Weblog Tomasza Przechlewskiego [Zdjęcie T. Przechlewskiego]


scrum
random image [Photo gallery]
Zestawienie tagów
1-wire | 18b20 | 1wire | 2140 | 3rz | alsamixer | amazon | anniversary | antypis | apache | api | applebaum | arm | armenia | astronomy | asus | atom.xml | awk | aws | bachotek | bakłażan | balcerowicz | balta | bash | berlin | bibtex | bieszczady | biznes | blogger | blogging | blosxom | borne-sulinowo | breugel | bt747 | budapeszt | canon | cedewu | chello | chiller | chillerpl | chown | chujowetaśmy | ciasto | cmentarz | contour | cron | css | csv | curl | d54250wykh | dbi | debian | dejavu | dhcp | dht22 | dia | docbook | dom | ds18b20 | dyndns | dynia | ebay | economy | ekonomia | elka | elm | emacs | emacs23 | english | ess | eu | excel | exif | exiftool | f11 | fc | fc11 | fc15 | fc5 | fc8 | fedora | fedora21 | fenix | ffmpeg | finepix | firefox | flickr | fontforge | fontspec | fonty | food | fop | foto | france | francja | fripp | fuczki | fuji | fuse | gammu | garmin | gawk | gazwyb | gdańsk | gdynia | gender | geo | georgia | gft | git | github | gmail | gnokii | gnus | google | googlecl | googleearth | googlemaps | gotowanie | gphoto | gphoto2 | gps | gpsbabel | gpsphoto | gpx | gpx-viewer | greasemonkey | gruzja | grzyby | haldaemon | handbrake | historia | history | hitler | holocaust | holokaust | hpmini | humour | iblue747 | ical | iiyama | ikea | imap | inkscape | inne | internet | j10i2 | javascript | jhead | k800i | kajak | kamera | kleinertest | kml | kmobiletools | knuth | kod | kolibki | komorowski | konwersja | krutynia | kuchnia | kurski | latex | latex2rtf | latex3 | lcd | legend | lenny | lesund | lewactwo | liberation | linksys | linux | lisp | lisrel | litwa | lizbona | logika | ltr | lubowla | lwp | m2wś | mapsource | marvell | math | mathjax | mazury | mbank | mediolan | mencoder | mh17 | michalak | michlmayr | microsoft | monitor | mp4box | mplayer | ms | msc | mssql | msw | mtkbabel | museum | muzyka | mymaps | mysql | nanopi | natbib | navin | nekrolog | neo | neopi | netbook | niemcy | niemieckie zbrodnie | nikon | nmea | nowazelandia | nuc | nxml | oauth | oauth2 | obituary | okular | olympus | ooffice | ooxml | opera | otf | otftotfm | other | overclocking | panoramio | pdf | pdfpages | pdftex | pdftk | perl | photo | photography | picasa | picasaweb | pim | pine | pis | pit | plotly | pls | plugin | po | politics | polityka | polsat | portugalia | postęp | powerpoint | prelink | problem | propaganda | pstoedit | putin | python | r | radio | random | raspberry pi | refugees | relaxng | ridley | router | rower | rowery | rpi | rsync | rtf | ruby | rugby | russia | rwc | rwc2007 | rwc2011 | rzym | samba | sem | sernik | sheevaplug | sienkiewicz | signature | sks | skype | skytraq | smoleńsk | sqlite | srtm | ssl | staszek wawrykiewicz | statistics | stats | statystyka | stix | stretch | suwałki | svg | svn | swornegacie | szwajcaria | słowacja | tbilisi | terrorism | tex | texgyre | texlive | thunderbird | tomato | totalnaopozycja | tourism | tramp | trang | truetype | ttf | turystyka | tusk | tv | tv5monde | twitter | typetools | ubuntu | uchodźcy | udev | ue | umap | unix | upc | updmap | ups | utf8 | varia | video | vienna | virb edit | vostro | wammu | wdc | wdfs | webcam | webdav | wh2080 | wiedeń | wikicommons | wilno | windows | windows8 | wine | wioślarstwo | word | wordpress | wrt54gl | ws1080 | wtyczka | ww2 | www | wybory | wybory2015 | włochy | węgry | xemex | xetex | xft | xhtml | xine | xml | xmllint | xsd | xslt | xvidtune | youtube | yum | zakopane | zakupy | zdf | zdrowie | łeba | świdnica | żywność
Archiwum
O stronie
wykorzystywany jest blosxom plus następujące wtyczki: tagging, flatarchives, rss10, lastbuilddatexhtmlmime. Niektóre musiałem dopasować nieco do swoich potrzeb. Więcej o blosxom jest tutaj
Subskrypcja
RSS 1.0
Posokowiec bawarski

UWAGA: Będzie długie i o jeleniu (na zwłoki którego najechałem w sobotę)

Znajomy (korposzczur -- jego własne określenie więc się nie obrazi) się przejął (bardziej niż ja) i mnie mobilizuje do alarmowania świata w temacie: ,,czy etyczne jest, że ktoś dopuścił do tego, że zwłoki jelenia leżą na polu.'' Przypuszczalnie zwierzę zostało postrzelone, uciekło i padło, że tak powiem w pewnym oddaleniu od strzelca. Takie rzeczy się zdarzają oczywiście. Skoro się zdarzają to pewnie są jakoś regulowane choćby zwyczajowo (etycznie/nieetycznie)

No to sru... piszemy w google i mamy (UWAGA: Postrzałek = postrzelone zwierzę; moje komentarze wewnątrz [[ .. ]]):

Rozporządzenie ministra środowiska z dnia 23 marca 2005 r. w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz Dz.U. z dnia 15 kwietnia 2005 r.; Zmieniona wersja (2011-12-14) Dz.U.2011.257.1548. Albo www.lowiecki.pl/gdansk/lowiec/regpol.html Albo Poszukiwanie postrzałka przy użyciu psa.

Art5/8: polowanie na zwierzynę grubą może odbywać się pod warunkiem zapewnienia udziału w poszukiwaniach postrzałka, ułożonego w tym celu psa.

[[Jeżeli nie miał psa to naruszył prawo. To jest zapis chyba obowiązujący od 2010 r.]]

[[To teoria, a teraz praktyka:]]

Udział psa w polowaniu -- czy na co dzień respektujemy przepisy prawa łowieckiego?/Zbigniew Ciemniewski. Ciekawe też tutaj: http://www.bowhunting.pl/pies-dla-mysliwego-z-lukiem/b/34

[[polowanie z łukiem. Ja pierdziu... BTW ale: ]]

Nie każdy myśliwy ma możliwość posiadania własnego psa. Charakter pracy, trudne warunki lokalowe, powodują, że trzymanie psa w domu często staje się niemożliwe. Nie zwalnia to jednak myśliwego z obowiązku szukania postrzałka z pomocą psa. Nie znam koła czy obwodu, w których nie ma przynajmniej jednego psiarza, do którego można zadzwonić po pomoc. Przy niektórych zarządach okręgowych PZŁ istnieją nawet tzw. pogotowia postrzałkowe zrzeszające właścicieli psów ułożonych do poszukiwania postrzałków. Zapisanie numerów telefonów do kolegów posiadających psy i korzystanie z ich pomocy pomoże wypełnić regulaminowy obowiązek każdego myśliwego, który mówi że polowanie na zwierzynę grubą może odbywać się pod warunkiem zapewnienia w poszukiwaniach postrzałka udziału ułożonego w tym celu psa (Art 5. 1. 8 regulaminu polowań).

[[czyli jakaś tam small-afera mogłaby być. Ale niekoniecznie (klubposokowca.org.pl/?page_id=87):]]

Co prawda rozporządzenie ministra środowiska w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania, zobowiązuje myśliwych do zapewnienia udziału w poszukiwaniach postrzałka ułożonego w tym celu psa, jednak interpretacja pojęcia ,,ułożonego psa'' nie jest podana i w związku z tym jest bardzo dowolna.

[..]

Oczywiście mistrzami w tej dziedzinie pracy myśliwskiej są posokowce.

:-) Oczywiście. Kurde nawet nie wiedziałem że coś takiego istnieje podróże kształcą :-) Do dziś jakby mi ktoś powiedział POSOKOWIEC to bym to z owadem kojarzył prędzej, które to mają bombastic nazwy często.

Więc na koniec: https://www.olx.pl/zwierzeta/psy/q-posokowiec-bawarski/.

A na finalny-koniec: jeżeli ktoś doczytał aż tu i ma wśród znajomych myśliwego, który by się ustosunkował, to będę wdzięczny za komentarz.

url | Tue, 22/05/2018 04:32 | tagi:
Pętla: Skarszewy-Starogard-Pelplin-Tczew

Pojechałem sobie w niedzielę (19.05) właśnie taką trasą

Mieszkając w środku 3Miasta ma się problem z wyjechaniem z miasta w kierunku wschód/zachód. Na północ się nie pojedzie, bo morze. Pozostaje południe, tyle że się nudzi te ciągłe jeżdżenie na kierunku Osowa-Chwaszczyno-Kielno.

Weekend jest zatem dobrym momentem przejechania przez duże miasto w miarę sprawnie (światła/ruch/skrzyżowania), a zwłaszcza w godzinach porannych. Tak do 6:00--7:00 Gdynia to prawdziwe #GhostTown. W Gdańsku jest już wtedy większy ruch, ale też bez porównania z tym co się dzieje później, o ruchu w normalne dni/godziny nie wspominając.

No to pojechałem na Kociewie, rozpoczynając o 7:10. Wg planu przejechałem Gdańsk swoją trasą optymalną (dłuższą niż wzdłuż al. Zwycięstwa ale minimalizującą liczbę świateł, na których trzeba stawać i czekać na zmianę): Czyżewskiego-Polanki-Partyzantów-Matejki-Do Studzienki. Potem Końskim Traktem aż do Ronda Ofiar Katynia (lepiej znanym pod nazwą Plac Zebrań Ludowych). Teraz 3 Maja-Armii Krajowej i myk już jestem na #DK91. Ruch znikomy więc komfortowo pomykam na Pruszcz. DK91 generalnie jest bezpieczna, bo szeroka, tyle że jak jest duży ruch to hałas jest. Tą ścieżką na wale nie jeżdżę--nawierzchnia słaba/dużo przeszkód typu wysokie krawężniki. Nie mam obowiązku używania tej ścieżki zresztą więc działam też zgodnie z kodeksem.

Wylot (albo wlot) na Starogard (#DK222) jest zamknięty -- bo remont -- więc jadę dalej do Pruszcza z zamiarem wjechania na #DK226 albo #DK222. Skręcam od razu w ul. Raciborskiego, czyli decyduję się na DK222. Bym jechał dalej to mógłbym skręcić w ul. Zastawną (pierwszy skręt w prawo za Radunią). O tyle ten wariant jest nie-ten-teges, że ileś świateł jest po drodze i to takiej pryncypialnej, że trochę głupio na czerwonym wjeżdżać (a nawet bardzo głupio). Się zresztą okazało, że DK222 jest remontowana nie tylko na odcinku ulicy Starogardzkiej, ale później też. Co jakiś czas ruch jest tylko jednym pasem. Światła na krańcach takich odcinków skutecznie zniechęcają potencjalnych użytkowników, więc droga jest praktycznie pusta. Hurraaa! Do tego wiatr w plecy więc podjeżdżanie na odcinku Pruszcz--skrzyżowanie DK222/DK226, gdzie generalnie jest pod górę, idzie w warunkach komfortowych.

Dalej też zgodnie z planem DK226 do Mierzeszyna, a tutaj wątpliwość co dalej z uwagi na niejasny drogowskaz. Pytam się miejscowego, ale on nie wie, która to 226 (co za ciemniak), i że jak na Nową Karczmę to prosto. Na szczęście się go nie słucham i skręcam w lewo. Droga robi się jakościowo mocno średnia: dziur nie ma, ale nawierzchnia jest wyboista więc trzęsie. Sucha Huta--odludna wieś na skraju dużego lasu. Jeszcze parę kilometrów i skręt na Skarszewy. Do tej pory miałem wrażenie, że wjeżdżam z prawym bocznym przeciwnym wiatrem pod górę. Teraz będzie z wiatrem w plecy. No i dużo w dół, bo generalnie mam się finalnie znaleźć na poziomie Wisły.

W Skarszewach kilka fotek w tym malownicze rozlewisko Wierzycy i dalej jadę na Starogard. Przed Starogardem w Linowcu natykam się, prawie na poboczu na zastrzelonego jelenia. Dziwna sprawa, bo jest około 10:00 a zwierzę leży. Jeżeli to efekt polowania (o czym by świadczyłaby ogromna dziura z boku klatki piersiowej), to pewnie straciło życie wcześnie rano więc upłynęło już wystarczająco dużo czasu żeby go zabrać. Anyway pierwszy raz w życiu widzę coś takiego.

Starogard bez historii--nie planują się tutaj zatrzymywać. Jadę na Pelplin drogą #DK222/#DK229. Wzdłuż obu zbudowali ścieżkę, a na drodze non stop zakaz jazdy rowerem. Zakaz to zakaz--nie jadę. Ścieżka jest bardzo dobrej jakości. Da się jechać szybko, prowadzi jedną stroną drogi więc nie ma tak uciążliwych w przypadku wielu innych ścieżek miedzymiastowych zmian prawa/lewa strona drogi co kilka kilometrów.

Mijam A1 (aka autostrada Bursztynowa), wjeżdżam do Pelplina. To tak w ogóle ciekawe miasteczko jest i godne zwiedzania: muzeum diecezjalne/katedra, ale ja zwiedzałem i jedno i drugie niedawno, więc tylko zdjęcie katedry na dowód, że byłem i jadę dalej kierując się na Rajowy-Maniowo-Radostowo.

Droga znowu robi się wyboista (ale nie dziurawa). Tempo spada wiatr przestał wiać w plecy, jest teraz boczny, często niesprzyjający. W Rajkowach widzę kościół i skręcam. Dobra decyzja: przy kościele stary cmentarz z grobami z końca 19 wieku. Polskie nazwiska i inskrypcje. Jeden kuty krzyż o interesującym wyglądzie oraz jeden żeliwny odlewany. Ha, jeden skalp więcej (mowa o tym żeliwnym odlewanym--których geotagowane zdjęcia kolekcjonuję). Następny przystanek jest już planowany: gospodarstwo pn. Radostowskie Rarytasy. Z daleka widać napis sprzedaż serów czy jakoś tak.

Radostowskie Rarytasy wypatrzyłem na Facebooku. Spodobało mi się, że się fajnie promują. Teraz mam okazję zobaczyć sklep w realu i też mi się podoba. Kupuję kilka małych kawałków różnych serów. Każdy elegancko opakowany w firmowy papier. Do tego masło dla Elki. Pani proponuje jeszcze twaróg i mleko, no ale ja nie mam już miejsca w plecaku, no i do Sopotu jeszcze trochę zostało więc plecak za ciężki to też nie powinien być. Pani sprzedawczyni robi mi zdjęcie przed sklepem i jadę dalej.

Wjeżdżam na DK91 w Subkowach, skręcam na Tczew.

Oczywiście Tczew też warto zwiedzić tak w ogóle, ale ja tu już byłem milion razy więc nie wjeżdżam do miasta tylko DK91 na Gdańsk.

NB chciałem wracać przez Żuławy, ale zmieniam zdanie. Na liczniku już circa 120 km, do domu jeszcze trochę zostało. Szacuję że jak pojadę DK91 to wyjdzie circa 170. Przez Żuławy byłoby dalej. Jadę DK91. Wbrew pozorom jazda tą drogą jest całkiem OK--ruch jest mały, bo większość aut jeździ po A1. Teraz jest pod wiatr, ale ponieważ jest ciepło, to jest OK, tyle że jadę wolniej niż gdyby wiało w plecy.

W Gdańsku mógłbym wracać z grubsza tą samą trasą co jechałem rano, ale decyduję się na inny wariant: DK91 do Huciska (tunelem pod DK501/Armii Krajowej w szczególności)-- Podwale Staromiejskie--Podmłyńska/Rajska (albo Stolarska/Łagiewniki). Jeżeli Podwale Staromiejskie to do skrzyżowania przy Zieleniaku no i dalej standard czyli ścieżka rowerowa wzdłuż al. Zwycięstwa. Jeżeli zaś Stolarska/Łagiewniki, to bardziej skomplikowana trasa: Marynarki Polskiej--Uczniowska--Czarny Dwór itp. Dziś wybieram wariant #1 Podmłyńska/Rajska--al. Zwycięstwa.

W domu jest tuż przed 15:00, na liczniku (prawie) 170km.

Niedziela

Zaczynam godzinę później tj. 8:10. Miasto puste (niehandlowa niedziela BTW). Trasa znana i już raz objechana w całości, a wielu fragmentach, to nawet wielokrotnie: Gdynia-Pierwoszyno-Mrzezino-Puck-Łebcz-Władysławowo. W Pucku ciekawostkowe muzeum jest BTW eksponujące modele wodnosamolotów Lublin R-XIII (nie zwiedzałem, podobno ciekawe). Inna atrakcja w drodze do Pucka to Rzucewo gdzie jest pałac/hotel oraz zejście na plażę z minimolem. Tyle, że droga do Rzucewa (3km) koszmarnie dziurawa

We Władysławowie powrót drogą główną, tj. DK216 (mały ruch) do Widlina, tam skręt na Mrzezino. Stąd praktycznie tą samą trasą co rano tyle, że w przeciwną stronę.

Wycieczka bez historii. W Połchowie są groty (trzeba skręcić przy sklepie w prawo na Gdynię), na które tak w ogóle warto rzucić okiem (google:grota połchowo), ale ja już rzucałem więc nie skręcam. Poza tym, przed Połchowem dogania mnie i śmiało wyprzedza facet na niebieskim Fuji. No to ja mu na koło i jedziemy. Odnoszę wrażenie że gość chce mnie urwać. Zagina się i rantuje. W końcu odpuszcza--się zorientował, że wprawdzie gość (czyli ja) wolno jechał sam, ale teraz to magicznie ożył i nie-da-rady go zgubić. Typ mruka o silnych nogach. Nie odzywa się, ani cześć ani pocałuj-wójta... Za Mrzezinem facet zaczyna się denerwować, widać że moja jazda za nim nie podoba mu się, w końcu macha rękami, zwalnia i zjeżdża w lewo. No to daję zmianę, ale gość nie korzysta z koła--jedzie 10m za mną. Amatorka totalna. Tak dojeżdżamy do skrzyżowania z DK100, gdzie znowu mnie wyprzedza. Tym razem daję mu spokój. A niech jedzie. Niedziela jest, co go będę stresował:-)

W domu jest tuż przed 12:45, na liczniku (prawie) 110km.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

url | Mon, 21/05/2018 12:54 | tagi: , ,
Bardzo długi weekend (podsumowanie)

W tym roku długi weekend był naprawdę długi bo trwał 10 dni. Zaczął się w piątek 27 kwietnia a skończył dziś 6 maja. Do tego wyjątkowo dopisała pogoda. Nie padało, było słonecznie ale nie upalnie. No może noce/ranki były trochę zimnawe, ale przecież to przełom kwietnia/maja więc jakby tak ma być.

Plan był taki: do Bachotka (na TeX-konferencję) w piątek, tam posiedzieć do 29 kwietnia do południa. Z Bachotka pojechać na Warmię, konkretnie na jej część wokół Braniewa. Zwiedzanie tej części Warmii miałem od dawna w planach. Zatem 29 kwietnia Bachotek-Nowa Pasłęka, potem 30 kwietnia pętla przez Pieniężno/Górowo i drugie nocowanie w Nowej Pasłęce. Wreszcie 1 maja powrót do Sopotu. Tyle było w planach, pozostałe rowerowanie w dniach 2--6 maja to już było spontanicznie i wokół Sopotu. Szczegóły przedstawia zestawienie:

Dzień27.0428.0429.0430.041.052.053.054.055.056.05
Dystans1854020018515570802519075

Zawartość sakw/plecaka/kieszeni koszulek

Razem dystans przejechany 1205 km w tym 765 km na żółtym z bagażem oraz 435 km na czarnym. Pierwszy raz w życiu jeździłem na rowerze z sakwami. Do tej pory jeździłem do Bachotka bez bagażu, który podrzucałem znajomym do przewiezienia. W tym roku było inaczej i w tym celu wyposażyłem rower w dużą torbę na kierownicę Ortlieb Ultimate oraz bagażnik Authora na rurę podsiodłową. Obie rzeczy kupiłem dawno temu, ale niespecjalnie z nich korzystałem.

Ponieważ z dawnych czasów kiedy parę razy go założyłem pamiętałem, że bagażnik Authora na szybkozamykacz miał tendencję do przekręcania się w czasie jazdy, zmieniłem szybkozamykacz na normalną śrubę z imbusem. Ponadto przypadkowo zupełnie da się wstawić ten bagażnik w tylne widełki ramy mojego roweru przełajowego i zamocować go na rurze ramy a nie na rurze podsiodłowej. W tej pozycji bagażnik znajduje się niżej co obniża środek ciężkości i lepiej wygląda. Bagażnik wyposażony był w niewielką sakwę, na którą dołożyłem miękką sakwę podsiodłową. Tę miękką też kupiłem kiedyś a nie teraz i nawet wykorzystuję ją od czasu do czasu, ale uważałem ją za średnio wygodną i mało pakowną. Teraz zyskała na wygodzie i pakowności bo zamiast wisieć, leży na bagażniku. Całość jest owinięta gumowymi ściągaczami.


Rower gotowy do wycieczki

No więc koncepcja się sprawdziła: nie nie odpadało, nic się nie luzowało. Pewien problem był z przodu, bo torba powodowała, że zdjęcie obu rąk z kierownicy wprowadzało rower w silne drgania. W rezultacie nie dało się jechać bez trzymanki, a lubię tak robić co jakiś czas celem rozprostowania pleców. Próbowałem problem rozwiązać, przepakowując maksimum lekkich rzeczy do torby na kierownicę, ale to tylko go zmniejszyło ale nie zlikwidowało całkowicie (drgania pojawiały się później i były mniejsze).

Torba na kierownicy powoduje zresztą inny kłopot: nie da się zamontować kamery (well by się dało ale trzeba pogłówkować). W rezultacie zamiast kamery 4K Xaomi przeprosiłem się z Contourem i zamocowałem go uniwersalnym uchwytem do rur na goleniu widelca. 1/3 obrazu zajmuje wtedy kręcące się koło ale lepsze to niż nic. Trudny wybór: można by zrezygnować z tej torby (na moje dałoby upchnąć wszystko z tyłu) ale z drugiej strony, to co jest w Ortliebie jest bajecznie łatwo dostępne (nawet bez zatrzymywania się, w czasie jazdy, da się otworzyć/zamknąć tę torbę.)

Co zabrałem? Trochę odzieży żeby nie chodzić w kolarskich (spodnie, bluza, bielizna cywilna no i ekstra skarpety. Do tego bluza/spodnie termoaktywne plus kurtka ROADR 900 B'Twin na wypadek zimnych nocy/deszczu), trochę jedzenia na wszelki wypadek (jak zjadłem miałem lżej). Mały ręcznik + pasta i szczoteczka. Nie miałem cywilnych butów. Dużo elektroniki: 2 aparaty fotograficzne, bardzo mały komputer (0,5kg), smartfona, kamerę sportową. Różne kable i zasilacze (i tak jednego zapomniałem). Kamera jechała na rowerze, smartfon i aparat kompaktowy (Sony RX100) były w kieszeniach koszulek a drugi większy aparat (Olympus E-M10 + obiektyw Panasonica 12--32mm) w plecaku (albo w Ortliebie, no ale wtedy drgania większe:-)) celem łatwego dostępu. Nie zabrałem powerbanku--co było błędem. Koniecznie trzeba. Generalnie dużo to ja nie wziąłem,ale i tak rower był odczuwalnie cięższy. Bagaż było ustawiony raczej pod dobrą pogodę, ale gdyby padało to też nie byłoby problemu tyle, że musiałbym błotniki zamontować (a mam takowe do tego roweru pn. SKS XRaceblade -- bardzo dobre, mimo że połówkowe).

Czy mój wybór bagażu jest OK, no to by wymagało weryfikacji także w gorszych warunkach pogodowych. Na moje odzież nie stanowi wielkiego problemu--zawsze można coś kupić w sklepach z tanią odzieżą. BTW takie sklepy są powszechne na prowincji, a już zakup brakujących kabli/ładowarek może być problematyczny, albo zbędnie-kosztowny.

Uprzedzając pytanie nigdy nie byłem fanem nocowania w namiocie. Więc w czasach gdy znalezienie agroturystyki jest bajecznie proste i tanie raczej nikt mnie na wożenie namiotu/śpiwora nie namówi.

W planach następne wojaże--stay tuned.

url | Sun, 06/05/2018 17:47 | tagi: ,
Wyjazd w długi weekend (Bachotek 2018)

27 kwietnia: Sopot--Bachotek (185km) z przystankiem w Nowym Mieście Lubawskim. Źle policzyłem czas/dystans i będąc w niedoczasie pojechałem najkrótszą drogą: Tczew-Malbork-Pasłęk-Susz-Iława. W sumie bez historii dotarłem do NM Lubawskiego, gdzie byłem umówiony z koleżeństwem ADD (jeszcze z liceum się znamy), które tam mieszka. Mile spędziliśmy 2 godziny, po czym pojechałem dalej do Bachotka. Na miejscu byłem około 21:30.

28 kwietnia: dzień wolny (miał być), ale jednak pojechałem dwa razy do Brodnicy po zakupy (4x10km = 40km). Drugi wyjazd po produkty na grila, się bowiem nagle okazało, że ogniska nie będzie 28. kwietnia tylko dzień później. Zamiast na ognisko zaprosiłem ADD na grila. Fajnie było...


Cmentarz hrabiów zu-Dohna-Lauck (mój ślad obok)

29 kwietnia: odwrót z Bachotka, ale nie do domu tylko do Nowej Pasłęki. Znowu wyjechałem za późno do tego zapomniałem naładować smartfona (błędem było także niezabranie powerbanku). W rezultacie mocno nadłożyłem drogę i przyjechałem na kwaterę znowu ciemną nocą (200km). Do tego uparłem się zobaczyć płyty nagrobne w Markowie koło Morąga. Na szczęście: ostatni fragment trasy był dość nieskomplikowany, droga równa i bez dziur a księżyc w pełni. Dotarwszy do Nowej Pasłęki pytam się pierwszej osoby gdzie jest pensjonat `U Rybaka', w którym miałem zarezerwowany nocleg. Pan do mnie przyjechał to tutaj. Się okazało, że `U Rybaka' jest blisko wjazdu/wyjazdu na Braniewo. BTW fajna i godna polecenia agroturystyka.

Co do płyt z Markowa, to i tak ich nie zobaczyłem. Pod presją czasu nie zdecydowałem się na ich szukanie. Wyjeżdżając z Bachotka nie odrobiłem pracy domowej, zakładając że jakoś trafię. Pytałem się miejscowych, ale dupa-zbita--nie było to takie proste. Teraz widzę, że nawet za pomocą Google nie jest to proste--większość stron nie podaje gdzie to dokładnie jest. W końcu znalazłem (http://www.ciekawemazury.pl/info.htm#1856/pl/i/pseudomegalityczny_cmentarz_dohnow) i wydaje się że informacja jest poprawna (pałac Dohnów jest oznaczony poprawnie, to pewnie cmentarz też). Byłem blisko, co wiadać na zrzucie z googleMaps.

30 kwietnia: objazd Warmii (północnej). Pojechałem przez Pieniężno do Górowa-Iławieckiego. W obu miastach już kiedyś byłem, ale krótko i przelotem. Tym razem chciałem zwiedzić muzeum Księży Werblistów (Pieniężno) oraz muzeum gazownictwa (Górowo). Miało być 160 km, a wyszło 180.

Muzeum Weblistów bardzo fajne i godne polecenia. Urządzone pomysłowo i ze smakiem. Dużo strojów/masek oraz kilkadziesiąt egzotycznych instrumentów muzycznych (coś dla Elki). Nie wiem czy to standard jest w każdym przypadku, ale zostałem wpuszczony do środka i pozostawiony samym-sobie (jak pan będzie wychodził, to pan drzwi zatrzaśnie). Za to muzeum gazownictwa okazało się totalną porażką. Słabo z informacją -- na mieście nie ma drogowskazów, co jest jakby standardem w przypadku tego typu placówek. Po odszukaniu stosownego adresu za pomocą googleMaps nie bardzo wiadomo jak wejść. Się okazuje, że muzeum jest bezobsługowe -- żeby zwiedzać, to trzeba zadzwonić do miejscowej Informacji Turystycznej. Ja miałem pecha, telefon nawet ktoś odebrał ale zostałem poinformowany, że dzisiaj nieczynne. Podany powód był dziwaczny i raczej dla mnie był jeszcze jednym dowodem na to, że muzeum niespecjalnie jest warte uwagi.

Górowo jako atrakcję reklamuje też: Żywkowo często nazywane [...] Stolicą Bocianów. Do tej składającej się z dziewięciu gospodarstw i zamieszkanej przez 25 osób wsi co roku przylatuje około 100 bocianów. Odlatuje z niej około 200. Pojechałem, bez rewelacji. Gdybym nie pojechał to bym wiele nie stracił. Droga do Żywkowa dziurawa...

1 maja: powrót do domu przez Żuławy. Wystartowałem o 5. coś tam rano... Jadę do Fromborka, tam już byłem więc nie zatrzymuję się, zresztą nie ma po co. Jest 6 rano i miasto jest całkowicie wymarłe. Następne miasteczko--Tolkmicko zwiedzam pobieżnie. W Suchaczu na plaży jem śniadanie. Cała plaża to 100x30m piasku pośrodku ogromnych trzcinowisk. Omijam S7/E28 i jadę do domu przez Żuławy--super malownicza trasa wzdłuż Nogatu. Setki wędkarzy na brzegu i na łodziach. Nogat przekraczam na moście w Kępkach/Bielniku Drugim (oryginalna nazwa!) Droga jest całkiem dobrej jakości.

W Kępkach kieruję się na Stegnę, ale za Rybiną z drogi 502 skręcam na Sztutowo (jest drogowskaz). W rezultacie wyjeżdżam tuż obok obozu Stuthoff. Z rowerem nie wpuszczają, ale odwiedzam księgarnię, sprzedającą m.in. publikacje wydane przez Muzeum Stuthoff. Miła pogawędka z ochroniarzem, który mnie opierdolił bezceremonialnie w zeszłym roku:-) za próbę wjechania rowerem, przy czym od razu wyjaśniam że zrobiłem to nieumyślnie. W KL Stuthoff są bowiem co najmniej dwie bramy, pierwsza przy drodze i jak na moje to nie wiadomo po co jest, bo można nią swobodnie wchodzić/wychodzić (ale nie wjeżdżać--szlaban jest) i przy tej bramie nie ma żadnych kas itp instalacji. Do drugiej położonej ze 100m od pierwszej nie dotarłem -- pewnie są tam kasy i kontrola biletów przy wejściu. Mi się wydawało, że zakaz jazdy--całkowicie zrozumiały, bo przecież jest to jeden wielki cmentarz -- jest od kas/wejścia za biletem. No nie jest--faktycznie jest znak zakazu jazdy rowerem już przy pierwszej bramie, na który nie zwróciłem uwagi zakładając, że i tak nie wjadę do obozu, ale do kas jeszcze mogę...

Chcę sobie skrócić/urozmaicić drogę więc jadę na Mikoszewo gdzie za 5 PLN przekraczam Wisłę promem. Full luda, w obie strony. Od Przejazdowa droga na Gdańsk pusta. Przed Gdańskiem policja mnie molestuje że nie-ścieżką-to-tamto. W końcu puszczają bez mandatu. Generalnie pełno policji chuj-wi-po co (bo ruchu nie ma), to szukają pretekstu, żeby kumendant ich nie opierdolił po powrocie, że w krzakach spali zamiast patrolować. Oczywiście standardowe pierdolenie jak to oni dbają o moje bezpieczeństwo swoją (w oczywisty sposób zbędną) działalnością. Ciekawe czy sami wierzą w te brednie? Jeżeli zamiast mózgu nie mają gówna, to pewnie tak -- niełatwo jest żyć ze świadomością bycia pasożytem. NB. 3-go maja jeszcze mniejszy ruch i jeszcze więcej policji. Pierwszy samochód jaki zobaczyłem zaczynając wycieczkę do Rewy o 5:30 rano to był radiowóz. Normalnie państwo policyjne.

No ale summa sumarum udana wycieczka nie skończyła się mandatem więc nastrój tylko trochę mi popsuli. Do domu przyjeżdżam jakoś tak koło 14:00. Na liczniku 155km. Łącznie przejechałem +750km. Warmia to fajnie miejsce do rowerowania: mały ruch i drogi generalnie dobrej jakości (są wyjątki oczywiście z odcinkiem Markowo--Klekotki--Godkowo na czele, który jest tak dramatycznie kiepski, że nawet na GoogleMaps to wyraźnie widać.).

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia (flickr); ślad gpx; ślad kml.

url | Fri, 04/05/2018 17:48 | tagi: , ,
Uwagi na temat pozycji na rowerze

Moim zdaniem na problem w plecach generalnie pomaga skrócenie zasiegu, tj odległości od siodła do kierownicy. Ja (192cm/względnie krótkie nogi/długi tułów) mam tą odległość równa 55--6cm, liczone od czubka siodła do środka kierownicy. Różnica siodlo--kierownica circa 7 cm.

Żeby skrócić pozycję można:

1. Zmienić mostek na krótszy i o większym wzniosie i/lub zamontować go w pozycji odwrotnej. Mostki mają typowo wznios plus/minus 8--10° (stopni). Zakłada się je w pozycji minus, ale ponieważ rura sterowa ma nachylenie 73 stopnie, to 90° - 73° - 8° = 9° stopni wzniosu. Jeżeli mostek się przekręci to będzie 90° - 73° + 8° = 25° (czyli dużo więcej).

Subtelny problem: czy lepiej zmienić np 12cm na 8cm bez odwrócenia mostka czy 12cm odwrócić? Oczywiście krótszy mostek będzie bliżej siodła ale kierownica będzie niżej, dłuższy oddala kierownicę ale będzie ona wyżej. Moje doświadczenia są takie że lepiej mieć mniejszą różnicę siodło-kiera czyli lepszy będzie 12cm odwrócony

2. Zmienić kierownicę na kompaktową. Kierownice mają różne gięcie, które charakteryzują dwa parametry zasięg (reach) oraz głębokość (depth). Im większy zasięg tym większa odległość do klamek, im większa głębokość tym trzeba się bardziej zgiąć w dolnym chwycie.


Rys. 2. Kompakt jest po lewej jak się łatwo domyśleć

3. Podsunąć siodło maksymalnie w stronę kierownicy bez przejmowania się o pozycję wzg pedałów (ja tak zrobiłem w swoim rowerze).

4. Zmienić sztycę (wspornik siodła) na zero offsetową. Większość sztycę ma offset w stronę tylnego koła:


Rys. 3. Zero offetowa sztyca jest po prawej jak się łatwo domyśleć (na sztycy po lewej strzałką zaznaczono offset)

Ja mam mostek 12cm odwrócony (10°) + zero offsetową sztycę i kierownicę FSA compact (reach: 80mm/depth): 125 mm). FSA to nazwa firmy produkującej BTW.

url | Mon, 23/04/2018 10:08 | tagi: ,
Syrop z podbiału

Wpis na Twitterze pani rzecznik Lasów Państwowych mnie zainspirował żeby też zrobić syrop z podbiału.

Z grubsza wiem jak wygląda podbiał. Pojechałem go szukać. W środę taka trasa: DolinaRadości--Droga Węglowa--Owczarnia--Lotnisko--Rębiechowo--Barniewice--Borowiec--Osowa. Słabo z podbiałem--tu i ówdzie trochę. W zasadzie przyjechałem z niczym. W czwartek znalazłem większą miejscówkę w Koleczkowie (skręt w lewo w ul. Kamieńską, jazda aż do końca asfaltu) i uzbierałem 1,5małego słoika. W piątek jeszcze raz do DolinyRadości żeby dozbierać do drugiego słoika. Się okazało, że wzdłuż Drogi Węglowej rośnie tego bardzo dużo--po prostu w środę jeszcze się większość nie rozwinęła, za wcześnie byłem. Dozbierałem do drugiego i z rozpędu uzbierałem na trzeci słoik.

Na razie może starczy, zobaczymy co z tego wyjdzie. Wykonałem zgodnie z opisem z Internetu: przesypałem warstwy kwiatostanów cukrem, umieściłem słoiki na parapecie. Po tygodniu, tj. w przyszły piątek zamierzam to zlać i pewnie jednak dla bezpieczeństwa wsadzę do lodówki.

Film nawet poklatkowy robię, ale z problemami. Chyba źlę ustawiłem słoik (za blisko) bo wiele zdjęć jest nieostrych. Podbiału jak mówiłem starczy, ale być może poświęcę się dla sztuki (filmowej) i jednak się kopsnę po czwarty słoik, wyłącznie po to, żeby wykonać lepszy film. To co wyszło do tej pory jest do obejrzenia tutaj.

Zdjęcia do całej historii są zaś tutaj

url | Mon, 16/04/2018 07:51 | tagi: , , ,
Sernik z koziego sera


Sernik to moje ulubione ciasto. Wreszcie się odważyłem i zrobiłem sam na podstawie https://aniagotuje.pl/przepis/sernik-z-koziego-sera, ale ogólny schemat postępowania jest prosty i wygląda następująco: utrzeć żółtka z twarogiem, dodać ubite białka. Wylać na (jakiś) spód i upiec. Reszta to detale.

Składniki: 400 g sera koziego; 4 jajka rozmiar M; 40 g masła; łyżka mąki ziemniaczanej; 60 g cukru pudru; 6 okrągłych biszkoptów. Ja dałem 300 g sera koziego kanapkowego Danmis + resztę uzupełniłem twarogiem łowickim na sernik w opakowaniu 1 kg. Że na sernik to nie trzeba nic mielić. Moim zdaniem zamiast ww. można użyć spokojnie inne. Jak ktoś chce mielić to też nie ma problemu i może kupić nie zmielony.

Oddziel żółtka od białek. Białka odłóż. Żółtka utrzyj z cukrem. Dodaj masło i twaróg/ser. Dodaj mąkę i wymieszaj masę łyżką (ja mikserem). Ubij białka i wmieszaj delikatnie z masą serową.

Dno tortownicy wyłóż papierem do pieczenia. Od środka wysmaruj tortownicę resztkami masła (nie zrobiłem tego).

Biszkopty zetrzyj na tarce. Wysyp mąkę z biszkoptów na dno tortownicy i rozprowadź równomiernie. Wylej masę sernikową na starte biszkopty.

Na dno piekarnika połóż naczynie wypełnione wodą. Dzięki temu sernik nie będzie pękał w czasie pieczenia. Sernik piecz na środkowej półce 50 minut w temperaturze 170 C. Sernik bardzo urośnie. Po wyłączeniu piekarnika opadnie, zachowując bardzo aksamitną i puszystą konsystencję. Po upieczeniu, sernik zostaw na 30 minut w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach. Ja nakryłem tortownicę dla pewności folią aluminiową żeby mi się góra nie spaliła.

Po upieczeniu posypałem ekstra cukrem pudrem. Można oczywiści nic nie kombinować albo polać jakąś polewą.

Ciasto zrobiłem 3 razy i zawsze wyszło za wyjątkiem pierwszego razu, kiedy nie nakryłem folią i wierzch się mocno brązowy zrobił. Dalej było dobre, ale wyglądało tak sobie.

Zdjęcia pokazujące kluczowe fazy wykonania są tutaj

url | Mon, 02/04/2018 01:00 | tagi: , , ,
Jak zacząłem pracę z TeXem

Przypadek wielokrotny zadecydował.

Studia skończyłem w roku 1987r. W tym czasie po studiach szło się do wojska na 1 rok. Mając do wyboru pobór we wrześniu 1987 albo w styczniu 1988 albo w maju 1988 zdecydowałem się na maj. Kombinowałem oczywiście żeby nie iść, ale słabo i się nie wykręciłem. Tym bardziej że tuż przed końcem PRLu przykręcono śrubę na odcinku obronności i brano bez litości wszystkich, nawet tych z kategorią C i papierami o depresji czy dyskopatii (z tymi to był kabaret zresztą na przykład na strzelnicę taki dyskopatyk jechał a nie szedł -- ciężarów nie mógł przecież dźwigać, a karabin jest ciężki). Wracając do TeXa -- wygrałem los po raz pierwszy: bym poszedł w styczniu/wrześniu (lub wcale) nie poznałbym TeXa (raczej)...

Wróciłem do pracy na Uniwersytecie w maju 1989 (dla przypomnienia w czerwcu 1989 był okrągły stół). Kompletna zmiana sytuacji, jeszcze w sierpniu 1988 jak rozpoczął się strajk w Stoczni (22 sierpnia), a ja udawałem Marine (aka niebieskiego bereta) w czymś co się nazywało 7 Pomorska Brygada Obrony Wybrzeża (35 pułk desantowy, Gdańsk-Wrzeszcz, ul. Słowackiego -- teraz osiedle Garnizon), to ktoś wpadł na pomysł wysyłania patroli wojskowych na miasto z bronią, ale bez amunicji, w składzie żołnierze służby zasadniczej + dowódca podchorąży (czyli m.in. ja). Oficer dyżurny: Tylko k#rwa podchorąży pamiętajcie, jak tylko coś się zacznie, to wy od razu macie spierdalać z powrotem do koszar... Wychodzi na to, że los po raz drugi się uśmiechnął, że to poszło w tą stronę co poszło, bo były obawy, że my w tym 35 pułku (desantowym) posiedzimy dłużej.

Jakoś tak po roku, czyli w 1990, ktoś mi powiedział, że dla pracowników Uniwersytetu organizuje kursy języka angielskiego firmowane przez British Council. No to się zapisałem.

Kursy to (dla wygody kursantów?) były tak organizowane, że grupy tworzono ,,według wydziałów'', tj. zapisywano wszystkich z wydziału do jednej grupy. Oczywiście ktoś tam zawsze był nadmiarowy. Ja trafiłem do grupy ,,nadmiarowej''. Wygrałem los po raz trzeci -- bym trafił do grupy ,,wydziałowej'', to bym się kisił w starym sosie, w towarzystwie znanym z wydziału (dlatego ten system tworzenia grup był moim zdaniem mało sensowny). Nb wygrałem też tam inny los: poznałem przyszłą małżonkę (z Akademii Muzycznej)

Oprócz małżonki poznałem też Tomasz Janowskiego (dalej TJ) z wydziału Mat-Fiz. Ja pracowałem w katedrze statystyki (tyle, że nie na matematyce tylko na zarządzaniu) a wspólnym problemem był skład wzorów matematycznych, do czego używało się wtedy edytora pn. Chi-Writer. Nie tylko Chi-Writera miał polskie znaczki, ale ktoś dorobił także w miarę obszerny zestaw symboli matematycznych. Wzory się tworzyło za pomocą prymitywnego bo prymitywnego ale edytora równań byśmy to dziś nazwali. Wynik niewiele się różnił od tego co dawała maszyna do pisania, tyle że przynajmniej nie trzeba było używać długopisu do dopisywania. A znasz taki program TeX? -- pyta TJ Pierwsze słyszę -- odpowiadam. Ten TeX to ma czcionki jak z drukarni (to było wtedy ważne) -- zareklamował go TJ.

Potem się okazało, że TJ poznał TeXa od Włodka Bzyla. Ale to było potem. Na razie dał mi TeXbooka, którego skserowałem. Szybko się okazało, że coś jest z tym TeXem nie-halo. Jak w nim składać polskie teksty? TJ -- no z tym jest problem, my tu używamy ogonek.sty (czy jakoś tak--zestaw makr doklejających grecką jotę pod `a' i `e'). Gdzieś w tych okolicach czasowych dowiedziałem się też co to jest LaTeX oraz zdobyłem kopię podręcznika Lamporta.

Jakiego pierwszego TeXa dostałem od TJ to już nie pamiętam. Była to o tyle niekompletna dystrybucja, że nie miała MetaFonta. Tylko TeX, program do drukowania/oglądania na ekranie i zestaw fontów na jakąś tam typową drukarkę. Używałem go dość krótko, bo szybko zmieniłem na emTeXa. EmTeX był o tyle lepszy, że był kompletny, -- miał MetaFonta. Można było w szczególności generować fonty bitmapowe na różne rozdzielczości, a nie tylko drukować tym co się dostało `z fabryki'. To wszystko działało na komputerze PC-AT (w pracy, swojego PC-TA jeszcze się nie dorobiłem) wyposażonym w DOSa w wersji 3.3 zapewne. To że w ogóle na wydziale był taki nowoczesny komputer było nawiasem mówiąc w dużym stopniu zasługą dr. Mirosława Gronickiego (późniejszego ministra finansów) a wtedy (i pewnie później) entuzjastę nowych rozwiązań, tak to nazwijmy. Z tego co mi się wydaje 3 komputery w katedrze statystyki z PC-AT na czele, to była cała flota PC-towa na wydziale (nie licząc czegoś tam co mieli w (,,specjalistycznej'') katedrze OPD (Organizacji Przetwarzania Danych jakby ktoś się pytał-- później przemianowanej na Katedrę Informatyki Ekonomicznej).) Inni liczyli na kalkulatorach albo w ostateczności korzystali z wątpliwej jakości usług Ośrodka Obliczeniowego (Odra coś-tam-coś tam). Oczywiście uruchomienie TeXa na nie swojej Odrze nie wchodziło w grę.

W tym czasie w prasie pojawiały się ogłoszenia firmy pn Polski TeX spółka z o.o. sprzedającej polskiego TeXa pn. MeX/LaMeX (polski LaTeX) za dość znaczną kwotę. Ten TeX miał mieć dobrej jakości polskie znaki. Kwota było jednak na tyle znacząca, że na kupno się nie zdecydowałem, ale też nie skopiowałem go nielegalnie (naprawdę). TJ przyznał się, że w instytucie matematyki mają licencjonowaną kopię tego `komercyjnego' TeXa. Doczytałem w TeXbooku o MetaFoncie, więc skserowałem MFbooka od TJ. Dorobiłem kulfoniaste ogonki sam, a nawet w ramach samorozwoju znaki do diagramów szachowych.

W końcu, jak już coś tam wiedziałem, no i miałem te diagramy, a dzięki temu nadzieję, że nie wyjdę na naciągacza-żebraka co to przyszedł dupę zawracać, to się odważyłem i poszedłem rozpoznawczo do tego Polskiego TeXa z o.o (Sopot, 3 Maja ileś tam -- w biurze Polskich Młynów, teraz są tam apartamenty). W firmie siedział Piotr Pianowski. Pogadaliśmy. Ja się pochwaliłem diagramami--Piotr wyraził zainteresowanie. Powiedział, że dałby mi tego TeXa, ale wkrótce go upublicznią więc radzi żebym się wstrzymał z bólami parę dni/tygodni. Potem przyszedł jeszcze Staszek Wawrykiewicz. Bogusława Jackowskiego -- chyba wtedy w firmie nie było. Poznałem go później...

Wizyta w Polskim TeXu musiała być jakoś tak jesienią 1991. Następnego roku w czerwcu odbyło się walne zebranie GUSTu w Warszawie, na które pojechałem. Nikogo tam prawie nie znałem i niewiele z tego zebrania pamiętam, oprócz tego że pierwszy i jedyny raz zobaczyłem Romana Tomaszewskiego (reklamowanego m.in. jako konsultant ds diakrytyków w projekcie Polski TeX/MeX). TeX mnie wciągnął, w roku 1993 pojechałem do Bachotka na pierwszą konferencję GUSTu, a już rok później z kolegą Bzylem współorganizowaliśmy konferencję Europejską w Gdańsku, a konkretnie na wyspie Sobieszewskiej. Ponieważ konferencja była za miastem tośmy wymyślili, że oznaczymy drogę do ośrodka Orle (istnieje do dziś) za pomocą kilku porządnie namalowanych na desce drogowskazów. I tu wpadka, bo się okazało że drogowskaz jest albo w prawo albo w lewo, a myśmy o tym nie pomyśleli. Nasze były tylko w prawo, więc wszystkie próby powieszenia go tak aby wskazywał skręt w lewo okazały się daremne. Ostatecznie powiesiliśmy go do góry nogami, żeby chociaż strzałka wskazywała prawidłowy kierunek. Expirience is the best teacher -- ten incydent pamiętam od dziś!

url | Mon, 19/03/2018 18:26 | tagi: ,
Nowy router




Wpis pro memoria, bo ruter (kultowy) WRT54GL, który został kupiony w listopadzie 2007r (za 215 PLN) się popsuł. Działała bezawaryjnie aż do zeszłego piątku (tj. 9 marca 2018). Dziesięć lat.

Więc router się popsuł w piątek późnym wieczorem (o czym nie wiedziałem, bo poszedłem wcześnie spać) a w sobotę od rana walka z Internetem, którego nie było. Oczywiście podejrzenia dlaczego nie ma obracały się wokół dostawcy to znaczy wokół UPC. Kilka resetów modemu nic nie dało, do tego objawy były mocno dziwne. Ping z PCta 100% loss, ping z routera 0% loss. Ping na router 0% loss. Coś mi nie pasuje (cache? ale kto catchuje pinga? tyle, że ja się nie znam na tym za bardzo/prawie wcale)

Dzwonię do pomocy technicznej 3x813 (potem 1 -- klient, 2 -- zgłoszenie awarii, 2 -- internet, 9 -- konsultant).

Pani inżynier z poziomu #2 wsparcia (poziom #1 mnie połączył po usłyszeniu historii o pingach) chce mi wcisnąć ConnectBoksa z montażem w poniedziałek, bo pan ma taki stary modem i dlatego nie działa. -- To państwo zmieniają parametry sieci z piątku na sobotę? Pani inżynier się rozłącza abruptly. Poza tym nie chcę tego ConnectBoksa, bo to urządzenie bardziej prymitywne niż modem + dedykowany router. Oczywiście tańsze, bo router już w zestawie, a ja musiałem sobie router dokupić -- no ale jak kupiłem, to jakby mi zwisa ta konkretna/jedyna zaleta. Niefajnie jest, że oni mogą manipulować tym ConnectBoxem zdalnie a modemem jakby nie w szczególności.

Ten 1-szy telefon do UPC zżera mi wszystkie pieniądze z karty prepaidowej. Teraz nie mam ani Internetu ani telefonu. Do tego dzwonią z roboty czemu mnie nie ma? Kurcze pokićkało mi się -- miałem mieć zajęcia. Na szczęście nie robią wielkich problemów, ale stress większy...

Robię reset routera. Teraz przynajmniej zawsze ping nie łączy tj. 100% loss... Coś się klaruje, wygląda na modem

Jadę na miasto do 2 różnych serwisów na konsultacje -- oba closed (sobota).

Wracam (rowerem) a pod bramą mijam o milimetry otwierane bez upewnienia się drzwi taksówki -- sąsiadka. No punkt dla mnie--tym razem nie zaliczyłem drzwi, zagajam o Internet. Dobra moja -- w tej sytuacji (że przed chwilą mnie nie trzepła drzwiami) pani będzie trudno odmówić a jest zaa ściany. Daje swoje hasło... No to już coś. Mogę działać z jej ConnectBoxem.

Doładowuję telefon (Nju). Dzwonię 2x do UPC. Teraz jakby ich wina. (Inny) Facet mówi, że wyśle technika jeszcze dziś. OK, umawiamy się na 18:00. Problem solved.

Coś mnie jednak tknęło. Robię reset jeszcze raz. Router przestał się świecić. Popsuł się na amen. Szukam godzinę drugiego--jest wprawdzie inny niż ten którego szukałem ale jak ktoś jest 200% bałaganiarzem to i tak się cieszy:-) Zresztą to jest dobry router -- Asus RT-N66U aka #MrocznyRycerz (lubię takie nazwy -- Dark Night w oryginale, kupiony na OLX jakiś czas temu)

Działa.

Kolejne 2x telefony do UPC żeby odwołać technika (50 pln za nieuzasadnione wezwanie--niby nie majątek, ale nie chcę też tracić czasu). Jest 17:00. Dokładną konfigurację/odtworzenie tego co było na tym co się zepsuł zostawiam na jutro. O tyle jest to nietrywialne, że ten router ma inny firmware oczywiście...

Jutro

Się okazało, że w zasadzie nie ma wiele do konfigurowania za wyjątkiem DDNS. W starym to działało ciut inaczej niż w nowym. Oczywiście mam świadomość że można tę usługę uruchomić na komputerze ale ja wolę na routerze.

Wybieram zatem www.dyndns.org(custom), wpisują swoje serwery (oddzielona przecinkami lista). No i tu klops (mały). Okienko na nazwę hosta ma znaczne ograniczenie na liczbę znaków. Nie mogę wpisać wszystkich trzech, bo się nie mieszczą. O tyle ten klops jest mały, że ten trzeci serwer to taki testowo-tymczasowy jest więc po prostu zmieniam mu nazwę na krótszą i gitara.

Teraz trzeba wypełnić tabelkę definiującą przekierowanie portów, co jest w miarę oczywiste. I wszystko -- odtworzyłem stan sprzed awarii...

url | Mon, 19/03/2018 08:08 | tagi: , , ,
Królowa Polski

Kto z kim przestaje takim się staje (ludowe). Wydawało się parę lat temu że Ann Applebaum to mądra babka (kiedyś Pulitzer), która wprawdzie popełniła mezalias, zauroczona tym swoim Radkiem, no ale takie rzeczy się przecież zdarzają a miłość potrafi być ślepa (znowu ludowe). No niestety do czasu:

Polacy nie rozumieją, jak wielką frustrację w Brukseli budzi Polska -- mówi Anne Applebaum w programie 'Świat, którym żyjemy'. Dodaje, że był moment, kiedy wydawało się, że Warszawa będzie jednym z liderów Unii, a teraz jest poczucie, że to była gra i że może PiS jest autentyczną twarzą Polski. Publicystka Washington Post uważa, że pozycja Polski w strukturach międzynarodowych będzie w dużej mierze zależała od wyniku następnych wyborów. 'Nie wiem, jak długo Polska będzie w Unii Europejskiej i w NATO; jeżeli Polacy w kolejnych wyborach znów zagłosują na PiS, to Zachód zapyta, czy w Europie jest nadal miejsce dla Polski' -- przewiduje laureatka nagrody Pulitzera.

Problemem "Polaków" wszakże nie jest PiS, ale co zamiast PiSu. Tzn. żeby nie wygrał PiS musi być alternatywa, a partia pana Schetyny jest taka sprawna/wiarygodna/ jak jest sprawny/wiarygodny inaczej jej przewodniczący. A to jest zdecydowanie największa partia opozycyjna i jedyny teoretyczny kandydat na odebranie władzy w demokratycznych wyborach PiSowi.

Zatem jeżeli p. Applebaum chce ocalić Polskę, to musi postąpić jak Bolec-Legenda-Wałęsa: nie chcem ale muszę.

Co muszę to jest w tytule...

url | Mon, 05/03/2018 09:53 | tagi: , , , ,
Wybory parlamentarne z 2015 w woj pomorskim

Po latach wykonałem analizę (z rozpędu, zmotywowany analizowaniem wyników Danuty Hojarskiej). W województwie pomorskim są dwa okręgi wyborcze: 25 (Gdańsk) oraz 26 Gdynia. Zbiorcze wyniki z protokołów, które w swoim czasie pobrałem ze strony PKW są następujące:

  Komisje obwodowe wg ROZKŁADU głosów ważnych
  ** Okręg 26 126707 ważne głosy **
Kandydat    Komitet    Głosy Komisje Max      %  Średnia   Me 
-------------------------------------------------------------
Gromadzki   Stonoga     1521  795     12   1.20    1,9    1.0
Furgo       Petru      14239  795    224  11.23   17,9  10.00
Zwiercan    Kukiz      11801  795     65   9.31   14.8   13.0
Miller      Zlew       11524  795     72   9.09   14.5   10.0
Lewna       Psl         4644  795    213   3.66    5.8    2.0
Wysocki     Korwin      9491  795     54   7.49   11.9   10.0
Biernacki   Po         42535  795    312  33.56   53.5   38.0
Szczypińska PiS        30952  795    150  24.42   38.9   35.0

** Okręg 25 130348 ważne głosy **
Kandydat    Komitet    Głosy Komisje Max      %  Średnia   Me
-------------------------------------------------------------
Hojarska    Stonoga     1668  656    152   1.27    2.5    1.0
Lieder      Petru      23155  656    256  35.76   35.3   22.0
Błeńska     Kukiz       9410  656     45   7.21   14.3   14.0
Senyszyn    Zlew       13143  656     75  10.08   20.3   17.0
Sarnowski   Psl         3457  656    134   2.65    5.3    2.0
Rabenda     Korwin      8903  656     65   6.83   13.6   11.0
Krotowska   Razem       6995  656     45   5.36   10.7    9.0
Korol       PiS        28657  656    252  21.98   43.7   30.0
Sellin      PiS        34960  656    213  26.82   53.3   40.0

Te wyniki mogą (ale nie muszą) się ciut-niewiele różnić od oficjalnych--nie porównywałem

Czyli na przykład pani Hojarska dostała 1668 głosów w 656 komisjach co daje średnio 2,5 głosa/komisję (Mediana 1 głos). Rozkłady liczby głosów przedstawione w postaci wykresów słupkowych wyglądają następująco (pierwsze trzy rysunki to okręg 25, następne trzy to okręg 26):

No i wreszcie przedstawienie wyników na mapie z wykorzystanie Google Fusion Tables link do GFT:

Link do danych jest tutaj.

url | Tue, 27/02/2018 10:01 | tagi: , , ,
W prawe ucho lewą ręką przez poręcz

Doszedłem do punktu, w którym tylko tak mogę się podrapać:-)

Mianowicie do pisania bloga używam ciągle kodowania ISO8859-2. Chciałem zmienić na UTF-8, ale wymagałoby to pewnych zabiegów związanych z późniejszym publikowaniem. Nie wchodząc w szczegóły nie chce mi się poświęcać temu czas.

Z drugiej strony czasami ISO-8859-2 ogranicza. Na tę okoliczność wymyśliłem sprytny trick: teksty zawierająca nieincydentalne znaki spoza ISO8859-2 będę pisał w UTF-8 a potem zamienię znaki spoza zakresu ISO8859-2 na character entities typu &cośtam; a resztę przekoduję do ISO. Dało się:

  ## zmienia UTF na encje (http://billposer.org/Software/uni2ascii.html)
  uni2ascii -e -a D ekstremalna_skosnosc.bl8 > ekstremalna_skosnosc.enc
  ## zmienia encje na znaki iso8859-2 (tylko polskie znaki): 
  perl entutf2iso88592.pl ekstremalna_skosnosc.enc > ekstremalna_skosnosc.blx

Śmiesznie, ale działa. Programu uni2ascii nie było w archiwach Fedory, ale bez problemu się skompilował ze źródła.

url | Sun, 25/02/2018 18:18 | tagi:
Wycieczka do Lizbony 2018

Fatima

Dorsz czyli Bacalhau

Ciastka

Słynna Pasteis de Belem

GDP Pocket

Szóstego lutego pojechaliśmy do Portugalii. Wizzair lata konkretnie z GDA do Lizbony.

Nasza kwatera była w centrum: 25 Rua do Cardal de S. José (25 to numer domu). Pod numerem 23 jest restauracja i tam urzęduje współwłaściciel. Z metra to 200m faktycznie:

You can also come with the underground. The access is nearby the exit of the airport. Line red til the end. Change for the blue line direction santa Apolonia, stop Avenida station. The apartment is located at some 200 metros.

Pobyt wyglądał tak, że #1 dzień: stare miasto, zamek św Jerzego oraz muzeum kafli ceramicznych (azulejos). Dzień #2: Fatima. Dzień #3: Sintra a konkretnie zwiedzanie dwóch pałaców tj. Palácio Nacional de SintraQuinta_da_Regaleira + wejście pod pałac Pena. Do pałacu Pena nie weszliśmy, bo była kiepska pogoda/gęsta mgła, więc i tak by było kiepsko widać z zewnątrz, a w środku to tam za dużo nie ma do oglądania. Poza tym byliśmy już zmęczeni. Za to po powrocie do Lizbony weszliśmy do muzeum pieniądza -- ale nie było warto (wstęp jest za darmo więc jak komuś się nudzi...) Dzień #4: Belem a konkretnie klasztor Hieronimitów (grobowiec v.d. Gammy) oraz Muzeum Morskie. W Belem była też czasowa wystawa grafik Eschera, ale się okazało, że wstęp za 11EUR więc nam przeszła chęć oglądania Eschera.

Wracając do dnia #2 czyli do Fatimy, to w szczególności ciekaw byłem konfrontacji opowieści W. Cejrowskiego z cyklu Boso przez świat z rzeczywistością. Ja przynajmniej po obejrzeniu Cejrowskiego odniosłem wrażenie niesłychanego skrzywienia w stronę komercji i dziwnych zabobonów, tj. że są tutaj jakieś gigantyczne wielkopowierzchniowe sklepy z dewocjonaliami, na których sprzedaje się masowo bardzo dziwne rzeczy typu woskowe organy ludzkie, które potem płoną na ogromnych stosach... Rzeczywistość nie potwierdziła tej wizji, nawet bym powiedział, że WC mocno przesadził. Owszem są sklepy, owszem sprzedaje się świece w kształcie organów, ale zarówno te sklepy nie są wcale gigantyczne jak i te dziwne dewocjonalia są marginesem. Jest też jeden całkiem mały budynek przeznaczony na spalenie świec ofiarnych (por. zdjęcie obok). Sklepy są wielkości tych z Częstochowy a dziwne świece stanowią margines -- dominują tradycyjne przedmioty, takie jak figura Matki Boskiej. Uwaga na koniec: podczas naszego pobytu Fatima była prawie pusta -- być może wrażenie jest inne podczas popularnych uroczystości kościelnych.

Co do kosztów to wydaliśmy 2700PLN na dwie osoby w tym 890 na bilety lotnicze + 520 PLN na kwaterę (4 noce x 2 osoby via AirBnB). W Sintrze wydaliśmy 40 EUR (2x pałac, tj. 4 bilety + dojazd) a w Fatimie 50 EUR (4x bilet autobusowy 2 x tam + 2 x stamtąd po 12,50 EUR). Bilet do muzeum morskiego 6.50EUR (warto), Azulejos 5.00 (też warto) Klasztor i zamek po circa 10EUR.

Rzucało się w oczy dla przybysza z kraju Biedronki tysiąca małych biznesów, a sklepów wielko- czy średnio powierzchniowych jak na lekarstwo. Wśród sklepów #1 jest cukiernia/cukiernio-kawiarnia. Oni muszą pochłaniać ogromne ilości ciastek, które są mocno słodzone i zwykle nadziewane budyniem. Z zazdrością zauważyłem, że tego po miejscowych nie widać (że tyle cukru jedzą). W centrum Lizbony można też było spotkać małe-rodzinne sklepy spożywcze, sklepy AGD, księgarnie. Wygląda że wszystko to ma klientów i jakoś tam prosperuje...

W aspekcie sportowo-rekreacyjnym odniosłem za to wrażenie, że na rowerach to oni tu nie jeżdżą--być może wynika to z ukształtowania terenu. Na pewno w centrum Lizbony jeżdżenie na rowerze przy tamtejszych nachyleniach i wąskich ulicach to dla niewyczynowca mordęga. Trochę ludzi za to biega (po bruku--brrrr), nawet wcześnie rano widziałem takich zapaleńców. O tyle bieganie rano ma sens (w centrum), że nie ma ruchu (no i oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu biega rano bo potem leci do roboty.)

Przed wycieczką (z myślą o minimalizacji bagażu, ale także z planami wykorzystania w pracy) nabyłem najmniejszy laptop świata czyli GDP Pocket. Mało to on nie kosztował, ale sprawdził się. W wolnych chwilach doinstalowałem zresztą na nim prawie wszystko co mam na normalnym laptopie (bo zresztą na normalnym mam taki sam dysk jak na GP -- 120Gb), łącznie z TeXem, R oraz Pythonem i Perlem.

BTW na GDP Pocket jest dostępne Ubuntu i może bym i go zainstalował, gdyby nie plany używania tego urządzenia także w pracy -- Windows jednak jest bardziej kompatybilne ze wszystkim.

Samolot do GDA mieliśmy o 22.00, ale na lotnisko żeśmy się zwinęli już o 18:30, bo Elka była padnięta, a poza zwiedzaniem nie mieliśmy koncepcji co robić. W GDA byliśmy 02:30 nad ranem, przywitani zimą i -4C. W tamtą stronę podróż była mocno niekomfortowa, a to dlatego że było ciasno (rząd 28) a dwa rzędy przed nami rozkoszne Ruskie zresztą dziecię grało (bez słuchawek) w jakąś durną grę na konsoli. Powrotna za to była super komfortowa--mieliśmy miejsca w 4-tym rzędzie i wydaje mi się, że tam fotele są rzadziej rozstawione. No i nie było żadnego wkurwiającego ruskiego rebionka z konsolą.

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

url | Wed, 14/02/2018 17:00 | tagi: , , ,
Staszek Wawrykiewicz

Staszek Wawrykiewicz zginął 7 lutego 2018 roku w dziwacznych okolicznościach (cytat z Dziennika Bałtyckiego):

W środę 7 lutego wyszedł na spacer by w marinie dojrzeć wschód słońca. Kamery miejskiego monitoringu zarejestrowały jak stoi na oblodzonym pomoście. Za chwilę obiektyw rejestrował inne miejsce, a kiedy zwrócił się ponownie na pomost, Stanisława już na nim nie było. Mężczyzna poślizgnął się i wpadł do wody. Niestety, drabinki, które umożliwiają wyjście z wody, rozmieszczone są w znacznych odległościach od siebie. Biorąc pod uwagę temperaturę wody, ubranie, które mężczyzna miał na sobie i szok termiczny, którego doznał, nie był w stanie wydostać się o własnych siłach z wody. Przyjmujemy, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. -- informuje asp. szt. Tomasz Frąckowiak, naczelnik wydziału prewencji Komendy Miejskiej Policji w Sopocie.

Staszek był znany z udzielania się na dwóch polach: piosenki turystycznej (BAZUNA etc) oraz systemu składu tekstów TeX. Ja go znałem od circa 1990 roku bo obaj byliśmy użytkownikami TeXa, aktywnymi członkami GUSTu. Staszek mieszkał w Sopocie (tak jak ja), w odległości mniej niż 1km od mojego bloku.

url | Wed, 14/02/2018 09:31 | tagi: , ,
Protest przeciwko zachowaniu

Kuriozum goni kuriozum. Robiący wiatr od 2 lat debile (KOD, i inni) protestowali 17.01.2018 przeciw (zachowaniu się :-) opozycji. Czemu debile?

Bo działają jak debile. Większość parlamentarna nie uchwali ustawy zgłoszonej przez mniejszość, to jest oczywiste. Że nie przyjmie ustawy sprzecznej ze swoim programem -- podwójnie oczywiste. Po cóż więc tracić czas na projekt mający dokładnie 0 (zero) szans powodzenia na realizację, i z tego powodu wszczynać kryzys?

Jeżeli z powodów czysto wizerunkowo-propagandowych, to kto-kogo bardziej oszukał? Biernacki przecinający PR-owy balon od razu, czy ci co chcieli gonić zajączka dalej? No i wreszcie z punktu widzenia elementarnych zasad demokracji parlamentarnej: oszukali was?, to głosujcie na innych. To takie proste. Ale tych innych-ni-ma, i tu jest problem. Stąd pewnie ,,protest przeciwko zachowaniu'' (domagamy się zmiany ,,zachowania''). Arbitrzy elegancji się kurna znaleźli...

It is better to keep your mouth closed and let people think you are a fool than to open it and remove all doubt.

url | Tue, 23/01/2018 03:52 | tagi: , , ,
Finis pseudoelit?

Wpis pro memoria, bo to co się dzieje teraz w pale się nie mieści. Zatem kalendarium pokrótce:

9 stycznia 2018. Tzw. wielka rekonstrukcja rządu, w tym pozbycie się A. Macierewicza. Część tzw. twardego elektoratu PiS demonstruje jawnie wielkie rozczarowanie. Pachnie problemami dla partii rządzącej, potencjalnym podziałem. AntyPiS ma nadzieję--wydaje się uzasadnioną. Przew. Schetyna wieszczy wojnę domową. Wygląda na poważny kryzys... (szczegóły tutaj)

Dzień po, czyli 10 stycznia w Sejmie procedują (pierwsze czytanie) tzw. obywatelskiego projektu ustawy pn O prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie. Ustawa jest światopoglądowa, a dobrą tradycją jest nie zarządzania dyscypliny w takich sprawach, zwłaszcza w partiach światopoglądowo zróżnicowanych. Ww. Schetyna uważa inaczej--Platforma Obywatelska jest jedynym klubem (chyba), w którym taką dyscyplinę zarządzono. Nb. ustawa nie ma szans na uchwalenie (co jest oczywiste--przecież partia rządząca nie uchwali ustawy zgłoszonej przez opozycję i to taką z pianą na pysku chociażby dlatego, że dziwne byłoby branie na siebie odpowiedzialności za realizowanie nie swojego programu wyborczego -- przecież PiS nie obiecywało w tym temacie złagodzenia ustaw w/s aborcji czy obowiązkowej edukacji/indoktrynacji seksualnej dzieci) i jest wysoce beznadziejna merytorycznie.

Projekt zostaje odrzucony i nie przechodzi do prac w komisjach. Staje się tak z powodu dziwnej obstrukcji ze strony części posłów opozycji (dziwnej bo w sumie nie wiadomo czym motywowanej). Otóż 40% Nowoczesnej i 25% posłów PO nie popiera wniosku o dalsze procedowanie projektu, który to wniosek popierają źli ludzie z PiS typu prezes, b. minister Macierewicz czy Krystyna Pawłowicz. Wywołuje to szok, oburzenie i niedowierzanie:-) Trzech posłów PO zostaje usuniętych z partii...

W mediach, także antPiSowych, następuje wysyp opinii/komentarzy/analiz, iż opozycja jest beznadziejna i potrzebna jest inna, nowa. 2 lata wysiłków antyPiSa poszło się bujać albo inaczej: po 2 latach intensywnych wysiłków antyPiS jest dużo głębiej w ciemnej dupie niż był w 2015 roku jak przerżnął wybory i wydawało mu się, że już gorzej być nie może. Taka teza jest powszechna, nie ma innej narracji. Oczywiście nie wywołuje to refleksji: czy naprawdę jesteśmy tak (intelektualnie) wspaniali jak to sobie wmówiliśmy. Tradycyjnie winni są ONI (tym razem politycy typu Schetyna--tak jakby intelektualnie wspaniali nie mogli sobie wybrać lepszych i byli skazani na nieudaczników).

Jednocześnie pojawiają się głosy przed sesją Sejmu, że PiS samo wywoła kryzys--nie uchwalenie budżetu skutkuje -- zgodnie z konstytucją -- przyśpieszonymi wyborami. W sytuacji kompletnego uwiądu opozycji wynik tych wyborów byłby raczej łatwy do przewidzenia. Nic takiego nie następuje -- na tej samej sesji Sejmu bez zbędnych ceregieli uchwalono budżet na 2018 rok. Żaden z liderów opozycji nie zabrał głosu w sprawie. Jaskrawo to kontrastuje z tzw. puczem organizowanym rok wcześniej.

Ekspert TVN czyli R. Giertych twierdzi Nowacka jest agentem Kaczyńskiego (twitter: podejrzewam, że projekt @barbaraanowacka został zrobiony na zlecenie @pisorgpl).

W kolejnych dniach opozycja demonstruje nadzwyczajną skłonność do autodestrukcji (powód: umysłowa niesprawność?). Przykładowo była premier Kopacz/Nowa przewodnicząca Lubnauer opowiadają w detalach w mediach jak to było (zamiast milczeć i/lub zmienić temat). Lubnauer jest powszechnie wyśmiewana za naiwne tłumaczenia w rodzaju: jesteśmy nową partią i nie mamy jeszcze doświadczenia. Poseł Mężydło (PO): nie ma co myśleć o wygraniu wyborów w 2019. Powszechne są opinie, że partia pn. Nowoczesna jest już trupem.

W tle tych wydarzeń i na dokładkę osobnik, który wydawał się elitom wybitny, kompetentny i świetny pod każdym względem czyli R. Petru obwieszcza z poważną miną inicjatywę ponadpartyjną (cokolwiek to znaczy) pn. planPetru. PlanPetru póki co to jednostronicowa ulotka umieszczona na zarządzanej przez WordPressa stronie pn. planpetru.pl

Przed Sejmem demonstracja rozczarowanych. Nad tłumkiem powiewają czerwone flagi. IMO w PL maszerowanie z czerwoną flagą wydaje się samobójstwem, ale kto bogatemu zabroni? No i wreszcie "elita" nie używa fałszywych tylko przychodzi ze swoimi (flagami).

url | Mon, 15/01/2018 07:17 | tagi: , , ,
Nigvziani Badrijani czyli gruzińskie roladki z bakłażana

Oryginał z Signagi

W czasie ostatniej wycieczki spróbowaliśmy i bardzo nam smakowały. Takie same lub podobne podano nam podczas wycieczki do Armenii, więc być może to potrawa bardziej kaukaska niż gruzińska.

Generalnie jest to smażony bakłażan z pastą z orzechów włoskich z dodatkiem przypraw. Spróbowałem zrobić wersję opisaną na stronie magicznyskladnik.pl i rezultat jest bardzo dobry. Przepis zaś jest następujący:

Bakłażana kroimy na 3-4 milimetrowe plastry, smarujemy olejem i smażymy do miękkości na patelni grillowej lub zwykłej.

W blenderze miksujemy orzechy włoskie, czosnek, kolendrę, pietruszkę kumin, zmielone ziarna kolendry oraz pieprz (proporce do ustalenia). Autor magicznyskladnik.pl modyfikuje przepis miksując orzechy włoskie i migdały w proporcji 2/1.

Smarujemy bakłażany pastą, zawijamy w rulony lub składamy plastry w pół. W Signagi podawane były na zimno i faktycznie na zimno (z lodówki) jakby lepsze.

Jeszcze każą sypać ziarna granatu na zawinięte/złożone rulony, ale w Signagi każdy rulon miał na wierzchu dokładnie 1 ziarno, więc uważam -- być może niesłusznie -- że ten składnik jest do zaniedbania :-)

Jak się wpisze w google: gruzińskie roladki z bakłażana albo georgian eggplant walnuts albo w oryginale jak ktoś potrafi: ბადრიჯანი ნიგვზით to są setki stron na temat. Jest nawet stosowna strona wiki: Badrijani.

url | Mon, 16/10/2017 09:37 | tagi: , , ,
Wycieczka do Gruzji i Armenii

Piekarnia ze słodkimi bułami

Przystanek do Signagi (naprzeciw tej stacji)

Lotem W-wa--Tbilisi start 2.10.2017 22.30 lądowanie 4.00 (różnica czasu) powoduje że leci się niby 5,5 godziny (w rzeczywistości jest to 3,5h) Wsiadamy (Elka i ja) w autobus 37 do miasta i wysiadamy przy stacji metra Samgori skąd mają odjeżdżać marszrutki do Singagi. Jest 6 rano, noc i siąpi deszcz. Nie wiemy dokładnie skąd te marszrutki odjeżdżają. Przystanków marszrutek jest pełno--pytanie z którego jadą tam gdzie chcemy się dostać. Paniki nie ma--wiemy że da się to ustalić, a rozkładem nie ma co się przejmować, bo zawsze coś przyjedzie. Pytanie się wszechobecnych taksówkarzy nie ma sensu -- nic nie powiedzą bo sami będą chcieli zarobić. W tym temacie zresztą nawet nie trzeba się ich pytać -- sami namolnie się oferują: najbardziej konkretny najpierw chce 100 lari (160 PLN), w następnym zdaniu już 70. Jakbyśmy się targowali, to może by i mniej chciał, ale my nie jesteśmy zainteresowani. W końcu ustalamy metodą łażenia tam i z powrotem skąd konkretnie ww. marszrutka odjeżdża. Mówi nam to młody Gruzin -- społeczny kierownk przystanku można powiedzieć, bo łaził po placu wte-i-wewte, informował nas i parę innych zgubionych osób gdzie co jedzie, ale nie wyglądało że sam gdzieś się wybiera i że to jest jego zajęcie za pieniądze.

Czekamy, bo pierwsza marszrutka odjeżdża o 9:00. Czekanie umilamy sobie zwiedzaniem pobliskiego dużego bazaru, który właśnie zaczyna działalność (rano jest). W szczególności nabywamy takie fajne słodkie buły, podobne do chaczapuri, tyle że nadziewane dżemem albo jakąś słodką masą zwierającą orzechy. Taka buła to trylion kalorii ale kurcze smaczna jest, tyle że to chyba nie jest Gruzińskie danie, bo później nigdzie tego nie widzieliśmy. Jakby ktoś był w tych rejonach i chciał spróbować, to sklep z bułami jest pod adresem: 2--3 Mevele St (współrzędne 41.684604/44.854012, obok wejścia na bazar).

Marszrutka do Signagi kosztuje 6 lari (od osoby). Jedzie z nami wycieczka Chińczyków (6 osób) lub osób podobnych do Chińczyków. Nb takich osób w całej Gruzji było dość sporo. Być może było to związane z porą roku, ale mało było Polków, dużo Rosjan no i całkiem sporo turystów pochożych na Kitajców...

Aha, przed wejściem do autobusu kupiliśmy na lotnisku gruzińskie karty SIM za 7 i 5 lari (2Gb/1,5Gb). Jest to super proste--specjalne stoisko było czynne nawet tak wcześnie rano. Trzeba podpisać umowę, ale z pomocą kompetentnego, doskonale mówiącego po angielsku sprzedawcy nie stanowi to problemu. Smarfon się przydał a Internet działa całkiem-całkiem. A jak nie działał, to wspomagałem się OsmAnd -- mapą statyczną czyli zainstalowaną na telefonie...

W Signagi też pada. Idziemy na kwaterę pn Nato & Lado guesthouse, z którą kontaktowaliśmy się przez stronę FB. Mieliśmy jakieś obietnice zwiedzania winnicy/uczestnictwa w zbieraniu winogron, ale ponieważ pada nic z tego. Po południu idziemy do Bodbe obejrzeć klasztor pw. św. Nino. Fajna wycieczka i polecam.

Następnego dnia znowu pada. Decydujemy się na zmianę kwatery na Lagodekhi. Z rana idziemy do muzeum--niewielka instytucja i całe zwiedzanie zajęło nam może godzinę, ale można obejrzeć kilkanaście obrazów Pirosmaniego, więc warto. Wyjaśniło się zresztą iż pomnik na mieście osobnika na ośle to nie jest gruziński hołd dla Sancho Pansy tylko doktor na Ośle --motyw z obrazu Pirosmaniego.

Marszrutką jedziemy do Tsnori, które jest o rzut beretem, potem następną do Lagodekhi. Oczekując na przystanku co chwila jesteśmy nagabywani przez taksówkarzy koniecznie chcących zawieść nas do Lagodekhi za jedyne 20 lari. Próba wytłumaczenia im, że nam się nie spieszy i w związku z tym nie mamy cisku na taksówkę, nie odnosi rezultatu.

W Lagodekhi mamy ambitne plany pokonania wszystkich czterech szlaków opisanych w Internetach, więc nie tracąc czasu idziemy prosto do informacji, która jest kilka kilometrów pod górę. Tam pytamy się o realność naszych planów. (Personel mówi dobrze po angielsku BTW.) Jest kiepsko, pada śnieg (w wysokich górach) więc ten trzydniowy odpada, pada deszcz więc te kilkugodzinne też są wątpliwe, zobaczymy jutro--prognozy są takie że będzie pogoda. Proponują nam kwaterę. No i tu popełniamy błąd...

Reguła Wi-Fi (zwana także warunkiem koniecznym Przechlewskiego)

Otóż wg mnie jak na kwaterze nie ma Wi-Fi to nie ma też wielu innych rzeczy, które my uważamy za minimum a Gruzini niekoniecznie. Ponieważ pan w informacji władał dobrze angielskim zgodziliśmy się na kwaterę bez pytania o detale. Na miejscu okazało się że warunki są fatalne: nie ma Internetu; mieszkanie nieogrzewane a jest dość zimo; w związku z zimnem korzystanie z łazienki a zwłaszcza z wanny jest wybitnie teoretyczne; kuchnia jest, ale wspólna z gospodarzami i o wszystko trzeba prosić, co o tyle jest kłopotliwe że kuchnia wprawdzie jest w domu, ale żeby do niej dość, to trzeba wyjść na zewnątrz, obejść chałupę i wejść z drugiej strony (no czajnik elektryczny w pokoju by rozwiązał sprawę, ale jeszcze na to nie wpadli). Kurcze nawet stół w pokoju nie ma obrusa czy czegoś takiego a do tego w pokoju gdzie mamy spać nie ma światła--jest w pokoju obok, tam gdzie stoi stół, tyle że ten z kolei jest przechodni. Żarówki nie wkręcą, bo po co? Przecież się świeci w tym przechodnim... Rosyjski gospodarzy jest beznadziejny. Nasz niewiele lepszy (jeżeli w ogóle lepszy), ale jak Gruzin mówi dobrze to idzie się dogadać, a jak dwie strony kaleczą, to ustalenie czegokolwiek jest trudne.

Jest już późno (o tej porze roku noc zapada koło 19:00), dziś już niewiele zrobimy. Idziemy do miasta coś kupić do jedzenia i się rozejrzeć. Kupujemy chleb w piekarni--facet pyta czy zawinąć. Da pażausta. Wyciąga gazetę, starannie oddziera pół, i zawija--poczułem się 30 lat młodszy. Śmiejemy się z Elką...

Następnego dnia rano (8:00) idziemy na szlak. Tzn. podwozi nas nasz gospodarz, który ma taksówkę. Pierwsze co to jedzie na stację i za 20 naszych lari kupuje paliwo (za te 20 lari zawiezie nas i przywiezie z powrotem). Ten myk już znamy z poprzednich wojaży i nas wcale nie dziwi czemu nie zatankował przed kursem. Pierwszy szlak (do twierdzy Machi) jest łatwy. Około 13:00 wracamy taksówką (co nas kosztuje ekstra 8 PLN bo musimy dzwonić via Polska--jedyny telefon wykonany w Gruzji). Wychodzi nam, że dziś jeszcze warto zrobić drugi szlak--jak jutro pójdziemy na ten wielodniowy, to już nie zdążymy później. Każemy się wieść do Informacji (stamtąd zaczyna się ten drugi szlak pn Ninoskhevi Waterfall aka Great Waterfall). Ciężko jest wytłumaczyć Gruzinowi, że nie chcemy jeszcze wracać do domu ale udaje się...

Coś trzeba zjeść więc prosimy naszego kierowcę, że my choczom pokupić chaczapuri. To akurat zrozumiał i nas zawiózł do niepozornego lokalu. Wchodzimy nie ma chaczapuri--piecze się i będzie za 10 minut, są jakieś pierogi. No-to-nie, wracamy. Kierowca widząc, że wracamy za szybko pyta się co się stało i sam proponuje że poczeka. No to wracamy z powrotem.

Może te pierogi sobie kupimy co nam proponowali w oczekiwaniu na chaczapuri? Zamawiamy--nie ma. Kurcze dziwne, skończyły się a jakby klientów oprócz nas nie było...


Chaczapuri z Lagodekhi

Chaczapuri za 1,5 lari od sztuki (2,40 PLN) jest super. Na czymś w rodzaju francuskiego ciasta. Bierzemy jeszcze dwa na wynos na kolację. W Gdańsku w piekarni gruzińskiej chaczapuri o jakości take-awaya podgrzewanego na mikrofali z Tbilisi 16 PLN (dla porównania). Taksówkarz pojechał gdzieś i musimy chwilę poczekać (pytał się czy może, nie porzucił nas) -- się okazuje, że złapał kurs, wraca pod chaczapurnię z kobitą z dzieckiem. Po drugiej stronie ulicy jest bank, przywiózł je do banku. No proszę jaki zaradny.

Jedziemy teraz do Informacji pytać się co dalej. Tam już jest inna obsada--bardziej konkretna. Mówią że lepiej nie iść na Black Rock Lake i my też coś czujemy, że to nie byłoby rozsądnie. Trzeba być przygotowanym (buty/śpiwór/aprowizacja) i mieć jakieś tam doświadczenie. To nie dla nas... Pytamy się że może do połowy dość i wrócić -- podobno nie warto. Dwa dni łażenia po lesie a dopiero druga połowa jest super-atrakcyjna widokowo. Ostatni ze szlaków -- Black Grouse Waterfall -- jest zalany wodą i niedostępny No to sprawa jest jasna: dziś jeszcze przejdziemy się do wodospadu a jutro pojedziemy do stolicy.

Drugi szlak jest znacząco trudniejszy i bardziej męczący. Schodzimy ze szlaku praktycznie równo z nadejściem zmierzchu, mając w nogach +20km. W nocy rezerwujemy nocleg w hostelu Envoy, w którym już nocowaliśmy w 2015 roku. Po prostu wysyłam im emaila i po chwili jest potwierdzenie--być może dlatego tak szybko, że już nas znają.

To że tu wszystko na gębę można załatwić w 15 minut i za taką samą cenę jak rezerwowane miesiąc wcześniej, to jasna strona Gruzji:-)

Dwa szlaki zaliczone. Z dwóch co zostały do zaliczenia jeden jest za trudny, a ostatni -- zalany wodą i nie radzą tam chodzić. Rano wiozą nas taksówką (10 lari) na postój marszrutek. Nawiasem mówiąc za pobyt zapłaciliśmy 60 lari a za trzy krótkie kursy taksówką 30 lari. Paradoks. Być może było się targować...

Tbilisi

Marszruta nie staje na Samgori, tylko gdzie indziej. Nie wiemy dokładnie gdzie, ale po chwili widzimy stację metra. Wyciągam smartfona. Przez google maps ustalam, że do Envoya jest 40 minut piechotą, a jak pojedziemy metrem na stację Avlabari, to stamtąd jest 12 minut. Wysiadamy na Avlabari. Eeee, te rejony to my już znamy. Lecimy do Envoya, zostawiamy bagaże i do wieczora chodzimy po mieście.

Ciekawostką są setki kibiców Walii w koszulkach narodowych -- niechybny znak, że dziś wielki mecz w piłkę kopaną. Nawet przez chwilę rozważałem pójście, ale dałem sobie spokój (gdyby grali rugbyści to by nie było dylematu.) Rano pytam się recepcjonistę o wynik--nie wie. You prefer rugby? Yes--nie wiem czy szczerze czy przez grzeczność potwierdził.

Walia wygrywa 1:0.

W sobotę-niedzielę będzie się odbywał festyn pn: Tbilisoba. Więc nasze plany są takie: w Sobotę bierzemy udział w festynie a w niedzielę zapisujemy się na wycieczkę do Armenii. Impreza festynowa okazuje się mało ciekawa: część towarzyska atrakcyjna dla Gruzinów, którzy wszędzie stawiają grille i jedzą te swoje szaszłyki ale to nie dla nas; część artystyczna nieobecna praktycznie, na scenach nic się nie dzieje; cześć handlowe mizerna, kupa ludzi ze wsi sprzedaje to co zwykle. Rozczarowanie i nie polecam.

Normalnie to chodziliśmy na obiad do Machakhela na placu Vakhtang Gorgasali (Nb to chyba sieciówka bo identyko lokal był/jest w Batumi.) ale z uwagi na tłumy szukamy czegoś poza centrum i decydujemy się na Cheburek Cafe, zaraz za łaźniami tureckimi (ulica Ioseb Grishashvili). Chcemy zupę z fasoli, po dwa chinkali i coś warzywnego. Zupy nie ma, chinkali nie ma nawet w menu (to chyba nie jest lokal prowadzony przez Gruzinów). W zamian proponują -- elementary my dear Watson -- czebureki. Niezłe. Pierwszy raz w życiu jadłem, a do czerwca br. to nawet nie wiedziałem co to jest (w czerwcu w Jastrzębiej Górze zobaczyłem toto w budzie fastfudowej).


Tbilisi nocą

W nocy z soboty/niedzielę nie mogę spać, o 4:00 idę zwiedzać Tbilisi/sprawdzić jak wygląda festiwal nocą. Wcale nie wygląda, bo w sumie nic się nie dzieje. Ulice opustoszałe oprócz tych w centrum gdzie są lokale i trochę ludzi się kręci. Tbilisi jest fajnie podświetlona więc wpadam na pomysł pyknięcia paru fotek z wysokości twierdzy Narikala. Idę w górę, nikogo, kompletnie wyludniona okolica. Na górze nawet stragan z całym szajsem pozostawiony bez dozoru... Wracam o 5:30 do Envoya.

Ten nocny wojaż to także empiryczna weryfikacja stanu bezpieczeństwa w Gruzji. Zero strachu wałęsania się po obcym mieście w nocy. Zresztą nie spotkałem tutaj nikogo podobnego do chuligana--chlory są, wiadomo, bo to biedny kraj jest, ale agresywna młodzież--nie widziałem. No i podobno policja jest sprawna/nieprzekupna.

Armenia

Wycieczkę do Armenii wykupiliśmy w hostelu za 135 lari od osoby. W programie wyjazd do trzech klasztorów: Sanahin, Hachpat i Akhtala (w kanionie rzeki Debed), w takiej właśnie kolejności. Wyjeżdżamy o 9.00 około 14:00 mamy obiad przygotowany przez Ormiańską rodzinę we wsi Hachpat. Wracamy około 20:00. Wrażenia mieszane. Pozytywy: widoki, klasztory, obiad (kuchnia Ormiańska IMO jest lepsza od gruzińskiej, która jak dla mnie jest zbyt kaloryczna w części jarskiej, że tak powiem oraz obok moich upodobań z tymi swoimi szaszłykami i innym czerwonym mięsem), fajne towarzystwo z całego świata (USA, Nowa Zelandia, Australia, Niemcy no i my). Negatywy: straszna bieda i zdegradowana do niepojętych granic infrastruktura/domy, które trzeba oglądać...

Odmeldowujemy się z Envoya. Kupuję na mieście chaczapuri w wersji take-away i jemy je na trawniku obserwując dogorywającą imprezę pn. Tbilisoba. Stoiska już w większości są zamknięte, ludzie z prowincji zwijają biznesy. W hostelu twierdzili, że na scenie w pobliżu łaźni będzie gala koncert, ale słusznie stwierdziliśmy że to false-alarm jest i nie poszliśmy tam (podejrzane wydało się miejsce dla tego koncertu--toż tam w ogóle nie ma przestrzeni dla widzów). Że było to słuszne posunięcie potwierdza kompletna cisza -- gdyby grali/śpiewali byłoby coś słychać--nasz trawnik jest niedaleko.

Nota Bene Elka-optymistka sugeruje jechać na lotnisko i tam coś zjeść (don't do that--ceny z księżyca), na szczęście jej nie słucham. Około 22:00 jedziemy na lotnisko autobusem linii 37. Do odlotu zostało nam 7 godzin, ale w sumie nie ma nic do roboty. Od Envoya do najbliższego przystanku 37 jest blisko, należy tylko przejść przez most, a następnie kierując się na stację metra, minąć ją i szukać pierwszego przystanku autobusowego po prawej stronie. Przejazd jak zwykle, tj. pół lari czyli około 80 groszy.


Sklep przy lotnisku

Na lotnisku nie ma co robić, zabijając czas można by coś kupić i zjeść--ceny wszakże zniechęcają. Moja ulubiona, bo duża, kawa Americano za 14 PLN, i jest tego może 100ml (jak to jest Americano to jak wygląda Espresso:-?). W Wa-wie to się w Costa dostaje za podobną cenę pół litra.

Nie kupuję, idą sobie sprawdzić przed lotniskiem. I jest sukces. Obok efektownego posterunku policji (Isani Samgori PoliceStation #6 na google maps) jest mały sklepik, a w nim normalne ceny. He, he... ostatnia sprawiedliwa na wschód od Tbilisi (sprzedawczyni zwana w PRL sklepową) śpi, stukam w szybę: Kofi u was jest. -- Jest... Jest też lodówka z lodami: katoryje morożenoje charosze? -- Wsie charosze... No i faktycznie dobre były.

Tbilisi-Wwa start 9.10.2017 05.05 rano.

Przydatnie informacje

Wycieczka wyszła nam 1500PLN/łep z czego połowa to cena biletów lotniczych. Specjalnie się nie ściskaliśmy z kasą wię pewnie dałoby radę i taniej, ale po co?

Miejsce odjazdu marszrutek spod Samgori do Singagi: 2 Ketevan Dedofali Ave (wsp. geograficzne: 41.686001/44.852066)

Chaczapurnia w Lagodekhi: 23 Qiziki St., naprzeciw oddziału Libery Bank (jeżeli czegoś nie pokręciłem)

Ślad ze zdjęciami do twierdzy Machi oraz wodospadu Ninoskhevi

Tani sklepik pod lotniskiem: po lewej patrząc od terminala w stronę miasta, tj. przed posterunkiem policji (wsp. geograficzne 41.673424/44.961378)

Ślady naszych wycieczek 2014/2015/2017 (czerwony -- 2014, niebieski -- 2015)

Zdjęcia z wycieczki z 2017

Dane w formacie GPX/KML do pobrania tutaj

url | Sat, 14/10/2017 02:37 | tagi: , , , ,
Trzecia podróż na Kaukaz

Właśnie wróciliśmy z Elką z Gruzji i Armenii, która to wycieczka była naszą trzecią w tamte rejony. Zanim więcej na temat, na razie podsumowanie naszych wyczynów w postaci pliku GPX (na pierwszej mapie czerwona kreska oznacza rok 2014, niebieska -- 2015, ciemno-zielona -- 2017): 2014-17201420152017

Ponieważ powyższe linki prowadzą do dość rachitycznego serwerka, to na wypadek gdyby ów zniknął albo przestał działać kopie plików GPX są w repozytorium na githubie tutaj

url | Wed, 11/10/2017 03:47 | tagi: , , , ,
Żuławy wKoło 2017 -- podsumowanie



Podsumowanie wyników dla lat 2015--2017

z16 <- read.csv("wyniki_zulawy_2016_D.csv", sep = ';',  header=T, na.string="NA", dec=",");
aggregate (z16$time, list(Numer = z16$dist), summary)
z16$year <- 2016;

z15 <- read.csv("wyniki_zulawy_2015_D.csv", sep = ';',  header=T, na.string="NA", dec=",");
aggregate (z15$time, list(Numer = z15$dist), summary)
z15$year <- 2015;

z17 <- read.csv("wyniki_zulawy_2017_D.csv", sep = ';',  header=T, na.string="NA", dec=".");
aggregate (z17$time, list(Numer = z17$dist), summary)
z17$year <- 2017;

zz15 <- z15[, c("dist", "kmH", "time", "year")];
zz16 <- z16[, c("dist", "kmH", "time", "year")];
zz17  <- z17[, c("dist", "kmH", "time", "year")];

zz <- rbind (zz15, zz16, zz17);

## tylko dystans 140
zz140 <- subset (zz, ( dist == 140 ));
sum140 <- aggregate (zz140$kmH, list(Numer = zz140$year), summary)

boxplot (kmH ~ year, zz140, ylab = "Śr.prędkość [kmh]", col = "yellow", main="140km" )

## tylko dystans 55
zz75 <- subset (zz, ( dist > 60 & dist < 90 ));
sum75 <- aggregate (zz75$kmH, list(Numer = zz75$year), summary)
sum75
boxplot (kmH ~ year, zz75, ylab = "Śr.prędkość [kmh]", col = "yellow", main="80/75km" )

## tylko dystans 55
zz55 <- subset (zz, ( dist < 60 ));
sum55 <- aggregate (zz55$kmH, list(Numer = zz55$year), summary)
sum55
xl <- paste ("średnie 2015=", sum55$x[1,4], "kmh   2016=",
  sum55$x[2,4], "kmh   2017=", sum55$x[3,4], " kmh")

  boxplot (kmH ~ year, zz55, xlab = xl,
  ylab = "Śr.prędkość [kmh]", col = "yellow", main="55km" )

A ja (numer 418) byłem 70 w kategorii 140 km, z czasem 5:42:03 co dało 24,56 kmh przeciętną. Do pierwszego bufetu się spinałem, potem już nie...

url | Thu, 28/09/2017 05:17 | tagi: , ,
Współrzędne geograficzne zarejestrowane kamerą Contour+

Contour+ ma GPSa i rejestruje współrzędne geograficzne, tyle że do niedawna nie bardzo wiedziałem jak (słusznie podejrzewałem że w postaci napisów aka subtitles). Wreszcie rozkminiłem jak to działa, a zmobilizowały mnie filmy zarejestrowane podczas imprezy Żuławy wKoło 2017.

Najpierw trzeba ustalić co jest w środku pliku .mov:

ffmpeg -i FILE0037.MOV
## ## ##  
Stream #0:2(eng): Subtitle: mov_text (text / 0x74786574), 1 kb/s (default)

Teraz można wyciągnąć napis znajdujący się w strumieniu (stream) 2:

ffmpeg -i FILE0037.MOV -vn -an -codec:s:0.2 srt file0037_2.srt

W pliku file0037_2.srt jest coś takiego:

692
00:11:31,000 --> 00:11:32,000
$GPRMC,061159.00,V,,,,,,,240917,,,N*7E
$GPGGA,061159.00,,,,,0,04,2.18,,,,,,*53

693
00:11:32,000 --> 00:11:33,000
$GPRMC,061200.00,A,5412.74161,N,01906.66188,E,18.465,202.51,240917,,,A*50
$GPGGA,061200.00,5412.74161,N,01906.66188,E,1,04,2.18,6.5,M,32.4,M,,*58

Czyli jest to zwykły plik napisów w formacie SRT, tj. sekwencja rekordów składających się z wierszy tekstu. Pierwszy wiersz zawiera numeru napisu (692 na przykład). Drugi wiersz określa czas wyświetlania napisu (początek --> koniec). Kolejne wiersze to tekst napisu. W przykładzie powyżej napis 692 jeszcze nie złapał fiksa, a napis 693 już tak. Współrzędne są zarejestrowane w postaci par zdań (sentences) GPRMC/GPGGA w standardzie NMEA. Do konwersji czegoś takiego na format GPX na przykład można zastosować gpsbabela

gpsbabel -i nmea -f file.srt -o GPX -F file.gpx

Ale wtedy gubi się informację z pierwszych dwóch wierszy rekordu, a jest ona niezbędna do synchronizacji obrazu ze współrzędnymi w programach nie potrafiących wykorzystać napisów wbudowanych. Chciał-nie-chciał musiałem rozpoznać NMEA i dokonać konwersji po swojemu:

$GPRMC,time,###,dd.mm,N/S,dd.mm,E/W,speed,###,date,###,###,###
$GPGGA,time,dd.mm,N/S,dd.mm,E/W,q,s,###,ele,M,###,M,###,### 

Gdzie: speed -- prędkość w węzłach czyli milach/godzinę; date -- data w formacie ddmmyy; time -- czas w formacie hhmmss.ss; dd.mm -- współrzędne geograficzne w formacie stopnieminuty.minuty tj 5412.74161 oznacza 54 stopnie 12.74161 minut a 01906.66188 oznacza 19 stopni 6.66188 minut (uwaga: szerokość/długość ma różną liczbę cyfr przed kropką dziesiętną); N/S/E/W -- kierunki geograficzne (north, south itp); q -- jakość sygnału (niezerowa wartość jest OK); s -- liczba satelitów; ele -- wysokość npm. (w metrach na szczęście w przypadku Contoura+). Zawartość pól oznaczona jako ### nas nie interesuje. Symbol M oznacza jednostkę miary (metry), z czego by wynikało, że różne odbiorniki GPS mogą zapisywać informacje o wysokości z wykorzystaniem innych jednostek miary.

Teraz banalny skrypt Perlowy zamienia SRT na format GPX dodając informacje o numerze napisu i czasie wyświetlania w postaci stosownego elementu cmt

  <trkpt lat="54.212360" lon="19.111031">
    <ele>6.500000</ele>
    <time>2017-09-24T06:12:00Z</time>
    <speed>9.499208</speed>
    <cmt>693 00:11:32,000 --> 00:11:33,000</cmt>
  </trkpt>

BTW nie ma elementu speed w specyfikacji schematu GPX, ale na przykład gpsbabel taki element wstawia i jakoś to działa. Sprawa wymaga zbadania.

Uwaga: Garmin Virb Edit nie czyta dokumentów GPX w wersji 1.0 -- musi być wersja 1.1. W praktyce oznacza to, że element gpx powinien posiadać atrybuty version oraz xmlns o następujących wartościach

<gpx version="1.1" xmlns="http://www.topografix.com/GPX/1/1">
 

Skrypt pn. cc2gpx.pl do konwersji SRT→GPX jest tutaj.

url | Tue, 26/09/2017 08:12 | tagi: , , , ,