Weblog Tomasza Przechlewskiego [Zdjęcie T. Przechlewskiego]


scrum
random image [Photo gallery]
Zestawienie tagów
1-wire | 18b20 | 1wire | 2140 | 3rz | alsamixer | amazon | anniversary | antypis | apache | api | applebaum | arm | armenia | astronomy | asus | atom.xml | awk | aws | bachotek | bakłażan | balcerowicz | balta | bash | berlin | bibtex | bieszczady | biznes | blogger | blogging | blosxom | borne-sulinowo | breugel | bt747 | budapeszt | canon | cedewu | chello | chiller | chillerpl | chown | chujowetaśmy | ciasto | cmentarz | contour | cron | css | csv | curl | cycling | d54250wykh | dbi | debian | dejavu | dhcp | dht22 | dia | docbook | dom | ds18b20 | dyndns | dynia | ebay | economy | ekonomia | elka | elm | emacs | emacs23 | english | ess | eu | excel | exif | exiftool | f11 | fc | fc11 | fc15 | fc5 | fc8 | fedora | fedora21 | fenix | ffmpeg | finepix | firefox | flickr | fontforge | fontspec | fonty | food | fop | foto | france | francja | fripp | fuczki | fuji | fuse | gammu | garmin | gawk | gazwyb | gdańsk | gdynia | gender | geo | geocoding | georgia | gft | git | github | gmail | gmaps | gnokii | gnus | google | googlecl | googleearth | googlemaps | gotowanie | gphoto | gphoto2 | gps | gpsbabel | gpsphoto | gpx | gpx-viewer | greasemonkey | gruzja | grzyby | haldaemon | handbrake | historia | history | hitler | holocaust | holokaust | hpmini | humour | iblue747 | ical | iiyama | ikea | imap | inkscape | inne | internet | j10i2 | javascript | jhead | k800i | kajak | kamera | kleinertest | kml | kmobiletools | knuth | kociewie kołem | kod | kolibki | komorowski | konwersja | krutynia | kuchnia | kurski | latex | latex2rtf | latex3 | lcd | legend | lenny | lesund | lewactwo | liberation | linksys | linux | lisp | lisrel | litwa | lizbona | logika | ltr | lubowla | lwp | lwów | m2wś | mapquest | mapsource | marvell | math | mathjax | mazury | mbank | mediolan | mencoder | mh17 | michalak | michlmayr | microsoft | monitor | mp4box | mplayer | ms | msc | mssql | msw | mtkbabel | museum | muzyka | mymaps | mysql | nanopi | natbib | navin | nekrolog | neo | neopi | netbook | niemcy | niemieckie zbrodnie | nikon | nmea | nowazelandia | nuc | nxml | oauth | oauth2 | obituary | okular | olympus | ooffice | ooxml | opera | osm | otf | otftotfm | other | overclocking | panoramio | pdf | pdfpages | pdftex | pdftk | perl | photo | photography | picasa | picasaweb | pim | pine | pis | pit | plotly | pls | plugin | po | podróże | politics | polityka | polsat | portugalia | postęp | powerpoint | prelink | problem | propaganda | pstoedit | putin | python | r | radio | random | raspberry pi | refugees | relaxng | ridley | router | rower | rowery | rpi | rsync | rtf | ruby | rugby | russia | rwc | rwc2007 | rwc2011 | rzym | samba | sem | sernik | sheevaplug | sienkiewicz | signature | sks | skype | skytraq | smoleńsk | sqlite | srtm | ssl | staszek wawrykiewicz | statistics | stats | statystyka | stix | stretch | suwałki | svg | svn | swanetia | swornegacie | szwajcaria | słowacja | tbilisi | terrorism | tex | texgyre | texlive | thunderbird | tomato | totalnaopozycja | tourism | tramp | trang | truetype | ttf | turystyka | tusk | tv | tv5monde | twitter | typetools | ubuntu | uchodźcy | udev | ue | ukraina | umap | unix | upc | updmap | ups | utf8 | varia | video | vienna | virb edit | vostro | wammu | wdc | wdfs | webcam | webdav | wh2080 | wiedeń | wikicommons | wilno | windows | windows8 | wine | wioślarstwo | word | wordpress | wrt54gl | ws1080 | wtyczka | ww2 | www | wybory | wybory2015 | włochy | węgry | xemex | xetex | xft | xhtml | xine | xml | xmllint | xsd | xslt | xvidtune | youtube | yum | zakopane | zakupy | zdf | zdrowie | łeba | świdnica | żywność
Archiwum
O stronie
wykorzystywany jest blosxom plus następujące wtyczki: tagging, flatarchives, rss10, lastbuilddatexhtmlmime. Niektóre musiałem dopasować nieco do swoich potrzeb. Więcej o blosxom jest tutaj
Subskrypcja
RSS 1.0
Wycieczka do Gruzji #4
Pierwszy raport (może będzie później bardziej szczegółowy)...

Guesthouse #1


Guesthouse #2


Guesthouse #3


Ushguli



Lodowiec (po drodze)

Dojazd 18--19.08

Wyjazd 8:20 z Sopotu na Lotnisko Katowice-Pyrzowice. Po drodze przystanek w Częstochowie w lokalu Bistro-Setka (polecamy). Samochód został na parkingu Wczasowicz (też polecamy).

Start krótko po 17:00 Lądowanie w Kutaisi około 22:00 (różnica czasu). Od razu lecimy po gruzińską kartę SIM. Mamy wprawdzie gruzińskie SIMy z poprzedniej wycieczki, ale akurat nie ma tej konkretnej firmy w Kutaisi na lotnisku (karta była kupowana w Tbilisi). Ponieważ jest jedenasta w nocy, ponieważ rano pojedziemy na zadupie gdzie w ogóle nic przypuszczalnie nie załatwimy i ponieważ karta kosztuje zaledwie kilka lari kupujemy nowe. Procedura jest szybka i sprawna tyle, że moja karta nie działa. Nie było czasu na reklamacje, ważniejsze było dostanie się do Kutaisi więc problem odpuściłem. Kupiliśmy bilety na marszrutkę i pojechaliśmy do miasta. Po drodze dołączyliśmy do dwójki dziewczyn z PL, które miały rezerwację w hostelu. One miały, my nie ale też nas przenocowali za 15 GEL/osobę. Do tego zamówili taksówkę na rano na dworzec autobusowy skąd odchodzą marszrutki do Mestii. Bilet do Mestii kosztuje 25 lari. Odjazd o 8:00.

Po dotarciu do Mestii spotykamy się z naszym przewodnikiem, który wiezie nas na kwaterę. Mówiąc całkiem szczerze to kupiliśmy kota w worku. Zabrałem się bowiem za organizowanie naszego trekingu na tyle późno, że przewodnika wynajeliśmy w klasycznej strategii rozpoznania walką. Po wpisaniu w google trekking Mestia Ushguli, wysłałem mejla do firmy, której strona/opis mi się spodobała. Firma odpisała że jak najbardziej a nawet w terminie 20--23 będzie przewodnik mówiący po polsku. OK, wchodzimy w to. Teraz w Mestii poznajemy w co...

Więc polskojęzyczny przewodnik nazywa się Agnieszka i Lasza, polsko-gruzińskie małżeństwo prowadzące firmę pn. GeoPol travel (są na FB). Nas poprowadzi Agnieszka (pierwszy dzień z mężem). W kontrakcie mamy też wyżywienie, co w praktyce oznacza, że każdy guesthouse serwuje nam śniadanie i kolację oraz wręcza launchbox do zjedzenia na trasie. Jedzenie nieprzetworzone: chleb, ser, warzywa... Samo zdrowie...

Rozpakowujemy się. Popołudnie czas wolny, trekking rozpoczynamy jutro. Zwiedzamy Mestię, w tym muzeum oraz wieżę do której można wejść. Po powrocie z miasta okazuje się, że mamy towarzystwo w hostelu: dokwaterowała się wycieczka z Izraela (ok 10 os osób--nie liczyliśmy dokładnie)

dzień #1: 20.08 Mestia-Zabeshi (17,0 km na moim GPS)

Rano śniadanie o 8:00. Wycieczka z Izraela je wcześniej i wcześniej wychodzi na tą samą trasę co my (wkrótce ich miniemy bo wolno chodzą). Ponieważ wynajęliśmy przewodnika trekking przebiega bezstresowo. Idziemy tam gdzie każą i podziwimy widoki po drodze. Atrakcją są noclegi, będące okazją do poznania ludzi dosłownie z całego świata. Pierwszy nocleg mamy w guesthausie Beqa Naveriani (Beka to popularne imię męskie tutaj). Na kwaterze jesteśmy my i 6 Niemców + ich przewodnik (których nb. już poznaliśmy na trasie). Niemcy (starsi od nas) idą bez bagaży, które wiezie wynajęty koń powożony przez wynajętego człowieka. Można wynająć samochód, bo do wiosek idzie dojechać drogą, ale podobno koń jest tańszy. Wspólną kolację zakłóca wyłączenie prądu (do rana). Trochę siedzimy przy świecach, ale w końcu idziemy spać. Wstaję rano i prądu dalej nie ma. Nie ma też w związku z tym wody w kranach i nie tylko (jak u Kazika S.: wszystkie deski zasikane/wszystkie kible zasrane/Mars napada) Rano podczas śniadania włączają prąd.

dzień #2: 21.08 Zabeshi-Adishi (11,6 km)

Śniadanie o 8:00. Po drodze zbieramy grzyby, które Agnieszka przygotuje na kolację. Nocujemy (guesthouse Bedo&Tamila jeżeli dobrze odczytałem nazwę) w składzie: 2 Hindusów, Hiszpan (wszyscy Cambridge/fizyka) Węgierka + Francuz mieszkający w Budapeszcie, Żydówka z Izraela (polskie korzenie) oraz dwóch Niemców z Monachium, pokonujących szlak na rowerach downhillowych (jeden z Polskim nazwiskiem, ale nic poza tym). Z tym downhillem to dziwaczny pomysł, ja bym nie rekomendował...

dzień #3: 22.08 Adishi-Iprali (18,5 km)

Dzień najdłuższy na całej wycieczce. Urozmaiceniem jest przejazd przez rzekę na koniu (z braku mostu). Można przejść, ale wtedy trzeba mieć jakieś inne obuwie no i zdejmować buty. Po drodze do Iprali mijamy pozostałości wioski Khalde Nocujemy w Ucha guesthouse, w którym nocuje chyba połowa tych co idą szlakiem do Iprali i nie chcą spać w namiotach:-)

dzień #4: 23.08 Iprali-Ushguli (16,1 km)

W zasadzie koniec wielkiego trekkingu. Rano jedziemy do Uszguli samochodem. Tam idziemy oglądać lodowiec, po powrocie zwiedzamy Uszguli. Około 16:00 powrót samochodem do Uszguli (2 godziny, bo droga jest w budowie) W Uszguli/Mestii jest masa rowerzystów na rowerach MTB. NB: byłem już 3 razy w Gruzji i praktycznie nie widziałem rowerzystów, a teraz całe stada--miejscowi (głównie dzieci), turyści. Widziałem nawet porządny sklep w Kutaisi i masę rowerów na targu (tureckim) tamże. Nie wiem czy to ,,efekt Swanetii'' czy też rowery stały się bardziej popularne w całej Gruzji.

dzień #5: 24.08 Mestia (ok. 20km)

Zostajemy jeden dzień dłużej w Mestii i idziemy oficjalnym szlakiem na punkt widokowy Zuruldi. Trasa taka sobie, bo połowa wiedzie wzdłuż drogi asfaltowej. Nie dochodzimy do Zuruldi tylko do Heshkili huts. Tam spotykamy wycieczkę młodych Gruzinek. Jedna przyznaje się do Polskiego pochodzenia (babka Różycka). To już trzecia osoba przyznająca się do Polskiego przodka BTW (Żydówka/Adishi, Angielka/Iprali). Wracamy tą samą drogą.

Powrót

Sumując przeszliśmy ok 63,0km + 20km ostatniego dnia idąc na Zuruldi (ale nie dochodząc tam)...

Odjazd z Mestii teoretycznie 8.00 Teoretycznie bo przez circa 30 minut busik krążył po mieście w poszukiwaniu pasażerów, których ciągle brakowało do kompletu. W końcu zdesperowany kierowca zajechał na stację benzynową na rogatkach miasta, gdzie zarządził przesiadkę do innego busa. Teraz już był prawie komplet, tyle że to nie był koniec kombinacji. Po jakieś pół godzinie zjeżdżania serpentynami z Mesti do Zugdidi pojawił się nieoczekiwanie pierwszy bus z jednym pasażerem w środku--który później okazał się zmiennikiem kierowcy a z pobliskiej chałupy wyłonił się tłum 9 Gruzinów, ewidentnie kandydatów na wakujące 5 miejsc. Kurcze co teraz...

Szczęśliwie z tej dziewiątki, troje było żegnających, więc nie było aż tak wielkich problemów z upchaniem reszty. Papierosek, buzi-buzi i jedziemy. Nawet nam idzie i doganiamy całe stado marszrutek, które robią sobie przerwę w no-name miejscu przed Zugdidi. Niestety nasi kierowcy też tu śniadaniują potem palą, co w rezultacie skutkuje następnymi 30 minutami w plecy. Jest 10:30, jechaliśmy może 1,5 godziny reszta to przerwy. No ale teraz bus rwie w dół i jest nadzieja. Całkiem sprawnie mijamy Zugdidi, zjeżdżamy do stacji benzynowej. Przerwa. Idziemy do sklepu, wracamy a samochód właśnie odjechał chuj-wi-gdzie. Współpasażer z Ukrainy oznajmia, że celem wymiany koła. Siedzimy czekamy. Bus wraca po 20min. Jedziemy dalej ale nie za długo bo bus zjeżdża do pierwszej przydrożnej wulkanizacji. Coś jednak nie gra, ale widać nie mają tego co trzeba bo stoimy zaledwie 5 minut i jedziemy do następnej przydrożnej wulkanizatorni, a potem do jeszcze następnej. Tam chyba mają. Chyba bo nie jedziemy dalej, ale też nic się nie dzieje. Kierowcy poszli do kanciapy wulkanizatora i widocznie na coś czekają. Po 20 minutach wreszcie pojawia się podnośnik i nowe (pardon nowsze koło). 2 minuty roboty i możemy jechać dalej... Ciekawe czemu służyły te 20 minut przygotowań... Jesteśmy zdrowo spóźnieni docierając około 15:00 do Kutaisi. Wysiadamy życząc współpasażerom bezawaryjnej dalszej jazdy do Tbilisi, do której dotrą -- w razie spełnienia się naszych życzeń -- po następnych 4h czyli około 19:00 (11 godzin w busie celem przejechania około 450km)

Różne rzeczy

Olympus OMD/EM10 + Sony RX100M3. GDP pocket się sprawdził i warto go zabierać. Powerbanki okazały się niepotrzebne, ale chyba jednak warto je zabierać. Pogoda Była rewelacyjna. W szczególności zero opadów.

Do pobrania ślad ze zdjęciami; ślad ze wszystkimi zdjęciami; zdjęcia; ślady gpx/kml.

url | Thu, 30/08/2018 11:17 | tagi: , , , ,
Nigvziani Badrijani czyli gruzińskie roladki z bakłażana

Oryginał z Signagi

W czasie ostatniej wycieczki spróbowaliśmy i bardzo nam smakowały. Takie same lub podobne podano nam podczas wycieczki do Armenii, więc być może to potrawa bardziej kaukaska niż gruzińska.

Generalnie jest to smażony bakłażan z pastą z orzechów włoskich z dodatkiem przypraw. Spróbowałem zrobić wersję opisaną na stronie magicznyskladnik.pl i rezultat jest bardzo dobry. Przepis zaś jest następujący:

Bakłażana kroimy na 3-4 milimetrowe plastry, smarujemy olejem i smażymy do miękkości na patelni grillowej lub zwykłej.

W blenderze miksujemy orzechy włoskie, czosnek, kolendrę, pietruszkę kumin, zmielone ziarna kolendry oraz pieprz (proporce do ustalenia). Autor magicznyskladnik.pl modyfikuje przepis miksując orzechy włoskie i migdały w proporcji 2/1.

Smarujemy bakłażany pastą, zawijamy w rulony lub składamy plastry w pół. W Signagi podawane były na zimno i faktycznie na zimno (z lodówki) jakby lepsze.

Jeszcze każą sypać ziarna granatu na zawinięte/złożone rulony, ale w Signagi każdy rulon miał na wierzchu dokładnie 1 ziarno, więc uważam -- być może niesłusznie -- że ten składnik jest do zaniedbania :-)

Jak się wpisze w google: gruzińskie roladki z bakłażana albo georgian eggplant walnuts albo w oryginale jak ktoś potrafi: ბადრიჯანი ნიგვზით to są setki stron na temat. Jest nawet stosowna strona wiki: Badrijani.

url | Mon, 16/10/2017 09:37 | tagi: , , ,
Wycieczka do Gruzji i Armenii

Piekarnia ze słodkimi bułami

Przystanek do Signagi (naprzeciw tej stacji)

Lotem W-wa--Tbilisi start 2.10.2017 22.30 lądowanie 4.00 (różnica czasu) powoduje że leci się niby 5,5 godziny (w rzeczywistości jest to 3,5h) Wsiadamy (Elka i ja) w autobus 37 do miasta i wysiadamy przy stacji metra Samgori skąd mają odjeżdżać marszrutki do Singagi. Jest 6 rano, noc i siąpi deszcz. Nie wiemy dokładnie skąd te marszrutki odjeżdżają. Przystanków marszrutek jest pełno--pytanie z którego jadą tam gdzie chcemy się dostać. Paniki nie ma--wiemy że da się to ustalić, a rozkładem nie ma co się przejmować, bo zawsze coś przyjedzie. Pytanie się wszechobecnych taksówkarzy nie ma sensu -- nic nie powiedzą bo sami będą chcieli zarobić. W tym temacie zresztą nawet nie trzeba się ich pytać -- sami namolnie się oferują: najbardziej konkretny najpierw chce 100 lari (160 PLN), w następnym zdaniu już 70. Jakbyśmy się targowali, to może by i mniej chciał, ale my nie jesteśmy zainteresowani. W końcu ustalamy metodą łażenia tam i z powrotem skąd konkretnie ww. marszrutka odjeżdża. Mówi nam to młody Gruzin -- społeczny kierownk przystanku można powiedzieć, bo łaził po placu wte-i-wewte, informował nas i parę innych zgubionych osób gdzie co jedzie, ale nie wyglądało że sam gdzieś się wybiera i że to jest jego zajęcie za pieniądze.

Czekamy, bo pierwsza marszrutka odjeżdża o 9:00. Czekanie umilamy sobie zwiedzaniem pobliskiego dużego bazaru, który właśnie zaczyna działalność (rano jest). W szczególności nabywamy takie fajne słodkie buły, podobne do chaczapuri, tyle że nadziewane dżemem albo jakąś słodką masą zwierającą orzechy. Taka buła to trylion kalorii ale kurcze smaczna jest, tyle że to chyba nie jest Gruzińskie danie, bo później nigdzie tego nie widzieliśmy. Jakby ktoś był w tych rejonach i chciał spróbować, to sklep z bułami jest pod adresem: 2--3 Mevele St (współrzędne 41.684604/44.854012, obok wejścia na bazar).

Marszrutka do Signagi kosztuje 6 lari (od osoby). Jedzie z nami wycieczka Chińczyków (6 osób) lub osób podobnych do Chińczyków. Nb takich osób w całej Gruzji było dość sporo. Być może było to związane z porą roku, ale mało było Polków, dużo Rosjan no i całkiem sporo turystów pochożych na Kitajców...

Aha, przed wejściem do autobusu kupiliśmy na lotnisku gruzińskie karty SIM za 7 i 5 lari (2Gb/1,5Gb). Jest to super proste--specjalne stoisko było czynne nawet tak wcześnie rano. Trzeba podpisać umowę, ale z pomocą kompetentnego, doskonale mówiącego po angielsku sprzedawcy nie stanowi to problemu. Smarfon się przydał a Internet działa całkiem-całkiem. A jak nie działał, to wspomagałem się OsmAnd -- mapą statyczną czyli zainstalowaną na telefonie...

W Signagi też pada. Idziemy na kwaterę pn Nato & Lado guesthouse, z którą kontaktowaliśmy się przez stronę FB. Mieliśmy jakieś obietnice zwiedzania winnicy/uczestnictwa w zbieraniu winogron, ale ponieważ pada nic z tego. Po południu idziemy do Bodbe obejrzeć klasztor pw. św. Nino. Fajna wycieczka i polecam.

Następnego dnia znowu pada. Decydujemy się na zmianę kwatery na Lagodekhi. Z rana idziemy do muzeum--niewielka instytucja i całe zwiedzanie zajęło nam może godzinę, ale można obejrzeć kilkanaście obrazów Pirosmaniego, więc warto. Wyjaśniło się zresztą iż pomnik na mieście osobnika na ośle to nie jest gruziński hołd dla Sancho Pansy tylko doktor na Ośle --motyw z obrazu Pirosmaniego.

Marszrutką jedziemy do Tsnori, które jest o rzut beretem, potem następną do Lagodekhi. Oczekując na przystanku co chwila jesteśmy nagabywani przez taksówkarzy koniecznie chcących zawieść nas do Lagodekhi za jedyne 20 lari. Próba wytłumaczenia im, że nam się nie spieszy i w związku z tym nie mamy cisku na taksówkę, nie odnosi rezultatu.

W Lagodekhi mamy ambitne plany pokonania wszystkich czterech szlaków opisanych w Internetach, więc nie tracąc czasu idziemy prosto do informacji, która jest kilka kilometrów pod górę. Tam pytamy się o realność naszych planów. (Personel mówi dobrze po angielsku BTW.) Jest kiepsko, pada śnieg (w wysokich górach) więc ten trzydniowy odpada, pada deszcz więc te kilkugodzinne też są wątpliwe, zobaczymy jutro--prognozy są takie że będzie pogoda. Proponują nam kwaterę. No i tu popełniamy błąd...

Reguła Wi-Fi (zwana także warunkiem koniecznym Przechlewskiego)

Otóż wg mnie jak na kwaterze nie ma Wi-Fi to nie ma też wielu innych rzeczy, które my uważamy za minimum a Gruzini niekoniecznie. Ponieważ pan w informacji władał dobrze angielskim zgodziliśmy się na kwaterę bez pytania o detale. Na miejscu okazało się że warunki są fatalne: nie ma Internetu; mieszkanie nieogrzewane a jest dość zimo; w związku z zimnem korzystanie z łazienki a zwłaszcza z wanny jest wybitnie teoretyczne; kuchnia jest, ale wspólna z gospodarzami i o wszystko trzeba prosić, co o tyle jest kłopotliwe że kuchnia wprawdzie jest w domu, ale żeby do niej dość, to trzeba wyjść na zewnątrz, obejść chałupę i wejść z drugiej strony (no czajnik elektryczny w pokoju by rozwiązał sprawę, ale jeszcze na to nie wpadli). Kurcze nawet stół w pokoju nie ma obrusa czy czegoś takiego a do tego w pokoju gdzie mamy spać nie ma światła--jest w pokoju obok, tam gdzie stoi stół, tyle że ten z kolei jest przechodni. Żarówki nie wkręcą, bo po co? Przecież się świeci w tym przechodnim... Rosyjski gospodarzy jest beznadziejny. Nasz niewiele lepszy (jeżeli w ogóle lepszy), ale jak Gruzin mówi dobrze to idzie się dogadać, a jak dwie strony kaleczą, to ustalenie czegokolwiek jest trudne.

Jest już późno (o tej porze roku noc zapada koło 19:00), dziś już niewiele zrobimy. Idziemy do miasta coś kupić do jedzenia i się rozejrzeć. Kupujemy chleb w piekarni--facet pyta czy zawinąć. Da pażausta. Wyciąga gazetę, starannie oddziera pół, i zawija--poczułem się 30 lat młodszy. Śmiejemy się z Elką...

Następnego dnia rano (8:00) idziemy na szlak. Tzn. podwozi nas nasz gospodarz, który ma taksówkę. Pierwsze co to jedzie na stację i za 20 naszych lari kupuje paliwo (za te 20 lari zawiezie nas i przywiezie z powrotem). Ten myk już znamy z poprzednich wojaży i nas wcale nie dziwi czemu nie zatankował przed kursem. Pierwszy szlak (do twierdzy Machi) jest łatwy. Około 13:00 wracamy taksówką (co nas kosztuje ekstra 8 PLN bo musimy dzwonić via Polska--jedyny telefon wykonany w Gruzji). Wychodzi nam, że dziś jeszcze warto zrobić drugi szlak--jak jutro pójdziemy na ten wielodniowy, to już nie zdążymy później. Każemy się wieść do Informacji (stamtąd zaczyna się ten drugi szlak pn Ninoskhevi Waterfall aka Great Waterfall). Ciężko jest wytłumaczyć Gruzinowi, że nie chcemy jeszcze wracać do domu ale udaje się...

Coś trzeba zjeść więc prosimy naszego kierowcę, że my choczom pokupić chaczapuri. To akurat zrozumiał i nas zawiózł do niepozornego lokalu. Wchodzimy nie ma chaczapuri--piecze się i będzie za 10 minut, są jakieś pierogi. No-to-nie, wracamy. Kierowca widząc, że wracamy za szybko pyta się co się stało i sam proponuje że poczeka. No to wracamy z powrotem.

Może te pierogi sobie kupimy co nam proponowali w oczekiwaniu na chaczapuri? Zamawiamy--nie ma. Kurcze dziwne, skończyły się a jakby klientów oprócz nas nie było...


Chaczapuri z Lagodekhi

Chaczapuri za 1,5 lari od sztuki (2,40 PLN) jest super. Na czymś w rodzaju francuskiego ciasta. Bierzemy jeszcze dwa na wynos na kolację. W Gdańsku w piekarni gruzińskiej chaczapuri o jakości take-awaya podgrzewanego na mikrofali z Tbilisi 16 PLN (dla porównania). Taksówkarz pojechał gdzieś i musimy chwilę poczekać (pytał się czy może, nie porzucił nas) -- się okazuje, że złapał kurs, wraca pod chaczapurnię z kobitą z dzieckiem. Po drugiej stronie ulicy jest bank, przywiózł je do banku. No proszę jaki zaradny.

Jedziemy teraz do Informacji pytać się co dalej. Tam już jest inna obsada--bardziej konkretna. Mówią że lepiej nie iść na Black Rock Lake i my też coś czujemy, że to nie byłoby rozsądnie. Trzeba być przygotowanym (buty/śpiwór/aprowizacja) i mieć jakieś tam doświadczenie. To nie dla nas... Pytamy się że może do połowy dość i wrócić -- podobno nie warto. Dwa dni łażenia po lesie a dopiero druga połowa jest super-atrakcyjna widokowo. Ostatni ze szlaków -- Black Grouse Waterfall -- jest zalany wodą i niedostępny No to sprawa jest jasna: dziś jeszcze przejdziemy się do wodospadu a jutro pojedziemy do stolicy.

Drugi szlak jest znacząco trudniejszy i bardziej męczący. Schodzimy ze szlaku praktycznie równo z nadejściem zmierzchu, mając w nogach +20km. W nocy rezerwujemy nocleg w hostelu Envoy, w którym już nocowaliśmy w 2015 roku. Po prostu wysyłam im emaila i po chwili jest potwierdzenie--być może dlatego tak szybko, że już nas znają.

To że tu wszystko na gębę można załatwić w 15 minut i za taką samą cenę jak rezerwowane miesiąc wcześniej, to jasna strona Gruzji:-)

Dwa szlaki zaliczone. Z dwóch co zostały do zaliczenia jeden jest za trudny, a ostatni -- zalany wodą i nie radzą tam chodzić. Rano wiozą nas taksówką (10 lari) na postój marszrutek. Nawiasem mówiąc za pobyt zapłaciliśmy 60 lari a za trzy krótkie kursy taksówką 30 lari. Paradoks. Być może było się targować...

Tbilisi

Marszruta nie staje na Samgori, tylko gdzie indziej. Nie wiemy dokładnie gdzie, ale po chwili widzimy stację metra. Wyciągam smartfona. Przez google maps ustalam, że do Envoya jest 40 minut piechotą, a jak pojedziemy metrem na stację Avlabari, to stamtąd jest 12 minut. Wysiadamy na Avlabari. Eeee, te rejony to my już znamy. Lecimy do Envoya, zostawiamy bagaże i do wieczora chodzimy po mieście.

Ciekawostką są setki kibiców Walii w koszulkach narodowych -- niechybny znak, że dziś wielki mecz w piłkę kopaną. Nawet przez chwilę rozważałem pójście, ale dałem sobie spokój (gdyby grali rugbyści to by nie było dylematu.) Rano pytam się recepcjonistę o wynik--nie wie. You prefer rugby? Yes--nie wiem czy szczerze czy przez grzeczność potwierdził.

Walia wygrywa 1:0.

W sobotę-niedzielę będzie się odbywał festyn pn: Tbilisoba. Więc nasze plany są takie: w Sobotę bierzemy udział w festynie a w niedzielę zapisujemy się na wycieczkę do Armenii. Impreza festynowa okazuje się mało ciekawa: część towarzyska atrakcyjna dla Gruzinów, którzy wszędzie stawiają grille i jedzą te swoje szaszłyki ale to nie dla nas; część artystyczna nieobecna praktycznie, na scenach nic się nie dzieje; cześć handlowe mizerna, kupa ludzi ze wsi sprzedaje to co zwykle. Rozczarowanie i nie polecam.

Normalnie to chodziliśmy na obiad do Machakhela na placu Vakhtang Gorgasali (Nb to chyba sieciówka bo identyko lokal był/jest w Batumi.) ale z uwagi na tłumy szukamy czegoś poza centrum i decydujemy się na Cheburek Cafe, zaraz za łaźniami tureckimi (ulica Ioseb Grishashvili). Chcemy zupę z fasoli, po dwa chinkali i coś warzywnego. Zupy nie ma, chinkali nie ma nawet w menu (to chyba nie jest lokal prowadzony przez Gruzinów). W zamian proponują -- elementary my dear Watson -- czebureki. Niezłe. Pierwszy raz w życiu jadłem, a do czerwca br. to nawet nie wiedziałem co to jest (w czerwcu w Jastrzębiej Górze zobaczyłem toto w budzie fastfudowej).


Tbilisi nocą

W nocy z soboty/niedzielę nie mogę spać, o 4:00 idę zwiedzać Tbilisi/sprawdzić jak wygląda festiwal nocą. Wcale nie wygląda, bo w sumie nic się nie dzieje. Ulice opustoszałe oprócz tych w centrum gdzie są lokale i trochę ludzi się kręci. Tbilisi jest fajnie podświetlona więc wpadam na pomysł pyknięcia paru fotek z wysokości twierdzy Narikala. Idę w górę, nikogo, kompletnie wyludniona okolica. Na górze nawet stragan z całym szajsem pozostawiony bez dozoru... Wracam o 5:30 do Envoya.

Ten nocny wojaż to także empiryczna weryfikacja stanu bezpieczeństwa w Gruzji. Zero strachu wałęsania się po obcym mieście w nocy. Zresztą nie spotkałem tutaj nikogo podobnego do chuligana--chlory są, wiadomo, bo to biedny kraj jest, ale agresywna młodzież--nie widziałem. No i podobno policja jest sprawna/nieprzekupna.

Armenia

Wycieczkę do Armenii wykupiliśmy w hostelu za 135 lari od osoby. W programie wyjazd do trzech klasztorów: Sanahin, Hachpat i Akhtala (w kanionie rzeki Debed), w takiej właśnie kolejności. Wyjeżdżamy o 9.00 około 14:00 mamy obiad przygotowany przez Ormiańską rodzinę we wsi Hachpat. Wracamy około 20:00. Wrażenia mieszane. Pozytywy: widoki, klasztory, obiad (kuchnia Ormiańska IMO jest lepsza od gruzińskiej, która jak dla mnie jest zbyt kaloryczna w części jarskiej, że tak powiem oraz obok moich upodobań z tymi swoimi szaszłykami i innym czerwonym mięsem), fajne towarzystwo z całego świata (USA, Nowa Zelandia, Australia, Niemcy no i my). Negatywy: straszna bieda i zdegradowana do niepojętych granic infrastruktura/domy, które trzeba oglądać...

Odmeldowujemy się z Envoya. Kupuję na mieście chaczapuri w wersji take-away i jemy je na trawniku obserwując dogorywającą imprezę pn. Tbilisoba. Stoiska już w większości są zamknięte, ludzie z prowincji zwijają biznesy. W hostelu twierdzili, że na scenie w pobliżu łaźni będzie gala koncert, ale słusznie stwierdziliśmy że to false-alarm jest i nie poszliśmy tam (podejrzane wydało się miejsce dla tego koncertu--toż tam w ogóle nie ma przestrzeni dla widzów). Że było to słuszne posunięcie potwierdza kompletna cisza -- gdyby grali/śpiewali byłoby coś słychać--nasz trawnik jest niedaleko.

Nota Bene Elka-optymistka sugeruje jechać na lotnisko i tam coś zjeść (don't do that--ceny z księżyca), na szczęście jej nie słucham. Około 22:00 jedziemy na lotnisko autobusem linii 37. Do odlotu zostało nam 7 godzin, ale w sumie nie ma nic do roboty. Od Envoya do najbliższego przystanku 37 jest blisko, należy tylko przejść przez most, a następnie kierując się na stację metra, minąć ją i szukać pierwszego przystanku autobusowego po prawej stronie. Przejazd jak zwykle, tj. pół lari czyli około 80 groszy.


Sklep przy lotnisku

Na lotnisku nie ma co robić, zabijając czas można by coś kupić i zjeść--ceny wszakże zniechęcają. Moja ulubiona, bo duża, kawa Americano za 14 PLN, i jest tego może 100ml (jak to jest Americano to jak wygląda Espresso:-?). W Wa-wie to się w Costa dostaje za podobną cenę pół litra.

Nie kupuję, idą sobie sprawdzić przed lotniskiem. I jest sukces. Obok efektownego posterunku policji (Isani Samgori PoliceStation #6 na google maps) jest mały sklepik, a w nim normalne ceny. He, he... ostatnia sprawiedliwa na wschód od Tbilisi (sprzedawczyni zwana w PRL sklepową) śpi, stukam w szybę: Kofi u was jest. -- Jest... Jest też lodówka z lodami: katoryje morożenoje charosze? -- Wsie charosze... No i faktycznie dobre były.

Tbilisi-Wwa start 9.10.2017 05.05 rano.

Przydatnie informacje

Wycieczka wyszła nam 1500PLN/łep z czego połowa to cena biletów lotniczych. Specjalnie się nie ściskaliśmy z kasą wię pewnie dałoby radę i taniej, ale po co?

Miejsce odjazdu marszrutek spod Samgori do Singagi: 2 Ketevan Dedofali Ave (wsp. geograficzne: 41.686001/44.852066)

Chaczapurnia w Lagodekhi: 23 Qiziki St., naprzeciw oddziału Libery Bank (jeżeli czegoś nie pokręciłem)

Ślad ze zdjęciami do twierdzy Machi oraz wodospadu Ninoskhevi

Tani sklepik pod lotniskiem: po lewej patrząc od terminala w stronę miasta, tj. przed posterunkiem policji (wsp. geograficzne 41.673424/44.961378)

Ślady naszych wycieczek 2014/2015/2017 (czerwony -- 2014, niebieski -- 2015)

Zdjęcia z wycieczki z 2017

Dane w formacie GPX/KML do pobrania tutaj

url | Sat, 14/10/2017 02:37 | tagi: , , , ,
Trzecia podróż na Kaukaz

Właśnie wróciliśmy z Elką z Gruzji i Armenii, która to wycieczka była naszą trzecią w tamte rejony. Zanim więcej na temat, na razie podsumowanie naszych wyczynów w postaci pliku GPX (na pierwszej mapie czerwona kreska oznacza rok 2014, niebieska -- 2015, ciemno-zielona -- 2017): 2014-17201420152017

Ponieważ powyższe linki prowadzą do dość rachitycznego serwerka, to na wypadek gdyby ów zniknął albo przestał działać kopie plików GPX są w repozytorium na githubie tutaj

url | Wed, 11/10/2017 03:47 | tagi: , , , ,
Trip to Georgia

I have just returned from a week-long trip to Georgia. We have visited Borjomi, Tbilisi, Kazbegi (Stepancminda) and Kutaisi (click the map to see journey track and photos).

On arriving to Kutaisi airport we went straight to the famous Borjomi resort where Russian Emperors once rested. We walked in the park tasting Borjomi mineral spring water, and swimming in hot water pool. From Borjomi we visited cave-city and monastery ensemble Vardzia where there was other hot water pool (with even hotter water). After 2 days in Borjomi we went to Tbilisi where we stayed 1 day (walking in old town). Next morning we drove to Caucasus mountains along Georgian military road via ancient Capital of Georgia -- Mtskheta (unfortunately we did not stop there). We stayed 2 days in Kazbegi where we hiked to Gergeti Trinity Church at 2170m and attended rugby union game Kazbegi vs Tbilisi Crusaiders (among other things:-). Finally we returned to Kutaisi where we visited Gelati and Motsameta Monastyrs as well as Sataplia caves...

We stayed in Leo's Homestay/Guesthouse in Borjomi, Why Not? Legend Hostel in Tbilisi and Hostel Kutaisi by Kote in Kutaisi. We recommend all of them.

The guesthouse we stayed in Kazbegi is not recommended so we do not mention it:-(

More details later...

url | Fri, 05/09/2014 13:13 | tagi: , , , , ,