Kupujemy chleb w piekarni--facet pyta czy zawinąć. Da pażausta. Wyciąga gazetę, starannie oddziera pół, i zawija--poczułem się 30 lat młodszy. Śmiejemy się z Elką...

Następnego dnia rano (8:00) idziemy na szlak. Tzn. podwozi nas nasz gospodarz, który ma taksówkę. Pierwsze co to jedzie na stację i za 20 naszych lari kupuje paliwo (za te 20 lari zawiezie nas i przywiezie z powrotem). Ten myk już znamy z poprzednich wojaży i nas wcale nie dziwi czemu nie zatankował przed kursem. Pierwszy szlak (do twierdzy Machi) jest łatwy. Około 13:00 wracamy taksówką (co nas kosztuje ekstra 8 PLN bo musimy dzwonić via Polska--jedyny telefon wykonany w Gruzji). Wychodzi nam, że dziś jeszcze warto zrobić drugi szlak--jak jutro pójdziemy na ten wielodniowy, to już nie zdążymy później. Każemy się wieść do Informacji (stamtąd zaczyna się ten drugi szlak pn Ninoskhevi Waterfall aka Great Waterfall). Ciężko jest wytłumaczyć Gruzinowi, że nie chcemy jeszcze wracać do domu ale udaje się...

Coś trzeba zjeść więc prosimy naszego kierowcę, że my choczom pokupić chaczapuri. To akurat zrozumiał i nas zawiózł do niepozornego lokalu. Wchodzimy nie ma chaczapuri--piecze się i będzie za 10 minut, są jakieś pierogi. No-to-nie, wracamy. Kierowca widząc, że wracamy za szybko pyta się co się stało i sam proponuje że poczeka. No to wracamy z powrotem.

Może te pierogi sobie kupimy co nam proponowali w oczekiwaniu na chaczapuri? Zamawiamy--nie ma. Kurcze dziwne, skończyły się a jakby klientów oprócz nas nie było...


Chaczapuri z Lagodekhi

Chaczapuri za 1,5 lari od sztuki (2,40 PLN) jest super. Na czymś w rodzaju francuskiego ciasta. Bierzemy jeszcze dwa na wynos na kolację. W Gdańsku w piekarni gruzińskiej chaczapuri o jakości take-awaya podgrzewanego na mikrofali z Tbilisi 16 PLN (dla porównania). Taksówkarz pojechał gdzieś i musimy chwilę poczekać (pytał się czy może, nie porzucił nas) -- się okazuje, że złapał kurs, wraca pod chaczapurnię z kobitą z dzieckiem. Po drugiej stronie ulicy jest bank, przywiózł je do banku. No proszę jaki zaradny.

Jedziemy teraz do Informacji pytać się co dalej. Tam już jest inna obsada--bardziej konkretna. Mówią że lepiej nie iść na Black Rock Lake i my też coś czujemy, że to nie byłoby rozsądnie. Trzeba być przygotowanym (buty/śpiwór/aprowizacja) i mieć jakieś tam doświadczenie. To nie dla nas... Pytamy się że może do połowy dość i wrócić -- podobno nie warto. Dwa dni łażenia po lesie a dopiero druga połowa jest super-atrakcyjna widokowo. Ostatni ze szlaków -- Black Grouse Waterfall -- jest zalany wodą i niedostępny No to sprawa jest jasna: dziś jeszcze przejdziemy się do wodospadu a jutro pojedziemy do stolicy.

Drugi szlak jest znacząco trudniejszy i bardziej męczący. Schodzimy ze szlaku praktycznie równo z nadejściem zmierzchu, mając w nogach +20km. W nocy rezerwujemy nocleg w hostelu Envoy, w którym już nocowaliśmy w 2015 roku. Po prostu wysyłam im emaila i po chwili jest potwierdzenie--być może dlatego tak szybko, że już nas znają.

To że tu wszystko na gębę można załatwić w 15 minut i za taką samą cenę jak rezerwowane miesiąc wcześniej, to jasna strona Gruzji:-)

Dwa szlaki zaliczone. Z dwóch co zostały do zaliczenia jeden jest za trudny, a ostatni -- zalany wodą i nie radzą tam chodzić. Rano wiozą nas taksówką (10 lari) na postój marszrutek. Nawiasem mówiąc za pobyt zapłaciliśmy 60 lari a za trzy krótkie kursy taksówką 30 lari. Paradoks. Być może było się targować...

Tbilisi

Marszruta nie staje na Samgori, tylko gdzie indziej. Nie wiemy dokładnie gdzie, ale po chwili widzimy stację metra. Wyciągam smartfona. Przez google maps ustalam, że do Envoya jest 40 minut piechotą, a jak pojedziemy metrem na stację Avlabari, to stamtąd jest 12 minut. Wysiadamy na Avlabari. Eeee, te rejony to my już znamy. Lecimy do Envoya, zostawiamy bagaże i do wieczora chodzimy po mieście.

Ciekawostką są setki kibiców Walii w koszulkach narodowych -- niechybny znak, że dziś wielki mecz w piłkę kopaną. Nawet przez chwilę rozważałem pójście, ale dałem sobie spokój (gdyby grali rugbyści to by nie było dylematu.) Rano pytam się recepcjonistę o wynik--nie wie. You prefer rugby? Yes--nie wiem czy szczerze czy przez grzeczność potwierdził.

Walia wygrywa 1:0.

W sobotę-niedzielę będzie się odbywał festyn pn: Tbilisoba. Więc nasze plany są takie: w Sobotę bierzemy udział w festynie a w niedzielę zapisujemy się na wycieczkę do Armenii. Impreza festynowa okazuje się mało ciekawa: część towarzyska atrakcyjna dla Gruzinów, którzy wszędzie stawiają grille i jedzą te swoje szaszłyki ale to nie dla nas; część artystyczna nieobecna praktycznie, na scenach nic się nie dzieje; cześć handlowe mizerna, kupa ludzi ze wsi sprzedaje to co zwykle. Rozczarowanie i nie polecam.

Normalnie to chodziliśmy na obiad do Machakhela na placu Vakhtang Gorgasali (Nb to chyba sieciówka bo identyko lokal był/jest w Batumi.) ale z uwagi na tłumy szukamy czegoś poza centrum i decydujemy się na Cheburek Cafe, zaraz za łaźniami tureckimi (ulica Ioseb Grishashvili). Chcemy zupę z fasoli, po dwa chinkali i coś warzywnego. Zupy nie ma, chinkali nie ma nawet w menu (to chyba nie jest lokal prowadzony przez Gruzinów). W zamian proponują -- elementary my dear Watson -- czebureki. Niezłe. Pierwszy raz w życiu jadłem, a do czerwca br. to nawet nie wiedziałem co to jest (w czerwcu w Jastrzębiej Górze zobaczyłem toto w budzie fastfudowej).


Tbilisi nocą

W nocy z soboty/niedzielę nie mogę spać, o 4:00 idę zwiedzać Tbilisi/sprawdzić jak wygląda festiwal nocą. Wcale nie wygląda, bo w sumie nic się nie dzieje. Ulice opustoszałe oprócz tych w centrum gdzie są lokale i trochę ludzi się kręci. Tbilisi jest fajnie podświetlona więc wpadam na pomysł pyknięcia paru fotek z wysokości twierdzy Narikala. Idę w górę, nikogo, kompletnie wyludniona okolica. Na górze nawet stragan z całym szajsem pozostawiony bez dozoru... Wracam o 5:30 do Envoya.

Ten nocny wojaż to także empiryczna weryfikacja stanu bezpieczeństwa w Gruzji. Zero strachu wałęsania się po obcym mieście w nocy. Zresztą nie spotkałem tutaj nikogo podobnego do chuligana--chlory są, wiadomo, bo to biedny kraj jest, ale agresywna młodzież--nie widziałem. No i podobno policja jest sprawna/nieprzekupna.

Armenia

Wycieczkę do Armenii wykupiliśmy w hostelu za 135 lari od osoby. W programie wyjazd do trzech klasztorów: Sanahin, Hachpat i Akhtala (w kanionie rzeki Debed), w takiej właśnie kolejności. Wyjeżdżamy o 9.00 około 14:00 mamy obiad przygotowany przez Ormiańską rodzinę we wsi Hachpat. Wracamy około 20:00. Wrażenia mieszane. Pozytywy: widoki, klasztory, obiad (kuchnia Ormiańska IMO jest lepsza od gruzińskiej, która jak dla mnie jest zbyt kaloryczna w części jarskiej, że tak powiem oraz obok moich upodobań z tymi swoimi szaszłykami i innym czerwonym mięsem), fajne towarzystwo z całego świata (USA, Nowa Zelandia, Australia, Niemcy no i my). Negatywy: straszna bieda i zdegradowana do niepojętych granic infrastruktura/domy, które trzeba oglądać...

Odmeldowujemy się z Envoya. Kupuję na mieście chaczapuri w wersji take-away i jemy je na trawniku obserwując dogorywającą imprezę pn. Tbilisoba. Stoiska już w większości są zamknięte, ludzie z prowincji zwijają biznesy. W hostelu twierdzili, że na scenie w pobliżu łaźni będzie gala koncert, ale słusznie stwierdziliśmy że to false-alarm jest i nie poszliśmy tam (podejrzane wydało się miejsce dla tego koncertu--toż tam w ogóle nie ma przestrzeni dla widzów). Że było to słuszne posunięcie potwierdza kompletna cisza -- gdyby grali/śpiewali byłoby coś słychać--nasz trawnik jest niedaleko.

Nota Bene Elka-optymistka sugeruje jechać na lotnisko i tam coś zjeść (don't do that--ceny z księżyca), na szczęście jej nie słucham. Około 22:00 jedziemy na lotnisko autobusem linii 37. Do odlotu zostało nam 7 godzin, ale w sumie nie ma nic do roboty. Od Envoya do najbliższego przystanku 37 jest blisko, należy tylko przejść przez most, a następnie kierując się na stację metra, minąć ją i szukać pierwszego przystanku autobusowego po prawej stronie. Przejazd jak zwykle, tj. pół lari czyli około 80 groszy.


Sklep przy lotnisku

Na lotnisku nie ma co robić, zabijając czas można by coś kupić i zjeść--ceny wszakże zniechęcają. Moja ulubiona, bo duża, kawa Americano za 14 PLN, i jest tego może 100ml (jak to jest Americano to jak wygląda Espresso:-?). W Wa-wie to się w Costa dostaje za podobną cenę pół litra.

Nie kupuję, idą sobie sprawdzić przed lotniskiem. I jest sukces. Obok efektownego posterunku policji (Isani Samgori PoliceStation #6 na google maps) jest mały sklepik, a w nim normalne ceny. He, he... ostatnia sprawiedliwa na wschód od Tbilisi (sprzedawczyni zwana w PRL sklepową) śpi, stukam w szybę: Kofi u was jest. -- Jest... Jest też lodówka z lodami: katoryje morożenoje charosze? -- Wsie charosze... No i faktycznie dobre były.

Tbilisi-Wwa start 9.10.2017 05.05 rano.

Przydatnie informacje

Wycieczka wyszła nam 1500PLN/łep z czego połowa to cena biletów lotniczych. Specjalnie się nie ściskaliśmy z kasą wię pewnie dałoby radę i taniej, ale po co?

Miejsce odjazdu marszrutek spod Samgori do Singagi: 2 Ketevan Dedofali Ave (wsp. geograficzne: 41.686001/44.852066)

Chaczapurnia w Lagodekhi: 23 Qiziki St., naprzeciw oddziału Libery Bank (jeżeli czegoś nie pokręciłem)

Ślad ze zdjęciami do twierdzy Machi oraz wodospadu Ninoskhevi

Tani sklepik pod lotniskiem: po lewej patrząc od terminala w stronę miasta, tj. przed posterunkiem policji (wsp. geograficzne 41.673424/44.961378)

Ślady naszych wycieczek 2014/2015/2017 (czerwony -- 2014, niebieski -- 2015)

Zdjęcia z wycieczki z 2017

Dane w formacie GPX/KML do pobrania tutaj

url | Sat, 14/10/2017 02:37 | tagi: , , , ,
Trzecia podróż na Kaukaz

Właśnie wróciliśmy z Elką z Gruzji i Armenii, która to wycieczka była naszą trzecią w tamte rejony. Zanim więcej na temat, na razie podsumowanie naszych wyczynów w postaci pliku GPX (na pierwszej mapie czerwona kreska oznacza rok 2014, niebieska -- 2015, ciemno-zielona -- 2017): 2014-17201420152017

Ponieważ powyższe linki prowadzą do dość rachitycznego serwerka, to na wypadek gdyby ów zniknął albo przestał działać kopie plików GPX są w repozytorium na githubie tutaj

url | Wed, 11/10/2017 03:47 | tagi: , , , ,
Wycieczka na Słowację i do Budapesztu

Pokaż na większej mapie

Pojechaliśmy na wycieczkę na Słowację i na Węgry. Dwa dni zwiedzania okolic Starej Lubowli (Stará Ľubovňa) potem 2 dni w Budapeszcie. Z dojazdami wyszło od poniedziałku do niedzieli 21--27 sierpnia 2017, tj. przyjechaliśmy do Lubowli w poniedziałek około 20:00, a w niedzielę z kolei byliśmy w domu około 18:00 (wyjeżdżając z Budapesztu przed 7:00 rano).

Udało mi się mimo niechętnej postawy małżonki zabrać rower. Żeby było więcej miejsca w bagażniku na bagaże, to z kół zdjąłem zaciski i wsadziłem je do zrobionych z kartonu pokrowców. Ponadto odkręciłem pedały. Po tych zabiegach rower był bardziej płaski i stwarzał lepsze wrażenie (na małżonce, bo pewnie i bez odkręcania cały bagaż też by się zmieścił). Czy ten rower w ogóle się przyda nie był całkiem pewne -- zależało to m.in. od zakwaterowania.

Pierwszego dnia w Lubowli zwiedzaliśmy głównie zamek. Interesujące miejsce, dużo poloników (tj. przedmiotów związanych z Polską) i ciekawe ekspozycje, w szczególności rekonstrukcje warsztatów rzemieślniczych, browaru i gorzelni. Pokaz ptaków drapieżnych używanych do polowań -- dla mnie taka sobie atrakcja, ale publiczność była liczna i zachwycona. Po zamku pora na zwiedzanie skansenu, który jest w pobliżu (można kupić bilet od razu uprawniający do wejścia do zamku i do skansenu.) Też miejsce warte zwiedzania, w przeciwieństwie do następnej atrakcji pn. średniowieczny obóz wojskowy (Stredoveký vojenský tábor -- w skrócie tabor), którą spokojnie można sobie odpuścić -- oszczędzając 2 EUR. Niewiele jest tu ciekawych rzeczy do oglądania; konkretnie mówiąc są cztery: replika wozu husyckiego (wóz taborowy) z okresu wojen husyckich i trzy rodzaje katapult. Nawet interesujące te katapulty, ale zwiedzanie wszystkiego zajęło nam góra 10 minut, czyli nie za dużo. Podobno jest to miejsce imprez plenerowych typu turnieje rycerskie czy łucznicze, ale my nie mieliśmy widocznie szczęścia bo nic takiego nie miało miejsca, a gdyby nawet to są to raczej atrakcje dla dzieci. Jest też `stylizowana karczma', pytanie tylko na co stylizowana? Wygląd nie zachęcał do wejścia.

Wieczorem pojechaliśmy na basen do Wyżnych Rużbachów (Vyšné Ružbachy). Kąpielisko termalne Izabela (chodzi o hrabiankę Zamojską BTW, która w pełnym brzmieniu nazywała się Izabela Alfonsina Maria Teresa Antonina Krystyna Mercedes Karolina Adelajda Rafaela de Burbon -- tutaj zwana w skrócie grófka Isabela) Basen otwarty był zamknięty, bo cośtam, ale czynny był ten całoroczny (czyli znajdujący się w budynku -- wejście pod recepcją hotelu Strand). Ja nie miałem slipów, to nie wszedłem, Elka z Jankiem pływali a ja poszedłem na kawę latte i ciasto do Hotelu (b. dobre i w przystępnej cenie). Elka wykąpała się też odważnie w słynnym (jeziorku kraterowym (trawertynowym) -- drugiej obok basenów termalnych atrakcji (ignorując zakaz kąpieli).

Drugiego dnia zwiedzanie okolicy: Czerwony klasztor (Červený kláštor), potem spacer wzdłuż Dunajca do kładki do Sromowic. Dunajcem nie płynęliśmy, podobno drogo i ciężko się dopchać takie kolejki. Po obiedzie zameczek w Strážkach koło Białej Spiskiej. Znajduje się tam kolekcja obrazów Ladislava Medňanskiego, co akurat dla mnie nie jest wielką atrakcją -- no nie znam się na malarstwie i zwiedzanie galerii zwykle mnie nudzi. Po Strážkach zwiedzanie miejscowości Kieżmark (Kežmarok)--zamek i spacer po starym mieście.

Zakwaterowani byliśmy komfortowo w czymś w rodzaju internatu (dzięki znajomej małżonki, na zaproszenie której zresztą pojechaliśmy). Mieliśmy do wyłącznej dyspozycji 5 pokoi, kuchnię z jadalnią i łazienkę. Dyrektorski apartament!

W związku z tym rower też nikomu nie przeszkadzał -- parkował w jadalni -- i dwa razy się przejechałem po okolicy. Żeby się nie alienować od reszty rodziny rowerowałem przed śniadaniem, tj. zaczynałem około 6 rano. Się okazało, że rano to tu całkiem zimno jest, np. drugiego dnia było 8C (pierwszego było ciut cieplej), a ja w krótkich spodniach, bez rękawic i czapki -- bo tak sobie wymyśliłem, że przecież jedziemy na południe. Ale dałem radę...

Budapeszt

W czwartek rano pojechaliśmy do Budapesztu, po drodze odwiedzając termalne baseny jaskiniowe w Miszkolcu-Tapolcy. Do Budapesztu dotarliśmy przed 19:00. Tym razem kwaterą było w miarę małe ale wygodne, czyste i nowocześnie wyposażone mieszkanie w bloku, przy ulicy Törökugrató (wyszukane przez AirBNB.) Ulica Törökugrató BTW to Buda a nie Peszt, co też się okazało szczęśliwe z punktu widzenia rowerowania. Buda bowiem jest górzysta, a ulica Törökugrató jest już poza centrum. Dało radę zatem całkiem serio pojeździć, co by w centrum zupełnie nieznanego miasta było raczej niemożliwe. W szczególności pierwszego dnia wjechałem na górkę pn Széchenyi-hegy, z nachyleniami sięgającymi 15%.

Część oficjalna obejmowała zwiedzanie tego co należy zwiedzać w Budapeszcie: dwa zamki, dwa kościoły (Stefana i Macieja), targ, operę, mosty, no i synagogę. W niedzielę przed siódmą rozpoczęliśmy odwrót, w domu byliśmy około 17:30. Warunki do jazdy były prawie że idealne--zero ruchu, tylko trochę popadało w okolicach Kujaw.

Zdjęcia z wycieczki są tutaj.

url | Mon, 04/09/2017 19:50 | tagi: , , , , ,
Wycieczka do Suwałk 2017

Byliśmy od czwartku 3.08 do poniedziałku 7.08. Niezwykle udany wyjazd: pogoda super, dwa spływy (24km po Czarnej Hańczy oraz 14km po Rospudzie), i zwiedzanie okolicy. Ja do tego jeździłem codziennie na rowerze zaliczając następujące trasy: Elbląg--Górowo Iławieckie (przez Pasłęk/Pieniężno), Suwałki--Sejny, Suwałki--Buda Ruska, Suwałki--Hańcza (wokół jeziora Hańcza), Suwałki--Buda Ruska raz jeszcze. Razem rowerowania wyszło około 95 + 50 + 50 + 80 + 40 = 320 km czyli Not bad. Do tego spotkanie z przyjaciółmi jeszcze ze studiów, u których się zatrzymaliśmy zresztą. Teraz mam trochę zdjęć i filmów, które wymagają obróbki. Zdjęcia były robione albo smarfonem z włączonym trybem lokalizacji (czyli w trybie dopisywania współrzędnych geograficznych) albo aparatem bez GPSa. W tym drugim przypadku współrzędne dodaję w ,,standardowy'' sposób: synchronizuję ze śladem GPX (z Garmina Legenda, który robił za loggera na wycieczkach.)

Oczywiście nie ma tak, że wszystko poszło od pierwszego strzału. W szczególności smartfon to jeszcze nie opanowana do końca technologia:-) (Mam go od jesieni ub.r.)

Problem #1: jak skopiować zdjęcia na PC?

Kopiowanie zdjęć na kartę. Smartfon Redmi Note3.

W Fedorze21/Xfce (w Gnome działa) nie działa łącze Android-PC (simple-mtpfs). Należy:

vi /etc/udev/rules.d/10-phone.rules
# wpisać:
SUBSYSTEM=="usb", ATTR{idVendor}=="2717", ATTR{idProduct}=="ff40",\
SYMLINK="redminote"

# Make sure to replace the ATTR{idVendor} and ATTR{idProduct} values
# with the one you got from the dmesg | tail command, and the SYMLINK
# value with whatever you want - it will be the name of the symbolic
# link udev will create in your /dev folder, pointing to your device.
# http://nknu.net/mount-nexus5-on-fedora23-using-simple-mtpfs/

# reload udev rules (as root):
udevadm control --reload-rules

mkdir /tmp/redminote
simple-mtpfs /dev/redminote /tmp/redminote
# odmontowanie BTW:
# fusermount -u /tmp/redminote

Kopiowanie plików ze zdjęciami na kartę mikro SDHC w RedmiNote nie jest oczywiste. Znalazłem taki oto sposób: Explorer→Obrazy (albo Gallery), przesuwam do ostatniego obrazu. (Jeżeli wybiorę wcześniejsze zdjęcie, to nie ma gwarancji, że skopiuje się wszystko--opcja `zaznacz wszystko' jakoś tak kulawo działa.) Naciskam i przytrzymuję (w ten sposób zaznaczam). Po zaznaczeniu pojawia się `zaznacz wszystko', które wybieram. Na dole pojawia się wtedy menu, z którego wybieram pozycję `Więcej', a następnie `Kopiuj'.

Po skopiowaniu na kartę usunąłem zdjęcia z pamięci aparatu: Gallery→Delete (po zaznaczeniu zdjęć do usunięcia lub wybraniu `zaznacz wszystko')

Problem #2: dokładność współrzędnych w zdjęciach ze smatfona.

Dokładność pomiaru GPSa

Zauważyłem przypadkowo, że czasami dokładność wstawianych współrzędnych jest kiepska, ale nie wiem co jest tego przyczyną. Przypuszczam jedynie, że jeżeli urządzenie nie potrafi ustalić pozycji za pomocą odbiornika GPS, to używa jakiś grubych przybliżeń. Ciekawe zatem jakie informacje oprócz długości/szerokości geograficznej są zapisywane w pliku JPG (może jest informacje na temat dokładności?):

## wszystkie tagi EXIF dotyczące GPSa (mogą być inne oprócz EXIF):
exiftool -gps:all IMG_20170803_120608.jpg

## albo
exiftool -All IMG_20170803_120608.jpg | grep -i GPS

Wypisuje różne rzeczy ale nic na temat dokładności.

Wynik jest zatem niekonkluzywny z punktu widzenia problemu.

BTW: Ustalanie współrzędnych GPS może być ustawione na trzy sposoby: wysoka dokładność (GPS + WiFi/sieci komórkowe), tylko GPS, tylko WiFi/sieci komórkowe. Ja mam ustawiony na wysoką dokładność. Być może ustawienie na `tylko GPS' da w rezultacie taki efekt, że albo zdjęcia będą tagowane w miarę dokładnie albo wcale? Jeszcze tego nie sprawdzałem.

Różne rzeczy

Przy okazji testowania potrzebowałem utworzyć plik GPX zawierający współrzędne punktów--zdjęć wykonanych w jednym miejscu. Taki plik łatwo utworzyć korzystając z exiftool-a:

## wypisanie współrzędnych w formacie decymalnym
exiftool -n -T -gpslatitude -gpslongitude  IMG_20170805_135232.jpg
54.0761200833333	23.0741937777778

## wypisanie współrzędnych dla wszystkich plików:
## opcja -T pomija nazwę pliku
exiftool -n -gpslatitude -gpslongitude  IMG_20170805_135232.jpg

## albo
for i in *.jpg ; do
echo $i `exiftool -n -T -gpslatitude -gpslongitude $i` ; done
## albo od razu minimalistyczny plik GPX:
echo '<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>' > PLIK.gpx
echo '<gpx version="1.0" xmlns="http://www.topografix.com/GPX/1/0">' >> PLIK.gpx

for i in *.jpg ; do
echo $i `exiftool -n -T -gpslatitude -gpslongitude $i`| \
awk '{print "<wpt lat=\"" $2 "\" lon=\"" $3 "\"><name>" \
$1 "</name></wpt>"  }' > PLIK.gpx; done

echo '</gpx>' >> PLIK.gpx

# Jeżeli nie zależy nam na formacie GPX
#http://u88.n24.queensu.ca/exiftool/forum/index.php?topic=3075.0
exiftool -n -filename -gpslatitude -gpslongitude -T DIR > out.txt

Tu jest na przykład plik z informacją o współrzędnych ze zdjęć wykonanych w restauracji ,,Gospoda pod Sieją'' w Starym Folwarku. Jedno ze zdjęć (pierwsze tam wykonane) ma beznadziejnie duży błąd lokalizacji. Podobnie na zdjęciach wykonanych na spływie Rospudą jest kilka ze znaczącym błędem.

url | Fri, 11/08/2017 18:17 | tagi: , ,
Wycieczka do Ostródy

Do Stębarka (niem. Tannenberg) czyli na pole bitwy pod Grunwaldem 1410. Od wielu lat odbywa się tam rekonstrukcja. Postanowiłem obejrzeć. Pojechałem z Jankiem.

Pierwsza trudność kwatera: rekonstrukcja bitwy to nadzwyczajne wydarzenie. Okolica jest nieprzystosowania do takiej liczby gości na raz. W rezultacie udało nam się zarezerwować kwaterę aż pod Ostródą (37 km od pola bitwy), co miało swoje plusy i minusy. Plusy: super-fajna, godna polecenia kwatera pn. Agroturystyka nad Szelągiem. BTW Szeląg Wlk. to jezioro. My byliśmy w Zwierzewie a po drugiej stronie jeziora są słynne Stare Jabłonki (Karol Okrasa, którego programy lubię) i słynny Hotel Anders. Minusy: daleko (w rezultacie Janek wymiękł w kluczowym momencie)

Plan był taki: czwartek -- dojazd; piątek -- oglądamy próbę bitwy; sobota -- oglądamy bitwę; niedziela -- wyjeżdżamy. Z realizacją było zaś tak, że Janek PKPem podjechał do Ostródy a ja rowerem z Sopotu przez Kieżmark, Malbork, Dzieżgoń, Małdyty. Zasiedziałem się w domu i wyjechałem w rezultacie 12:40. Trochę na styk, żeby przed nocą zdążyć, ale dało radę głównie dzięki silnemu wiatrowi w plecy. Za Małdytami wjechałem w dawną drogę Warszawa-Gdańsk. Teraz praktycznie nieużywana--luksusowa ścieżka rowerowa. W drodze powrotnej jechałem nią nawet dalej--do Pasłęka.

Dzień drugi: rano do Ostródy, krótkie zwiedzanie miasta (zamek); potem rozglądamy się za obiadem. Ja lubię chińskie jedzenie, więc idziemy do Chińczyka (Bistro pn GONG JI). Było dużo gości to fakt, ale były też wolne miejsca. Pytamy ile potrwa podanie: 40 minut. Nie ma czegoś na szybko, jakaś zupa? Nie ma. Wszystko za 40 minut. Dajemy sobie spokój--jemy zupę pomidorową + pstrąga z frytkami w restauracji La Luna. Aha u Chińczyka był pani Gessler -- której nie znoszę.

Jesteśmy około 15 na polu bitwy. Robimy trochę zdjęć. Sama próba IMO to pomyłka i szkoda czasu. Ma się tak do prawdziwej imprezy jak przysłowiowa pięść do nosa. Wracamy--Janek jest padnięty.

Sobota: Janek ma dość i nie jedzie. Ja jadę: impreza jest wystrzałowa. Oczywiście inscenizacja bitwy to (sienkiewiczowska) lipa, do tego z konieczności odtworzona w wersji spieszonej (koni tylko 30--40, no bo to kosztuje) ale fajnie popatrzeć na ten wielotysięczny tłum. Dałem dupy oczywiście. Nie wziąłem statywu, kręciłem film i robiłem zdjęcia jednocześnie. Warto mieć statyw i kija do selfie (do zdjęć/filmów znad głowy), bo ludzi multum i zasłaniają.

Niedziela powrót. Teraz z kolei ja jest lekko padnięty: w nogach 180 plus 190 km = 370 w trzy dni. No ale jadę, do tego uparłem się że przez Frombork (planowane jest 215km). Niestety to nie był mój dzień--dojechałem tylko za Elbląg, do Starego Pola. Tam wsiadłem do pociągu relacji Elbląg--Gdynia.

Zdjęcia z wycieczki są tutaj. Ślady zaś tutaj: #dzień1, #dzień2, #dzień3, #dzień4. Zrobiłem też parę filmików--do odszukania na moim kanale na YT.

url | Wed, 26/07/2017 02:10 | tagi: ,
Kajakiem po Gdańsku

Płynęliśmy w niedzielę 23 lipca 2017. Fajna imprezka -- dwie godziny pływania wokół wysp: Spichrzów i Ołowianki, w okazyjnej cenie 35 PLN/osoba. Ślad naszej wycieczki jest tutaj albo na Endomondo.

No więc Gdańsk także od strony wody wygląda impressive. A mam porównanie bo kiedyś trenowałem wiosła i pływałem po okolicy. Nic wtedy nie było, a teraz wybrzeża zagospodarowane, moc turystów + usług dla nich (kajaki, łodzie, motorówki, stateczki, statki, jachty duże i małe w Marinie). Kładka -- na którą niektórzy psy wieszają -- też fajnie wygląda (widziałem pierwszy raz)... Pogodę mieliśmy optymalną. Wybieramy się raz jeszcze: bez przewodnika po Opływie Motławy (wzdłuż umocnień od strony Żuław)

Tak przy okazji są to takie niekoniecznie popularne atrakcje Gdańska/Trójmiasta (okolic trójmiasta +/- 100km), które okazują się ciekawsze niż te słynne i znane. Moja lista zawiera (porządek dowolny):

Dolina Radości (skocznia narciarska, bar rybny Rybakówka); jeżeli rowerem (pożyczonym), to można się przejechać do sankturaium w Matemblewie a nawet jeszcz kawałek dalej (staw Wróbla) z grilem i tam się rozbić na popas.

Kajakiem (no to wiadomo, bo tego dotyczy ten wpis) po Motławie.

Muzeum wsi pomorskiej (przy okazji zwiedzania katedry w Gdańsku-Oliwie) w spichrzu Opackim (wystawa stała, por. oddział etnografii).

W Sopocie nic nie ma:-)

W Gdyni muzeum Marynarki Wojennej (jeżeli kogoś interesują militaria) dużo ciekawsze niż to dziadostwo za 500 mln w Gdańsku oraz Muzeum Emigracji.

Zamiast jechać oglądać wydmy w Łebie pojechać ciut dalej do Smołdzina/Kluk(ów). Tam też są wydmy, a oprócz tego skansen we wsi Kluki -- pozostałość po unikatowej nieistniejącej już społeczności, która utrzymywała się z łapania ryb na jeziorach Łebsko/Gardno, tworząc tutaj unikatowy mikrokosmos (z uwagi na otaczające ją wody i bagna wieś była mocno izolowana).

Kwidzyn gdzie należy obejrzeć katedrę, muzeum Powiśla oraz kryptę Wielkich Mistrzów. Malbork to wielka kupa cegieł i tyle, w środku tej kupy nic prawie nie ma. Kwidzyn to dużo mniejsza kupa cegieł, ale za to multum ciekawych eksponatów w katedrze i muzeum... Jadąc do Kwidzyna (nie Kwidzynia) można oglądać pozostałości po Olendrach--mniejszości holenderskich mennonitów (konstrukcje hydrotechniczne w Piekle/Białej Górze, cmentarze z oryginalnymi nagrobkami https://pl.wikipedia.org/wiki/Ol%C4%99drzy).

No i tyle na razie.

url | Wed, 26/07/2017 01:22 | tagi: , , ,
Wycieczka do Rzymu

Pokaż na większej mapie

Właśnie sobie uświadomiłem, że nie ma na blogu informacji o naszej wycieczce w zeszłym roku do Mediolanu, więc może kilka słów na początek o niej.

Wycieczka do Mediolanu o tyle jest bezproblemowa dla mieszkańców 3Miasta, że są tanie loty Wizzairem z Gdańska do/z Bergamo. Dalej się jedzie autobusem za kilka EUR. Kwaterę wynajeliśmy przez AirBNB, u francuskich studentek studiujących ekonomię na prestiżowym Luigi Bocconi. Panie dobrze się zapowiadają łącząc umiejętnie teorię z praktyką: wyglądało na to, że rodzice zafundowali im stancję a one cichcem dorabiały wynajmując jeden z dwóch pokoi przez AirBNB. Jak się trafił chętny -- tacy jak my -- to się przenosiła jedna do pokoju drugiej. Pomysłowe!

Co warto obejrzeć w Mediolanie? Zdecydowanie Muzeum Techniki jest obowiązkowe oraz Katedra (Duomo). Pałac Sforców już niekoniecznie. Ostatnia wieczerza DaVinci nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia--bilety trzeba na nią kupować przez Internet.

Przedostatniego dnia pojechaliśmy rano do Bergamo. Tam cały dzień zwiedzaliśmy stare miasto (warto, ciekawe), potem nocleg także w kwaterze zarezerwowanej przez AirBNB. Następnego dnia na lotnisko i do domu. Udana wycieczka.


Pokaż na większej mapie

Zachęceni sukcesem z poprzedniego roku pojechaliśmy na wycieczkę do Rzymu na 5 dni. Konkretnie od 8 lutego do 12 lutego, tyle, że dwa dni były tym razem dojazdowe--w całości zajęte dotarciem na miejce/powrotem do domu. Długa podróż była spowodowana m.in tym, że akurat do Rzymu z Gdańska nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych i trzeba lecieć z innego lotniska, np. z Warszawy. No więc najpierw Pendolino (50PLN/osoby) do Warszawy, potem samolotem do Fiumicino, potem autobusem do Rzymu w końcu metrem na miejsce zakwaterowania. Zaczeliśmy przed 6 rano, a na miejscu byliśmy o 19.00. Powrót w podobnym stylu i czasie. Kwatera też przez AirBNB i też fajna, a nawet najlepsza z trzech w jakich do tej pory byłem (osobna łazienka, czysto/schludnie, dobre wyposażenie kuchni, gospodarz mieszka osobno itp...)

Dzień pierwszy (czyli 9 lutego): całodzienne zwiedzanie muzeum Watyńskiego, rozpoczęte 1,5 godzinnym staniem po bilet. Bilet można kupić przez Internet ale potrzebna jest (podobno) karta kredytowa. My poszliśmy rano, ale i tak był kolejka, wokół której krążą ludzie (o śniadej/ciemnej karnacji zwykle) oferujący wejście bez kolejki za podwójną cenę. Chętnych nie ma zbyt wielu. W pakiecie z muzeum jest też zwiedzanie kaplicy Sykstyńskiej i bazyliki św. Piotra. Muzeum oczywiście należy bezwzględnie odwiedzić.

Dzień drugi: Rzym Antyczny też całodobowo. Bilet kupiony w kasie pod Koloseum. Też poszliśmy rano i tym razem nie było kolejki, ale jak wychodziliśmy z Koloseum kierując się na Palatyn/Forum Romanum (wspólny bilet), to już kolejka była, a wokół niej ludzie oferujący bilety (za większą cenę oczywiście). Tego dnia daliśmy ognia: 20 km per pedes...

Dzień trzeci: Do południa zwiedzanie tego co zostało do obejrzenia (główny punkt Termy Karakalli -- zdecydowanie warto) a potem obiad i jazda na stadion Olimpijski, na mecz rugby Włochy-Irlandia. Mecz zaczynał się o 15:30 ale woleliśmy pojechać z wyprzedzeniem żeby się nie spóźnić, jak coś pójdzie nie tak. Poza tym chcieliśmy poczuć atmosferę przed meczem/obejrzeć kibiców gromadzących się przed stadionem. Mecz super: 50 tysięcy widzówm, w tym tysiące Irlandczyków. Wynik 63:10 dla Irlandii BTW.

Dla tych co nie wiedzą: kibice Rugby się nie biją, a wręcz przeciwnie--się lubią. Agresywny kibic Rugby jest uważany przez innych za osobnika nienormalnego (jak chcesz się bić, to zapisz się do amatorskiej drużyny rugby i bij się wtedy (tj. na boisku) ile chcesz, po co na ulicach/trybunach?) Tym m.in. Rugby różni się zdecydowanie od patologicznej części kibiców piłki kopanej.

Dzień czwarty: powrót z Rzymu. Samolot był o 15:30 więc kilka godzin jeszcze połaziliśmy, zwiedzając głównie kościoły. W domu byliśmy już 13.02, bo TLK się spóźnił 30min (miał być planowo 23:36 a był kilka minut po północy).

W Rzymie (podobnie jak w Mediolanie) przed ważniejszymi obiektami stoją patrole wojska z długą bronią. Wejście do wybranych obiektów (np. Muzeum Watykańskie, Koloseum, kościół św. Jana na Lateranie) jest dodatkowo zabezpieczone bramkami bezpieczeństwa (tak jak na lotnisku). Te bramki są uciążliwe, zwłaszcza jak się ma na sobie dużo elektroniki.

Jakby ktoś chciał mieszkać tam gdzie my (szczerze mogę polecić), to kwatera jest pod adresem Via Britannia 31. .

url | Thu, 16/02/2017 09:36 | tagi: , , , ,
Montaż błotników SKS Bluemels


Ponieważ zamierzam ostro jeździć w zimie (bo zimy ostatnio się zrobiły dość łagodne) zmodyfikowałem swój rower MTB (koła 26 cali) pod kątem zabezpieczenia przed wodą. Do tej pory używałem błotników szybko montowanych: tylny -- SKS X-Tra Dry zakładany na sztycę plus jakiś tam tani przedni nasadzany na szynę przymocowaną do plastikowego korka wbitego w dziurę w rurze widelca. Patent na przedni widelec jest fajny, ale błotniki -- ponieważ jednak znajdują się w znacznej odległości od opony -- nie zabezpieczają przed wodą jak błotniki zamontowane porządnie.

Zdecydowałem się zatem na takie porządne i wybrałem SKS Bluemels. Do nabycia w CentrumRowerowym.pl za circa 95 PLN (z dostawą). Przed zakupem w CR sprawdziłem czy aby ktoś nie sprzedaje takowych na OLX. I faktycznie sprzedawał, praktycznie nowe, za 70 PLN (z dostawą). Bonusem zakupu na OLX było też to, że pierwszy właściciel poprzykręcał te wszystkie druty, nakładki i śrubki, oszczędzając mi pewnie ze dwie godziny albo i więcej.

Montaż tylnego nie stanowił problemu: mój zmodyfikowany Author Traction ma dziury na błotniki w tylnym widelcu. Z przednim było gorzej -- widelec nie ma dziur montażowych. Kupiłem zatem na Allegro, w sklepie z częściami samochodowymi, cztery aluminiowe opaski/obejmy w osłonie gumowej-- z tego co mi się wydaje te obejmy normalnie używane są do tuningu motocykli czy coś w tym stylu. Z dostawą za obejmy zapłaciłem 40 PLN, czyli więcej niż 50% tego co za błotniki. Trochę dużo ale niech tam, bez dziadowania ma być...

Plan był taki, że dwie obejmy przykręcone na dole goleni widelca posłużą do przymocowania drutów, a do dwóch przymocowanych na górze dokręcę poprzeczną blaszkę, do której z kolei przyśrubuję błotnik (za uchwyt z dziurą, który normalnie pasuje do dziury w widelcu). Na razie szukam estetycznej blaszki i prowizorycznie unieruchomiłem błotnik opaskami zaciskowymi, ale już wiem że plan był dobry i błotnik dało się elegancko wpasować tak że nie lata, nie hałasuje i da się dość szybko zdemontować/zamontować z powrotem (trzeba było w tym celu trochę skrócić druty). No dałem radę tym razem...

url | Wed, 21/12/2016 05:55 | tagi: , , ,
Wycieczka w Bieszczady

Wycieczka w Bieszczady 2016

No więc byliśmy z Elką i Jankiem oraz rodziną kolegi ZK (razem 7 osób) w Bieszczadach (10--17 sierpnia 2016). Trzy razy chodziliśmy po górach: Szeroki Wierch--Tarnica, Połonina Caryńska--Przełęcz Wetlińska, Mała/Wielka Rafka (odpowiednio 22km, i 2x po 16km). Byliśmy też w Sanoku (kolega ZK w Przemyślu) oraz na festynie w Lutowiskach. Z różnym skutkiem próbowaliśmy potraw regionalnych--fuczki/kwaśnica są OK, ale np. Klepak Młynarzowej w karczmie Młyn w Ustrzykach takie sobie...

Szczerze możemy polecić kwaterę pn. Santama, prowadzoną przez sympatycznych i gościnnych gospodarzy (tutaj jest link).

Załączona mapka przedstawia nasze wyczyny.

url | Wed, 17/08/2016 14:50 | tagi: , , ,
Spływ Krutynią

W zeszłą niedzielę przepłynąłem z Elką fragment Krutyni, konkretnie od rezerwatu koło wsi Krutyń do mostu we wsi Ukta (circa 15 km w czasie 3 godzin bez minuty). Opis trasy można znaleźć m.in. na stronach firmy Turystyka Aktywna Wodniak z której usług korzystaliśmy i możemy ją polecić jako solidną. Wypożyczenie kajaka kosztowało 55 PLN czyli tanio.

Miejscem startu było w naszym wypadku Jezioro Krutyńskie (rezerwat Krutynia), do którego zawiózł nas mikrobus Wodniaka. Bus nie może podjechać do samej wody (rezerwat!) więc kajak trzeba 50 m donieść samemu (albo dać zarobić 2 PLN miejscowym chłopakom, którzy przewiozą go wózkiem). Na trasie spływu jest jedna przenioska przy młynie wodnym w miejscowości Zielony Lasek, ale tam też są chłopcy z wózkami (koszt usługi tym razem 5 PLN).

Ślad całej wycieczki (ze zdjęciami) jest też tutaj.

url | Tue, 28/07/2015 21:15 | tagi: , , ,
New Year in Vienna

With ZK and his family we have spent 3 days in Vienna. If you are interested click the map below to see journey GPX track and photos.

We visited Schönbrunn Palace (a former imperial summer residence), Stephansdom, and Kunsthistorisches museum (where one can see Pieter Bruegel's famous paintings including: The Tower of Babel, The Fight Between Carnival and Lent, and The Hunters in the Snow).

We also visited Flak Towers which are enormous concrete bunkers constructed during 2nd world war. FLAK stands for Flug Abwehr Kanone (or Flugzeugabwehrkanone) and Flak Towers were a part (not particularly effective--mobile system is always better for obvious reason) of German air defence system intended to protect cities and residential areas from Allied air raids. Their construction was planned in September 1942 and Vienna was the third city after Berlin and Hamburg that got them.

The Flak Towers fulfilled two purposes (cf. Flak-Türme Towers, Vienna: Nazi concrete heritage at Vienna's heart): They held cannons and spotlights that should fight airplanes from the ground; and they were important bunkers with an autonomous electricity, air and water supply system. They were built in pairs, comprising of larger Gefechtsturm (Combat Tower) and a smaller Leitturm (Fire-control tower). The three pairs of Vienna can be found in the Augarten in the second district, the Arenberg Park in the third district and one each in the Esterhazypark in the sixth and the Stiftskaserne in the seventh.

We visited Augarten and Arenberg towers.

url | Tue, 06/01/2015 11:49 | tagi: , , , , , ,
Trip to Georgia

I have just returned from a week-long trip to Georgia. We have visited Borjomi, Tbilisi, Kazbegi (Stepancminda) and Kutaisi (click the map to see journey track and photos).

On arriving to Kutaisi airport we went straight to the famous Borjomi resort where Russian Emperors once rested. We walked in the park tasting Borjomi mineral spring water, and swimming in hot water pool. From Borjomi we visited cave-city and monastery ensemble Vardzia where there was other hot water pool (with even hotter water). After 2 days in Borjomi we went to Tbilisi where we stayed 1 day (walking in old town). Next morning we drove to Caucasus mountains along Georgian military road via ancient Capital of Georgia -- Mtskheta (unfortunately we did not stop there). We stayed 2 days in Kazbegi where we hiked to Gergeti Trinity Church at 2170m and attended rugby union game Kazbegi vs Tbilisi Crusaiders (among other things:-). Finally we returned to Kutaisi where we visited Gelati and Motsameta Monastyrs as well as Sataplia caves...

We stayed in Leo's Homestay/Guesthouse in Borjomi, Why Not? Legend Hostel in Tbilisi and Hostel Kutaisi by Kote in Kutaisi. We recommend all of them.

The guesthouse we stayed in Kazbegi is not recommended so we do not mention it:-(

More details later...

url | Fri, 05/09/2014 13:13 | tagi: , , , , ,
Wycieczka do Swornychgaci

We piątek (18.07.2014) przepłynęliśmy z rodziną kolegi ZK rzeką Chociną, konkretnie od Chocińskiego Młyna do jeziora Karsińskiego (ca 12 km na GPSie). Spływ zaczęliśmy w Chocińskim Młynie około 14:30 a do Swornychgaci dotarliśmy po 18:00.

Rzeczka jest płytka i wąska, ale nie ma w niej żadnych przeszkód. Spływ odbył się zatem bezproblemowo. Chcieliśmy także popłynąć kajakami w niedzielę, niestety, wszystkie okoliczne wypożyczalnie kajaków miały cały swój tabor zarezerwowany.

Miłym rozczarowaniem jest sieć pierwszorzędnych dróg rowerowych w okolicy Chojnic, o istnieniu których nie miałem świadomości. Drogi rowerowe są wytyczone obok drogi dla samochodów, wydają się dobrze oznakowane i mają utwardzoną nawierzchnię (niekoniecznie asfalt czy płytki/kostki). Do roweru szosowego nie nadają się na 100%, ale każdy inny będzie OK, a i na szosowym da się jechać. Na szybko jakieś informacje na temat tych dróg znalazłem tutaj (niekoniecznie musi to być najlepsze źródło).

Wracając wpadliśmy obejrzeć akwedukt w Fojutowie. Rozczarowująca atrakcja. Do tego tłum ludzi--nie wiem czemu akurat to miejsce jest aż tak popularne...

Ślad całej wycieczki (ze zdjęciami) jest też tutaj.

url | Tue, 22/07/2014 18:03 | tagi: , ,