Weblog Tomasza Przechlewskiego [Zdjęcie T. Przechlewskiego]


scrum
random image [Photo gallery]
Zestawienie tagów
1-wire | 18b20 | 1wire | 2140 | 3rz | alsamixer | amazon | anniversary | antypis | apache | api | applebaum | arm | armenia | astronomy | asus | atom.xml | awk | aws | bachotek | bakłażan | balcerowicz | balta | bash | batumi | berlin | bibtex | bieszczady | biznes | blogger | blogging | blosxom | bono | borne-sulinowo | breugel | bt747 | budapeszt | bursztyn | canon | cedewu | chello | chiller | chillerpl | chown | chujowetaśmy | ciasto | cmentarz | contour | cron | css | csv | curl | cycling | d54250wykh | dbi | debian | dejavu | dhcp | dht22 | dia | docbook | dom | ds18b20 | dulkiewicz | dyndns | dynia | ebay | economy | ekonomia | elka | elm | emacs | emacs23 | english | erasmus | erasmusplus | ess | eu | excel | exif | exiftool | f11 | fc | fc11 | fc15 | fc29 | fc5 | fc8 | fedora | fedora21 | fenix | ffmpeg | finepix | firefox | flickr | folau | fontforge | fontspec | fonty | food | fop | foto | france | francja | fripp | fuczki | fuji | fuse | gammu | garmin | gawk | gazwyb | gdańsk | gdynia | gender | geo | geocoding | georgia | gft | git | github | gmail | gmaps | gnokii | gnus | google | googlecl | googleearth | googlemaps | gotowanie | gphoto | gphoto2 | gps | gpsbabel | gpsphoto | gpx | gpx-viewer | greasemonkey | gruzja | grzyby | haldaemon | handbrake | hhi | historia | history | hitler | holocaust | holokaust | hpmini | humour | iblue747 | ical | iiyama | ikea | imap | inkscape | inne | internet | j10i2 | javascript | jhead | k800i | kajak | kamera | kleinertest | kml | kmobiletools | knuth | kociewie kołem | kod | kolibki | komorowski | konwersja | krutynia | kuchnia | kurski | latex | latex2rtf | latex3 | lcd | legend | lenny | lesund | lewactwo | lgbt-folly | liberation | linksys | linux | lisp | lisrel | litwa | lizbona | logika | ltr | lubowla | lwp | lwów | m2wś | malta | mapquest | mapsource | marchew | marvell | math | mathjax | mazury | mbank | mediolan | mencoder | mevo | mh17 | michalak | michlmayr | microsoft | monitor | mp4box | mplayer | ms | msc | mssql | msw | mswindows | mtkbabel | museum | muzyka | mymaps | mysql | nafisa | nanopi | natbib | navin | nekrolog | neo | neopi | netbook | niemcy | niemieckie zbrodnie | nikon | nmea | nowazelandia | nuc | nxml | oauth | oauth2 | obituary | okular | olympus | ooffice | ooxml | opera | osm | otf | otftotfm | other | overclocking | ozbekiston | panoramio | pdf | pdfpages | pdftex | pdftk | perl | photo | photography | picasa | picasaweb | pim | pine | pis | pit | plotly | pls | plugin | po | podróże | politics | polityka | polsat | portugalia | postęp | powerpoint | połtawa | prelink | problem | propaganda | pstoedit | putin | python | r | radio | random | raspberry pi | raspberrypi | refugees | relaxng | ridley | router | rower | rowery | rpi | rsync | rtf | ruby | rugby | rumunia | russia | rwc | rwc2007 | rwc2011 | rzym | samba | sem | sernik | sheevaplug | sienkiewicz | signature | sks | skype | skytraq | smoleńsk | sqlite | srtm | sshfs | ssl | staszek wawrykiewicz | statistics | stats | statystyka | stix | stretch | suwałki | svg | svn | swanetia | swornegacie | szwajcaria | słowacja | tbilisi | terrorism | tex | texgyre | texlive | thunderbird | tomato | totalnaopozycja | tourism | tramp | trang | transylwania | truetype | ttf | turcja | turkey | turystyka | tusk | tv | tv5monde | twitter | typetools | ubuntu | uchodźcy | udev | ue | ukraina | umap | unix | upc | updmap | ups | utf8 | uzbekistan | varia | video | vienna | virb edit | vostro | wammu | wdc | wdfs | webcam | webdav | wh2080 | wiedeń | wikicommons | wilno | win10 | windows | windows8 | wine | wioślarstwo | word | wordpress | wrt54gl | ws1080 | wtyczka | ww2 | www | wybory | wybory2015 | włochy | węgry | xemex | xetex | xft | xhtml | xine | xml | xmllint | xsd | xslt | xvidtune | youtube | yum | zakopane | zakupy | zdf | zdrowie | łeba | świdnica | żywność
Archiwum
O stronie
wykorzystywany jest blosxom plus następujące wtyczki: tagging, flatarchives, rss10, lastbuilddatexhtmlmime. Niektóre musiałem dopasować nieco do swoich potrzeb. Więcej o blosxom jest tutaj
Subskrypcja
RSS 1.0
Nafisa: instalowanie debiana

Nafisa to arabskie imię żeńskie (i restauracja uzbecka w Elblągu, którą polecam) oraz nazwa mojego nowego serwerka uruchomionego na Raspberry Pi 3.

Do tej pory moje domowe serwery działały (od lat prawie 10) na sheevaPlug i cechowały się wysoką niezawodnością (uptime idący w setki dni; rekord 650 dni). Kiedyś już chciałem je przenieść na RPi, ale ówczesne modele RPi okazały się niedostatecznie reliable. Po nastu dniach następował zwis albo coś w tym stylu, więc dałem sobie spokój. Daję teraz RPi drugą szansę mając nadzieję, że nowe modele są bardziej niezawodne.

Instalacja przebiegła standardowo: ze strony https://www.raspberrypi.org/downloads/raspbian/ pobieram Raspbian Buster with desktop and recommended software. Pobieram też zalecany program balenaEtcher (https://www.raspberrypi.org/documentation/installation/installing-images/README.md) do utworzenia bootowalnej karty SDHC. Klikam, wybieram, zapisuje się. Nawet szybko. Teraz teoretycznie jak się utworzy plik (z dowolną zawartością) o nazwie ssh w partycji boot to można już wkładać kartę do komputerka i startować, ale ja chcę po WiFi więc i tak muszę hasło podać (też można pewnie podać grzebiąc w plikach na karcie ale ja nie wiem jak), więc podłączam RPi do telewizora, łączę z ruterem, zmieniam hasło i włączam SSH (które jest domyślnie zablokowane)

Konfiguruję router i wszystko działa. Teraz standardowo apt update.

Pora na zaistalowanie wszystkiego co używam na starym serwerze, więc sprawdzam co ja tam zainstalowałem:

sudo dpkg-query -l | awk '{print $2}' 

Wybieram z listy te, które wyglądają na doinstalowane:

apt-get install sshfs vim mc
## Digitemp bo planuję podłączyć termometry 18B20  
apt-get install digitemp flickcurl-utils \
     flickrbackup fonts-texgyre fuse gpsbabel gphotofs
apt-get install r-base r-base-core r-base-dev \
     r-base-html r-cran-boot r-cran-class r-cran-cluster \
     r-cran-codetools r-cran-foreign r-cran-kernsmooth r-cran-lattice
     r-cran-mass r-cran-matrix r-cran-mgcv r-cran-nlme r-cran-nnet \
     r-cran-rpart r-cran-spatial r-cran-survival r-doc-html r-recommended
apt-get install imagemagick imagemagick-6-common \
     imagemagick-6.q16
## tweepy używam do zdalnego wysłania twitów 
apt install python3-tweepy python-tweepy
## net::twitter używam do pobierania twitów
apt install libnet-twitter-perl
apt install texlive-base texlive-binaries \
     texlive-extra-utils texlive-font-utils \ 
     texlive-fonts-recommended texlive-generic-extra \
     texlive-generic-recommended texlive-latex-base texlive-latex-extra \
     texlive-latex-recommended texlive-xetex

Potem się okazuje, że jeszcze trzeba doinstalować

apt install apache2
apt install r-cran-gg1plot2 r-cran-reshape2 r-cran-reshape
apt install libgeo-distance-perl libjson-perl libgeo-distance-perl

Sprawdzam czy apache działa (łącząc się z nafisa/). Działa... Kopiuję skrypty ze starego serwera. Modyfikuję. Testuję niektóre i nawet działają...

Plan jest taki żeby teraz mocno potestować RPi i zobaczyć czy działa niezawodnie (BTW testowana z pewnym skryptem w R okazała się prawie 2 razy szybsza.)

url | Wed, 18/09/2019 08:01 | tagi: , , ,
Dwa tygodnie w Rumunii

Langosz (duży racuch)

Euro-skrzynka po rumuńsku

Flaki po rumuńsku

Rower wodny (Sybin)

kirchenburg Cisnadie/Heltau

Cisnadioara

Kolejka do zamku PoD

kirchenburg Prejmer/Tartlau

kirchenburg Prejmer/Tartlau

Pierwszy dzień wycieczki (16.08.2019), w planie którego dotarcie do Cluj via Warszawa samolotem. Wylot planowo 12:00 z GDA, ale już z Warszawy zamiast 14:40 polecieliśmy 16:00. Oba loty Bombardierami Q400 BTW. Lądowanie w Cluj po mniej więcej godzinie. Z lotniska do centrum jest blisko i jedzie się trolejbusem. BTW oprócz trolejbusów są jeszcze tramwaje i autobusy. Po zakwaterowaniu się idziemy na miasto a nawet na kolację.

Następnego dnia w planie zwiedzanie Cluj. Fara pod wezwaniem św. Michała niestety w remoncie. Można z zewnątrz oglądać, ale też niewiele widać bo siatkami pozasłaniana. Ciekawe jest za to muzeum etnograficzne z dużą liczbą eksponatów w tym narzędzi i maszyn używanych na Transylwańskiej wsi. Ci Rumuni to mistrzowie obróbki drewna się okazuje... Muzeum ma też oddział w plenerze, ale o tym Elka nie wiedziała więc tam nie byliśmy.

Następnego dnia (niedziela) jest `transfer day': mikrobusem jedziemy do miejscowości Turda. Że to niedaleko jest jesteśmy na miejscu względnie wcześnie, coś koło 10:00. W Turdzie są trzy atrakcje: kopalnia soli (Salina Turda), wąwóz i muzeum historii. Chcemy jechać do kopalni autobusem, ale że ni cholery nie wiadomo kiedy ten autobus będzie to, decydujemy się zaatakować kopalnię z buta. Ostatecznie to tylko 4km. Bilet kosztuje 40 PLN, w kopalni tłok--kupa luda. Kiedyś kopalnia soli, dziś pieniędzy.

Po zwiedzeniu kopalni jedziemy już autobusem do centrum, a potem piechotą na nową kwaterę. Kwatera jak poprzednia OK, tylko moje wifi w GPD nie działa. Elka coś marudzi o wąwozie, ale jest już 15:00 a podobno samo przejście przez wąwóz to 3h. A jeszcze trzeba dojechać i odjechać. Odmawiam kooperacji i od razu przechodzimy do realizacji ostatniego punktu pobytu w Turdzie, tj. zwiedzania muzeum historii.

Muzeum przedstawia eksponaty odkryte w pobliżu Turdy pochodzące z czasów przed-rzymskich, rzymskich i późniejszych. W skrócie: w czasach Imperium Romanum Rumunia nazywała się Dacja a Turda nazywała się Potaissa. W Potaissie było Castrum, gdzie stacjonował Legio quinta Macedonica (5 legion macedoński). Principia czyli kwatera główna tego obozu miała powierzchnię hektara a Legion liczył 5 tysięcy ludzi. Potęga. W miejscu gdzie było Castrum nie byliśmy ale chyba nic tam nie ma specjalnie ciekawego bo przewodniki nic n/t nie wspominają. Przyznam się, że do tej pory słowo Dacia oznaczało dla mnie wyłącznie nazwę rumuńskiego producenta samochodów. Muzeum tego dnia za darmo. Turda/Potaissa must see place to visit.

Rano 19.08 (poniedziałek) znowu transfer day: jedziemy tak w ogóle do miejscowości Alba Julia, ale z przystankiem w miasteczku Aiud bo tam jest coś godnego obejrzenia: kościół warowny. Jest, nawet imponujący, ale niestety w remoncie (podobnie jak fara w Cluj). Można obejrzeć z zewnątrz. Rozczarowani wsiadamy do następnego autobusu i jedziemy dalej. Zysk z pobytu w Aiud taki, że dojeżdżamy do Alba Julia circa 13:00, wolnym krokiem na kwaterę i będziemy o 14:00 więc nas wpuszczą bez łaski.

Nasze Castrum jest tym razem w bloku, który z zewnątrz jest okropny, a w środku jest jak najbardziej OK (czyli tak jak w PL, tylko klatka schodowa/winda jeszcze bardziej obskurna). Można nawet powiedzieć że trafił nam się apartament z widokiem (na stare miasto). Wifi działa nawet w GPD, zresztą dostawcą jest UPC. Idziemy na miasto znane z dobrze zachowanych rozległych umocnień. Są tutaj nawet dwa muzea: otwarte i zamknięte. Zamknięte (na głucho) dotyczy czasów rzymskich sądząc z tego co widać. No ale jest zamknięte więc sprawa prosta. Otwarte dotyczy twierdzy per se, ale na moje oko to bardziej przyhotelowe entertainment facility za 20 PLN/osoba niż prawdziwe muzeum. Uczciwie wystawili zresztą listę atrakcji do obejrzenia przed kasą i ta lista mocno pachnie lipą (zresztą widział ktoś listę eksponatów przed kasą muzeum?). Nie wchodzimy...

W Turdzie nie było obiadu tutaj idziemy do czegoś w rodzaju baru mlecznego. Ja kupuję zupę jarzynową na żołądkach, a na drugie mamałyga z kawałkiem mięsa do tego szpinak na gęsto, warzywa grilowane, surówka z kapusty i buraki w ocćie (kapusta i buraki na spółkę z Elką). Jako, że jesteśmy tutaj już trzeci dzień to się zorientowaliśmy, że w temacie gastronomii to tutaj kiepsko jest. Generalnie jest drogo i do tego wszystko na jedno kopyto i to takie, które nam nie odpowiada: kawał mięcha z czymś w kilku wariantach. Jakieś placki/pierogi/naleśniki są nieobecne. Ryby za normalną cenę też. Wszechobecne są pizze, no ale ja mogę sobie w Sopocie kupić lepsze i tańsze.

Rano 20.08 (wtorek) znowu transfer day. Jedziemy do Sebes (Sybin, albo Hermannstadt). Ponieważ jest to znacząco dalej, to docieramy dopiero około 13:00 na kwaterę, zostawiamy walizy i idziemy na miasto. Dajemy jeszcze jedną szansę rumuńskiej gastronomii, ale i tym razem ta gastronomia daje dupy. Kupujemy dwie zupy (flaki, nawet nas kelnerka ostrzega czy na pewno chcemy), pizzę i warzywa. Co tu jest niby regionalnego?

Następny dzień też w Sebes: muzeum Bruckethala (25 PLN/osoba). Potem Elka chce zwiedzać muzeum farmacji (10 PLN/osoba). Uparła się, bo w Sybinie działał Samuel Hahnemann, który wymyślił homeopatię (urodził się też tutaj Hermann Oberth (ale póki co nie ma muzeum Obertha i/lub rakiet). Generalnie muzea, które odwiedziliśmy dotąd były OK, widzieliśmy ciekawe/oryginalne, dobrze pokazane i opisane (w języku angielskim) eksponaty (well czasami trochę niedobrze -- głównie z oświetleniem bywają problemy). Ale let's make history: na muzeum farmacji szkoda czasu i pieniędzy. Gdyby zachować proporcje, to przy cenie 25 PLN za Bruckethala, to do tego muzeum farmacji można wejść za 2 PLN (jak pada). W centrum wszystko zwiedzone jedziemy do Astra park gdzie jest skansen wsi rumuńskiej. Łazimy tam do 17:00. Skansen godny polecenia. Oni tu wszystko mieli kiedyś napędzane kołem wodnym!

Trzeci i ostatni dzień w Sebes. Jedziemy do miasteczka Cisnadie gdzie jest kolejny warowny kościół i wsi Cisnadioara obok gdzie jest jeszcze jeden. Do Cisnadie (Heltau) docieramy o 12:30. Kościół (w oryginale Kirchenburg) w remoncie (podobnie jak fara w Cluj i kościół warowny w Aiud). Jakiś facet otwiera śmiało furtę, to my za nim. Pracownik z firmy remontującej, ale po cywilu a nie w kombinezonie/kasku co by nas pewnie odstraszyło żeby wejść. Dzięki temu przypadkowi zwiedzamy przynajmniej teren kościoła, bo ekipa remontująca chyba nas toleruje (coś tam do nas mówią, Elka twierdzi że nas ostrzegają, ale nie wyganiają) Muzeum przykościelne nt niemieckiej historii Cisnadie jest zamknięte. Muzeum komunizmu (też przy kościele) za to otwarte i nawet można by wynieść ten szmelc co tam wyłożyli w gablotach (plakaty, ulotki, legitymacje, portrety Caucescu), bo nikt tego nie pilnuje ale po co?

Idziemy piechotą do Cisnadioara. Tym razem o dziwo kościół jest otwarty. Żeby wejść trzeba zapłacić 8PLN i wejść na całkiem pokaźną górę. Wieś kiedyś zamieszkiwali Niemcy i nazywała się Michelberg. W kościele nic nie ma oprócz kilkudziesięciu płyt z nazwiskami poległych żołnierzy z pierwszej wojny. Wiele polskich nazwisk... Potem na kwaterze doczytuję co tu się działo w 1916 roku (https://en.wikipedia.org/wiki/Battle_of_Transylvania). Wracamy z góry akurat jak niemieccy turyści odkrywają, że jedyna restauracja we wsi jest closed (bo urlop). Niemcy mocno rozczarowani, bo oprócz restauracji jest tylko fastfoodowa buda gdzie sprzedają frytki i kiełbasę z musztardą. Piwa już nie sprzedają, ale można sobie w sklepie obok budy kupić. Kupujemy po butelce a w plecaku mamy po serniku z Sebes. Cały dzień na suchym prowiancie, ale jest tak gorąco, że nawet specjalnie nie chce się jeść....

Generalnie normalne kościoły w tej Rumunii to zamknięte na trzy spusty są. No jak zabytek to ewentualnie można wejść i przez kratę popatrzeć. Nieliczne są otwarte. W Cluj byliśmy nawet świadkami ślubu (prawosławnego zresztą)

Rano 23.08 (piątek) znowu transfer day (4TD). Tym razem do Brasov. Mikrobusem z Sebes o 9:30 wyruszamy i jesteśmy na miejscu po 3 godzinach. Z dworca autobusowego na kwaterę blisko. Tym razem Elka kupiła pokój, ale ponieważ kwatera to nam jest potrzebna do spania tylko, to nie ma to wielkiego znaczenia. Idziemy na miasto i zwiedzamy czarny kościół. Wejście płatne (tutaj to częste a opłaty bynajmniej nie symboliczne). Imponujący. Pięć organów w szczególności. Pół kościoła zajmują zwykłe ławy dla zwykłych ludzi, a pół to są bogato zdobione byśmy powiedzieli loże sponsorskie, (które BTW nie wypaliły u Adamowicza na jego Budyniodromie w GDA). Domyślam się, że sponsorami były/byli różnego rodzaju 'władze'/bogaci mieszczanie (rada miasta/cechy). Wszędzie dywany anatolijskie powieszone ku chwale Bożej. Do tego w sumie pierwszy raz jestem w protestanckim kościele. Szkoda tylko, że w Rumunii nie można zdjęć robić w wielu muzeach (tutaj też).

Następny dzień zwiedzamy zamki w Rasnov i Bran. Charakterystyczne dla Transylwanii są specyficzne fortyfikacje miejskie, które mieliśmy już okazję oglądać w Aiud, Cisnadie, i w Cisnadioara a jeszcze planujemy coś takiego oglądać w Prejmer i w Saschiz. Te fortyfikacje to coś w rodzaju otaczania miast murami w Europie średniowiecznej, tyle że tutaj nie otaczali całych miast a budowali rodzaj cytadeli, w której wszyscy się chronili na wypadek niebezpieczeństwa (albo ta cytadela był lokowane za miastem na górze -- wtedy się nazywa zamek chłopski). Często taka cytadela była budowana naokoło kościoła stąd warowny kościół, ale ta konkretna forteca w Rasnov nie jest obwarowanym kościołem tylko regularnym zamkiem na górze za miastem (tak jak kościół w Cisnadioara). No może nie do końca regularnym, raczej to miasto w miniaturze--infrastruktura niezbędna do przetrwania nawet długotrwałego oblężenia. Podobne miniaturowe miasto-twierdzę zobaczymy jutro w Prejmer (ale w Prejmer jest to forteca w środku miasteczka zbudowana wokół kościoła)...

Po obejrzeniu Rasnov jedziemy do Bran. Mały malowniczy zamek na skale znany powszechnie jako zamek Draculi (aka Prince of Darkness czyli PoD). Wejście za opłatą 40 PLN. Rumuni z kwatery nam mówili, że nie warto płacić i wchodzić, bo tam nic nie ma no ale skoro już to jesteśmy to głupio nie wejść. Ludzi dziki tłum (bilet 40 PLN przypominam). Na początek 40 minut czekania w kolejce żeby w ogóle wejść do zamku. Zwiedzanie także w tłumie, nie ma czasu się zatrzymać bo za plecami kupa luda napiera, a że wszędzie ciasno jak na łodzi podwodnej to niespecjalnie jest gdzie nawet ustąpić miejsca i przepuścić. Normalnie zamek dla krasnali, ja to przykładowo w żadne drzwi bym nie wszedł niepochylony mimo, że część pomieszczeń podwyższono na potrzeby króla Ferdynanda, który tu później urzędował. Potwierdza się opinia naszych gospodarzy, że lipa niewarta czasu i pieniędzy. No ale ze względów prestiżowo-wizerunkowych nie było wyjścia....

Wracamy do Brasov o 17:40. Autobus nabity ludźmi po sam dach. Ciekawe co by było gdyby nam się zachciało lekkomyślnie wracać ostatnim (o 19-cośtam)?

Niedziela 25.08 ostatni dzień w Brasov jedziemy rano do Prejmer oglądać kościół warowny. Podobnie jak w Cisnadie jest to cytadela w środku miasta zbudowana wokół kościoła. Ale dużo większa. Prawdziwy Kirchenburg nie żadne popierdółki. W Cisnadie to był kościół otoczony murami, a tutaj to jest mini-miasto zdolne do przetrwania długiego oblężenia (tak mi się wydaje przynajmniej). Detalicznie wszystko oglądamy, bo prawie wszędzie można wejść. Potem jemy po langoszu z serem z foodtrucka przed fortecą i wracamy na kwaterę. Dopiero 15:00, a nam się skończył program pobytu. Postanawiamy pójść teraz na kwaterę, odpocząć trochę a potem obejrzeć Brasov by night.

Wychodzimy o 18:00 na miasto i przypadkowo odkrywamy fragmenty interesujących umocnień. Konkretnie w lesie widzę coś co na mapie nazywa się Turnul Alb (Biała Wieża) i jest doskonałym punktem widokowym, z którego można zrobić fajne panoramy Starego Miasta i Czarnego Kościoła. Jest też niedaleko Turnul Negro (też biały zresztą). Wracamy o 21:00.

Rano 26.08 transfer day #5. Pobudka 5:00 (czyli 4:00 CET), bo o 5:40 rano idziemy na dworzec kolejowy i odjeżdżamy do Sighisoara (pociąg 6:10), reklamowanej jako ostatnie zamieszkałe średniowieczne miasto. Zostawiamy plecaki na kwaterze i idziemy sprawdzić czy to prawda. Całe to średniowieczne miasto to oczywiście przysłowiowe dwie ulice na krzyż, na których 3/4 domów to pensjonaty, restauracje hotele i sklepy. Pół góry zajmuje poza tym cmentarz. Faktycznie malownicze miejsce, ale 2 godziny wystarczą na zwiedzenie wszystkiego. Że nie mamy koncepcji co dalej idziemy na piwo, potem zamawiamy dwie ciorby w chlebie na rynku i wracamy o 14:00 na kwaterę. Następnego dnia jedziemy oglądać kościół obronny w Saschiz.

W porównaniu do kościołów z Aiud i Cisnadie, a zwłaszcza z Prejmeru najmniej imponująca forteca, ale ciekawy kościół. Na wzgórzu za miastem jest jeszcze 'zamek chłopski'. Czekamy chwilę na panią w kościele bo gdzieś poszła żeby się zapytać jak dojść do zamku (kasę zostawiła otwartą, bilety i pieniądze na wierzchu leżą. -- widać tu nie kradną...) Wracamy z zamku i mamy szczęście, bo akurat jedzie mikrobus do Sighisoary. Po południu idziemy szlakiem czerwonym do Rezerwatu Dębów. Bez szału ale interesująca wycieczka. To ostatni punkt programu wycieczki po Transylwanii.

Rano 28.08 transfer day #6. Pobudka 4:00 (czyli 3:00 CET) żeby na spokojnie wyjść 4:40 na stację. Pociąg odjeżdża 5:30. Około 10 jesteśmy z powrotem w Cluj. Że mamy dużo czasu wymyśliłem że pójdziemy zwiedzać skansen, którego nie zdążyliśmy obejrzeć jak tu byliśmy 2 tygodnie temu (prawie). Strzał w dziesiątkę. Niby podobny do tego skansenu w Sebes ale jednak inny. W szczególności trzy interesujące/oryginalne drewniane kościoły, które można obejrzeć od środka.

Wnioski ogólne: wszyscy tu mówią dobrze po angielsku. Naprawdę. Konduktor, sprzedawca w sklepie, kierowca w autobusie. Z każdym idzie się dogadać. Jest czysto na ulicach, nie ma żebraków i bieda-handlu. Wycieczka bez samochodu to był średni pomysł raczej, bo Rumunia to nie Gruzja gdzie można wszędzie jechać taksówkami albo marszrutkami za rozsądne pieniądze. WiFi w GPD często nie działa, trzeba będzie jakąś extra kartę zabierać.

Zdjęcia z wyjazdu są/będą tutaj, ślad jest zaś tutaj. W promocji link do ciekawego bloga pn.  Hanys w podróżach.

url | Wed, 11/09/2019 03:28 | tagi: , ,
Bodrum/Adana 2019

Ostatni odcinek moich wiosennych wojaży. Byłem w Uzbekistanie, potem w Turcji, Gruzji i na koniec w Połtawie (Ukraina). Wszystko już opisałem za wyjątkiem Turcji...

Przylot do Bodrum z opóźnieniem o 1 w nocy. Cały samolot jest upychany do autobusów, które zawiozą nas do różnych hoteli. Nasz hotel jest najdalej od lotniska więc zanim dojechaliśmy i zanim nas odprawili w recepcji jest już 3 rano. Można iść spać, ale my idziemy na śniadanie o 4 rano. Tak w ogóle mamy tu wykupiony pobyt pn all-inclusive-ultra czyli 6 posiłków na dobę w cenie, w tym jedzenie o północy i o czwartej nad ranem (poza tym śniadanie, późne śniadanie, obiad, kolacja). Są jeszcze opcje płatne, ale te w większości jeszcze niedziałające (przed sezonem jest?) Pierwszy raz biorę udział w czymś takim (człowiek uczy się całe życie)

Pobyt zaczyna się od spotkania z rezydentką z biura, które nas tutaj ściągnęło że tak powiem. Sympatyczna pani przedstawia wykaz atrakcji, w tym wycieczek po okolicy, z których możemy (za opłatą) skorzystać, z czego nas interesuje wyspa Kos i Pamukkale. Na Kos jest stąd o rzut beretem i pojedziemy jutro za 27 EUR. Z Pamukkale jest natomiast problem. Po pierwsze daleko, po drugie zorganizowane wycieczki tam są tylko w poniedziałki, My w poniedziałek jedziemy do Adany.

Po spotkaniu idę na śniadanie. Ale śniadania już nima. Spóźniłem się. Sześć posiłków w podanych terminach, ale pomiędzy kuchnia nie działa. He trudno...Na szczęście wszędzie są stoły z ciastkami więc zamiast śniadania jem te ciastka. Potem idę do Bodrum. Jest niby autobus, ale wolę się przejść. W Bodrum idę na dworzec autobusowy i się pytam o to Pamukkale. Jest normalny rejsowy autobus o 9:00 za 43 PLN w jedną stronę. Pięć godzin i się jest na miejscu (prawie). Mówię do kasjera, że słabo to widzę, a on że wcale nie, że na miejscu się jest około 14:00 a ostatni autobus powrotny jest o 19:00 więc spokojnie się wszystko obejrzy. No niby tak, tyle że 10h w autobusie brzmi przerażająco...

Oglądam Bodrum, wracam też piechotą (18.0 km razem wyszło wte-i-we-wte). Spotykam po drodze rezydentów z polskich biur podróży, których widziałem rano w hotelu. Mówią, że śmiało można jechać. Autobus będzie wygodny.

Spóźniam się na obiad też, więc zamiast obiadu znowu ciastka, bo wszędzie są stoły z ciastkami. Potem się okazuje, że to jakaś turecka konferencja była i to były ich ciastka a nie hotelowe (nigdy więcej nie było ciastek wystawionych non-stop). Jedzenie co do zasady tylko w godzinach wydawania posiłków. Pomiędzy posiłkami tylko napoje (w tym wyskokowe).

W sobotę (27.04) jedziemy na Kos wodolotem. Wysiadamy z wodolotu i pierwsze co robię to pożyczam za 5EUR rower. Objeżdżam Kos do połowy (65 km mi wyszło), wracam około 16:00. Nigdzie śladu słynnych uchodźców, nawet smrodu po ich nie ma...

W niedzielę (28.04) z kol. Karolem rano jedziemy na autobus do Pamukkale. Nie mamy kupionego biletu to się umawiamy na 7:00 na śniadaniu z zamiarem dojechania pierwszym autobusem o 7:30 do Bodrum. Kupujemy bilety bez problemu, jedzie z nami dosłownie kilka osób. Po drodze trzy razy dostajemy batony/herbatę i wodę. Autobus jest klimatyzowany. Standard lepszy niż w Wizzair. Dojeżdżamy do Denizli. Potem mikrobusem do Pamukkale (blisko 15km). Wszystko idzie jak po maśle: wchodzimy na górę, oglądamy wszystko co trzeba. Idziemy na obiad. Wracamy do Denizli, potem autobusem o 19:00 do Bodrum. Tym razem jest komplet i bardzo ciasno, ale na szczęście w Yatagan połowa wysiada. Robi się luźniej i nawet zasypiam. Kurcze od 6:00 na nogach...

Ktoś mnie budzi. Policja. Kontrola dokumentów na rogatkach Bodrum, do którego dojeżdżamy zgodnie z planem przed północą. Chcemy jechać taksówką do hotelu, ale się okazuje, że jest autobus. Po 24:00 jesteśmy z powrotem, cała wycieczka trwała 17h z czego jakieś 12h w autobusach. Żebym się nie dopytał to byśmy nawet nie wiedzieli, że można pojechać do Pamukkale nie tylko w poniedziałek i za pół ceny (ale się nie dziwię przewodnikom/rezydentom, ostatecznie oni są od sprzedawania a nie od darmowej akwizycji na rzecz konkurencji.)

Następnego dnia (29.04) jedziemy po śniadaniu na lotnisko i jeszcze przed południem jesteśmy w Adanie. Oficjalna część pobytu: Adana University. Wiozą nas autobusem do hotelu, potem zwiedzanie miasta i na koniec kolacja (kebap). Kolejny dzień zwiedzanie Uniwersytetu. Nowoczesna szkoła, robi dobre wrażenie. Tylko studentów dziwnie mało. Mówią, że 2 tys. U nas w PL by wlazło 20 tys...

Po zwiedzaniu Uniwersytetu obiad (znowu kebap). Współtowarzysze wyjazdu sobie życzą pojechać na zakupy do sklepów, więc jedziemy na przedmieścia. Wielkie galerie jak w PL... Eeee nic tu po mnie myślę, wrócę piechotą do hotelu. No i wracam. Galerie światowe, potem nowoczesne osiedla (często jeszcze niezasiedlone) no a potem slamsy aż do centrum. Kilometry slamsów...

Powrót do Bodrum. Idę znowu na miasto. Kupuję parę suwenirów i wracam. Przebojem jest torba z Kamlem Ataturkiem. Turcy są zachwyceni, że coś takiego noszę...

Rano na lotnisko (02.05). Trochę jakby wcześniej niż trzeba, ale szybko się okazuje dlaczego: autobus jeździ w odwrotnej kolejności po hotelach, a że my najdalej od lotniska to zaczął od nas. Wylot do tego się dramatycznie opóźnił. Nawet nam rozdali jedzenie na koszt firmy. Przed północą w GDA (zamiast 19). Potem pół godziny czekania na walizę (bagażowi sobie poszli?) Wreszcie jestem w domu. O północy, ale warto było....

Spisane 16.8.2019 w samolocie do Cluj. Ciekawy wyjazd, ale jakoś nie mogłem się zebrać i go podsumować. Pierwszy raz w Turcji byłem zresztą.

Zdjęcia z wyjazdu są tutaj; ślad (ze zdjęciami) jest zaś tutaj (albo do pobrania (bez zdjęć) w formacie GPX.)

url | Thu, 05/09/2019 19:49 | tagi: , ,
Powrót z Cluj-Napoki

W zeszłą środę (28/08) wróciliśmy z Elką z wycieczki po Transylwanii. Bombardierem Q400 z Cluj-Napoki do Warszawy. Potem tym samym z Warszawy do Gdańska. Pierwszy raz leciałem Bombardierem BTW.

Z Cluj do W-wy obyło się bez większych przygód. W Warszawie komunikat że będzie opóźnienie. Najpierw że 10 minut, ostatecznie wyszło 40. Do tego jak już byliśmy w autobusie czekając na odjazd wkroczył pan z LOTu i odczytał 5 nazwisk (w tym dwa ewidentnie rosyjsko brzmiące). Nikt nie zareagował... Zamknęli drzwi i pojechaliśmy do samolotu. Wśród pasażerów extra załoga w pełnym rynsztunku, do tego kapitanem tej załogi Murzyn. Ciekawostka...

Wreszcie start o 20.25 (zamiast 19:40). Do Warszawy lot jest krótki, więc ledwo dali Grześka już zapowiadają lądowanie. Z nudów włączyłem GPSa w smartfonie, żeby sprawdzić czy będzie działał w Bombardierze (w Airbusach mi nie działa). Działa, więc widzę gdzie lecimy, na jakiej wysokości i z jaką prędkością. Mijamy Tczew. Tak nad Pruszczem zachrobotało: Cabin crew 4 minutes, ale zaraz potem wciągnął podwozie i minął GDN Rębiechowo na 900mnpm. Poleciał na Kartuzy.

No fear, skręci w lewo, okrąży Żukowo i spróbuje jeszcze raz (tak sobie myślę). Ale ten nie skręcił w lewo tylko w prawo, na Wejherowo i nabiera wysokości. 1600 mnpm. Do Szwecji kurna lecimy, bo molo w Sopocie widać i statki... Tylko po co?

Eeee rozmyślił się, wraca do PL, nawet podwozie znowu wysunął mimo, że do lotniska to jeszcze ładny kawałek (póki co nie w tą stronę leci w ogóle.) Nad stałym lądem jesteśmy z powrotem na wysokości Portu Północnego. Stąd już blisko i lecimy coraz niżej, ale ciągle całkiem wysoko (900m)

Cabin crew 4 minutes

No to już było 13 minut temu... Lecimy nad centrum Gdańska prosto na GDN w Rębiechowie. Wysokość taka jakby OK też, może tym razem się uda:-) No i się udało, tyle że captain taki mało wylewny był. Życzył udanego pobytu i goodbye...

W sumie nic się nie stało oczywiście. Coś chyba z podwoziem było nie ten teges, ale to moje przypuszczenie. Jak się wpisze Bombardier+podwozie do Google to jest tego trochę (nawet filmy:-))...

url | Thu, 05/09/2019 17:42 | tagi: , ,
Mevo na umbrielu








Umbriel to mój serwer. W pliku crontab są następujące nastawy:

## co 120s
*/2 * * * * /home/tomek/bin/mevo_get.sh
## Codziennie 2:33 po północy
33  2 * * * /home/tomek/bin/mevo_process_yesterday.sh
## Raz w miesiącu 2:43 (musi być po mevo_process_yesterday.sh)
43  3 1 * * /home/tomek/bin/mevo_process_lastmonth.sh

Uruchamiany co 2 minuty mevo_get.sh pobiera (mevo_get_store.pl) ze strony plik locations.js, wyciąga z niego najważniesze dane, które dopisuje do pliku YYYYMMDD_log.csv

Uruchamiany raz dziennie mevo_process_yesterday.sh agreguje (robi to skrypt mevo_yesterday_f.pl) dane z pliku YYYYMMDD_log.csv, które zapisuje do pliku MEVO_DAILY_BIKES.csv.

Zawartość MEVO_DAILY_BIKES.csv jest następująca:

day;bikes;zb;dist.total;ga;gd;sop;tczew;rumia;s10111;s10111d;s10112;s10112d;zstat;sstat;\
gd0p;ga0p;sop0p;tczew0p;rumia0p;gd1p;ga1p;sop1p;tczew1p;rumia1p;slope3;\
slope5;stage2;stage4;stage6;stage8;stage10;stage12;stage14;stage16;stage18;stage20;stage99

gdzie:

bikes -- łączna liczba rowerów dostępnych/wykazanych w ciągu dnia w plikach locations.js;

zb -- łączna liczba rowerów wykazanych, które nie były używane (zero-bikes);

dist.total -- dystans łącznie (liczony po prostej);

ga/gd/sop/tczew/rumia -- dystans łącznie (liczony po prostej dla miast; jeżeli rower przejechał z miasta do miasta to każde miasto dostaje połowę);

s10111/s10112 --przeciętna liczba rowerów na stacjach s10111/s10112 liczona jako $\sum_{i=1}^N r_i / N$ (N -- liczba pobrań pliku locations.js, jeżeli pobrano wszystkie to $24 \times 30 = 720$);

s10111d/s10112d -- przeciętna liczba rowerów na stacjach s10111/s10112 w godzinach 5--23;

zstat -- przeciętny odsetek stacji bez rowerów (zero-stations), liczony jako $\sum_{i=1}^N s_i / (S \times N)$ (N -- liczba pobrań pliku locations.js, $S$ -- liczba stacji w systemie);

sstat -- przeciętny odsetek stacji z maksimum jednym rowerem (single-stations), liczony jako $\sum_{i=1}^N s_i / (S \times N)$;

gd0p/ga0p/sop0p/tczew0p/rumia0p -- przeciętny odsetek stacji bez rowerów (zero-stations) dla miast (gd/ga/sop/tczew/rumia). Liczony jak zstat tylko $S$ -- liczba stacji w danym mieście oczywiście;

gd1p/ga1p/sop1p/tczew1p/rumia1p -- przeciętny odsetek stacji z maksimum jednym rowerem (single-stations) dla miast (gd/ga/sop/tczew/rumia). Liczony jak sstat tylko $S$ to liczba stacji w danym mieście oczywiście a nie ogółem;

slope3/slope5 -- łączny dystans przejechanych odcinków o nachyleniu przeciętnym 3%/5%;

stage2/stage4 itd -- łączny dystans przejechanych odcinków o dlugości 0--2km, 2--4km itd...

Następnie uruchamia skrypt mevo_daily_report.pl, który z pliku MEVO_DAILY_BIKES.csv wyciąga ostatni i przedostatni dzień; kompiluje raport dzienny tj. oblicza podstawowe statystyki, tworzy raport tekstowy (ograniczony do 280 znaków bo Twitter więcej nie potrafi) tworzy bardziej obszerny raport w formacie TeXa, konwertowany później do obrazka (za pomocą XeTeXa/converta) Publikuje na twitterze (twitter_post.py) obrazek i ww raport tekstowy.

Następnie uruchamia skrypt mevo_yesterday_hr_f.pl, który agreguje dane z pliku YYYYMMDD_log.csv w ujęciu godzinowym. Zapisuje wynik do pliku MEVO_STAT_BIKES_HRS_YYYYMM.csv (plik przechowuje zagregowane dane godzinowe dla miesiąca). Ten skrypt niczego nie publikuje na twitterze

Plik MEVO_STAT_BIKES_HRS_YYYYMM.csv ma następującą zawartość:

day;hr;bikes;nzstations;bikesGD;bikesGA;bikesSP;nzsGD;nzsGA;nzsSP

day/hr -- dzień i godzina;

bikes -- przeciętna liczba rowerów na wszystkich stacjach (definiowana jako suma rowerów/suma pomiarów);

nzstations -- przeciętna liczba stacji z minimum jednym rowerem (non-zero stations);

bikesGD/bikesGA/bikesSP -- przeciętna liczba rowerów na stacjach w mieście

nzsGD/nzsGA/nzsSP -- przeciętna liczba stacji z minimum jednym rowerem w mieście

Wykonywany raz w miesiąc mevo_process_lastmonth.sh uruchamia mevo_monthly_report.pl, który agreguje w skali miesiąca dane z pliku MEVO_DAILY_BIKES.csv; kompiluje raport miesięczny tj. oblicza podstawowe statystyki, tworzy raport tekstowy i obrazek (w sposób analogiczny jak raport dzienny) publikuje na Twitterze (twitter_post.py) obrazek i raport tekstowy.

Następnie uruchamia skrypt mevo_stat_bikes_hrs.pl, który konwertuje/łączy MEVO_DAILY_BIKES.csvMEVO_STAT_BIKES_HRS_YYYYMM.csv do pliku MEVO_HRS.csv. Na podstawie danych z pliku MEVO_HRS.csv tworzone są wykresy, do czego wykorzystywany jest R.

Plik MEVO_HRS.csv ma następującą zawartość:

dow;dowNN;hr;bikes;bikesGd;bikesGa;bikesSp;stats;statsGd;statsGa;statsSp;\
pbikes;pbikesGd;pbikesGa;pbikesSp;pstats;pstatsGd;pstatsGa;pstatsSp

gdzie:

dow -- dzień tygodnia (0 -- powszedni; 1 -- święta, soboty i niedziele)

dowNN -- liczba dni powszednich i niepowszednich (w miesiącu)

hr -- godzina

bikes/bikesGd/bikesGa/bikesSp -- przeciętna liczba rowerów na wszystkich stacjach i na stacjach w mieście;

stats/statsGd/statsGa/statsS -- przeciętna liczba stacji z minimum jednym rowerem ogółem i w mieście;

pbikes/pbikesGd/pbikesGa/pbikesSp -- przeciętna % rowerów na stacjach ogółem i w mieście (% średniej dobowej);

pstats/pstatsGd/pstatsGa/pstatsSp -- przeciętny % stacji z minimum jednym rowerem ogółem i w mieście (% średniej dobowej);

Konkretnie zaś uruchamiany jest R ze skryptem mevo_hrly.R, który generuje wykresy do pliku Mevo_hrly_YYYYMM.pdf. Następnie Mevo_hrly_YYYYMM.pdf jest konwertowane (convert) do formatu JPG (Mevo_hrly_YYYYMM-0.jpg, Mevo_hrly_YYYYMM-1.jpgMevo_hrly_YYYYMM-2.jpg).

Publikuje na twitterze (twitter_post.py) Mevo_hrly_YYYYMM-*.jpg

Uruchamia R ze skryptem mevo_daily_bikes.R. Uruchamia R ze skryptem mevo_daily_zstats.R. Skrypty generują wykresy do plików mevo_daily_bikes.pdfmevo_daily_zstats.pdf. Pliku mevo_daily_bikes.pdf/mevo_daily_zstats.pdf są zamieniane na format JPG. Publikuje na twitterze (twitter_post.py) mevo_daily_bikes.jpg/mevo_daily_zstats.jpg.

Reasumując tworzone/wykorzystywane są następujące pliki danych: YYYYMMDD_log.csv (dzienny log dopisywany co 2min); MEVO_DAILY_BIKES.csv (dzienny log aktualizowany co 24h (o 2:33)); MEVO_STAT_BIKES_HRS_YYYYMM.csv (dzienny log godzinowy aktualizowany co 24h (o 2:33)) MEVO_HRS.csv (plik tymczasowy z MEVO_DAILY_BIKES.csv/MEVO_STAT_BIKES_HRS_YYYYMM.csv (raz w m-cu))

Przy okazji się okazało że XeTeX na Debiana 4.9.51-1 (chyba Stretch) w wersji Armel jest epicko spieprzony. Konkretnie nie może znaleźć fontów systemowych, bo szuka jakiś dziwnych obciętych nazw. Przykładowo Iwona-Reg.otf nie znajduje, bo szuka Iwona-Reg.. Dziwaczny błąd. Zrobiłem link ln -s Iwona-Reg. Iwona-Reg.otf i działa bo mi się nie chciało tracić czasu na poprawienie tego lepiej.

Anyway za 4 ostatnie miesiące zbiorcza statystyka wygląda następująco (dystanse w tys km za wyjątkiem Dist/r -- miesięczny średni przebieg roweru w km):

YYMM Days   Dist %Change Dist/r   GD %Change    GA %Change   SOP %Change
------------------------------------------------------------------------
201905 31  569.8  241.1  531.5  359.5  235.6  126.6  267.3   42.9  244.3
201906 30  856.9  150.4  677.4  501.4  139.5  220.5  174.2   76.2  177.7
201907 31  751.4   87.7  570.9  438.8   87.5  187.9   85.2   69.0   90.5
201908 31  781.0  103.9  592.3  466.5  106.3  180.3   96.0   73.3  106.3
------------------------------------------------------------------------

Czyli najlepiej było w Czerwcu, bo jeżdżą wcale nie przyjezdni tylko miejscowi do roboty. Potwierdza to też zmienność tygodniowa (mniej się jeździ w soboty i niedziele). Połowa odcinków ma mniej niż 4km (liczone w linii prostej przypominam). Długość odcinków o nachyleniu 3% jest śladowa (a 5% to już ślad w śladzie). Resztę na wykresach widać...

url | Wed, 04/09/2019 19:05 | tagi: , ,
Dulkiewicz upomina Kuchcińskiego

Lotna inaczej p. Dulkiewicz, znana z tego, że usiłuje zaistnieć (bo o jakiś namacalnych że tak powiem osiągnięciach trudno na razie mówić, chociażby z tego powodu, że ostatecznie dopiero mija pół roku jak się świat dowiedział, że ktoś taki wybitny w ogóle istnieje) poucza marszałka Kuchcińskiego, że zamiast samolotem to powinien rowerem jak ona...

Chciała błysnąć a wyszło jak zwykle dotąd średnio (mówiąc oględnie), bo niby zamiast trwonić grosz publiczny latając ona jeździ rowerem więc wstydź się rozrzutny marszałku z PiSa. No ale kurcze nie swoim rowerem, tylko kupionym za publiczne, do tego cały projekt to modelowy przykład klapy (za cudze pieniądze). Więc zamiast siedzieć cicho (jak Szczurek czy inny Karnowski) przypomniała jaką to klapą/kompromitacją jest słynne MEVO.

Miało być 4000 rowerów jest 1500... O reszcie należy zapomnieć, bo bądźmy szczerzy: w czym leży nie-do-rozwiązania-od-miesięcy problem pt kupić i udostępnić te marne 2500 brakujących bajków, jak nie w braku kasy w NextBike czy jak oni się tam nazywają? Operatorowi oczywiście naliczają za niewywiązanie się z umowy kary, ale skoro on nie ma na rowery, to i na kary nie będzie miał (więc pewnie w stosownym czasie się wszystko się anuluje albo się ogłosi upadłość operatora i będzie po sprawie, i po pieniądzach wpompowanych w Misia pn. MEVO też)...

url | Mon, 12/08/2019 17:34 | tagi: , , , ,
Mevo: koncentracja rowerów na stacjach

29 czerwca był upał i pierwszy raz w życiu zobaczyłem stację MEVO literalnie zawaloną rowerami. Była 13:00. Po dojechaniu do domu sprawdziłem, że rowerów było tam aż 24. To mnie zainspirowało do sprawdzenia jak wygląda koncentracja rowerów na stacjach. Na szybko zmajstrowałem skrypt wypisujący ile jest rowerów na stacjach (rowery), udział w całości zaparkowanych w danym momencie (udzial) oraz udział w całości zaparkowanych w danym momencie w tym konkretnym mieście (ludzial): Dla 29 czerwca 2019, godz 13:00 okazało się że:

stacja;wspolrzedne;miasto;rowery;udzial;ludzial
S11358;18.57196808,54.40258423;Gdańsk;55;6.782;16.566
S11069;18.59038998,54.42794681;Gdańsk;24;2.959;7.229
S10100;18.57092997,54.44534256;Sopot;24;2.959;35.294
S11357;18.63640600,54.38637008;Gdańsk;18;2.219;5.422
S12007;18.53351997,54.49663118;Gdynia;16;1.973;7.843
S11186;18.57639103,54.39859534;Gdańsk;15;1.850;4.518
S10121;18.56255831,54.45392821;Sopot;13;1.603;19.118
S12126;18.47267507,54.54728035;Gdynia;13;1.603;6.373
S12053;18.54832346,54.51633152;Gdynia;13;1.603;6.373
S12054;18.54687652,54.51960321;Gdynia;12;1.480;5.882
S12033;18.56357898,54.48005340;Gdynia;10;1.233;4.902

Czyli na stacji 11358 było 55 rowerów co stanowiło 6,782% wszystkich zaparkowanych w systemie MEVO albo 16,566% zaparkowanych w Gdańsku. Dla Sopotu było nawet jeszcze lepiej bo na stacjach 10100/10121 było 24+13 (37 rowerów) ale było to 35,294 + 19.118, tj. prawie 55% wszystkich zaparkowanych w Sopocie (o godzinie 13:00). Dokładnie było 68 rowerów w 28 miejscach wtedy (27 stacji i jeden luźny bajk). Na 11 stacjach nie było nic a na 10 jeden rower.

Jest taka prosta miara koncentracji, co się nazywa w języku HH-Index, albo po polsku Wskaźnik Herfindahla-Hirschmana. Jest on nawet stosowany w USA do mierzenia koncentracji na rynku. Formuła jest banalnie prosta: dla $N$ wartości $x_i$ ($i=1...N$) sumujących się do 100 (czyli udziałów w całości), HHI liczy się jako: $\sum_{i=1}^N x_i^2$. Łatwo sprawdzić że HHI < 10000. Interpretacja jest taka, że HHI < 1000 wskazuje na słabą koncentrację, 1000 < HHI < 1800 umiarkowaną, a wartości większe od 1800 na dużą. BTW HHI da Sopotu o 13:00 (29/7/2019) wynosiło około 1850...

No to ja policzyłem HHI dla MEVO. Udziały były chwilowe, tj. $x_i = r_i/r_t$, dzie $r_t$ łączna liczba zaparkowanych rowerów na wszystkich stacjach w mieście $M$ (w danym momencie); no a $x_i$ to oczywiście liczba rowerów na stacji $i$. Potem uśredniłem, tj. wszystkie $HHI_i$ z godziny $h$ zsumowałem i podzieliłem przez liczbę pomiarów w tej godzinie (zwykle przez 30, bo pomiar jest co 2 minuty). Policzyłem oddzielnie dla GD/GA/Sopot/Tczew dla dni pracujących oraz dla świąt, sobót i niedziel osobno...

Wyniki dla maj--lipiec na wykresie (obok). Ciekawostkowo koncentracja w GD jest zaskakująco inna niż w GA. Teoretycznie im więcej stacji tym wartość HHI powinna być mniejsza, a tak nie jest: w GD wartość HHI wynosi w szczycie około 500, a w GA tylko 300. Szczyt wypada tak 9--11 zresztą. Można sobie wyobrazić, że użytkownicy jadą do pracy i zostawiając rowery przez biurami ogołacają stacje poza centrum a zapełniają te w rodzaju stacji o numerze 11358 (Gdańsk/Oliva Business Centre). W niedziele i święta do pracy nie jeżdżą to koncentracja jest mniejsza. Ma sens, ale nie w GA gdzie akurat w święta jest większa, wprawdzie chwilowo (w znaczeniu, że szybko rośnie ale potem równie szybko spada), ale jednak. Jakby w GA masowo jeździli gdzieś koło południa, a potem wracali z powrotem prawie że od razu... Mniejsza liczba stacji/rowerów w GA niż GD może powodować że wartość HHI ,,łatwiej'' rośnie...

W Sopocie i Tczewie jest znacząco mniej rowerów niż w GD/GA więc nic dziwnego że wartość HHI jest też dużo większa. BTW przeciętne dzienne wartości HHI są następujące (GD/GA/Sopot/Tczew): 170/222/1255/1143 (pon-piątek) oraz 93/225/1169/1200 (niedziele-soboty-święta). W Sopocie (poniedziałek--piątek) zmiany HHI są jeszcze inne niż w GD/GA. Amplituda jest mniejsza, a jedyny wyraźny dół jest rano około 5 a nie w godzinach 21--5 jak na przykład w GD. W niedziele i święta jest tradycyjnie jeden szczyt koło południa, a oprócz tego około 19--20 oraz 2--3 rano.

Skrypty i plik CSV z danymi jest tradycyjnie w archiwum GitHub

Na koniec przypomnienie, że prezes obiecał na 18.08 +4000 rowerów w systemie. Na koniec lipca wykazywane jest póki co: +1500 (niektóre w Warszawie albo w Cedrach Wlk.). Z tej puli bajków (numerów bajków?) codziennie pojawia się w pliku locations.js +1350, jeździ zaś mniej, około 1200 (reszta stoi). Na 100 procent wszyscy już wiedzą, że ni-chu-chu nie będzie 4000 rowerów nawet na 31 września, ale media zachowują w tej sprawie zgodne milczenie. Nikt nikogo nie pyta, a zwłaszcza prezesa. Nie ma sprawy...

url | Thu, 01/08/2019 12:38 | tagi: , , , ,
TourDeOst 3/4: Batumi

Rzucony przez moją AlmaMater na odcinek Wschodni po odwiedzeniu Uzbekistanu i Turcji pojechałem do Gruzji (sam).

11.05 Przylot do Kutaisi. Nocleg w hostelu pn Hostel Kutaisi By Kote; w cenie 20 lari jest przywiezienie z lotniska. Na kwaterze późno w nocy Nie kupiłem karty SIM bo się kierowcy spieszyło, a potem się okazało że w sumie to karta nie była potrzebna. Następnego dnia rano spacer po Kutaisi. Wypad z kwatery 11.00. Idę do Czerwonego Mostu piechotą, bo to blisko i z górki. Marszrutka do Batumi stąd nie odjeżdża, ale odjeżdżają marszrutki krótkobieżne. Za pół lari można dojechać do dworca autobusowego (linia numer sześć). Około 13.00 wyjazd do Batumi, gdzie docieram koło 16:00. Od razu falstart. Najpierw wkurwili mnie taksówkarze. Ledwo wysiadłem z marszrutki: Taxi nada? Mówię że nie nada i nawet jestem szczery, bo chcę iść najpierw na obiad. Ale temu namolnemu to mało, pyta raz jeszcze i jeszcze raz. Idę do pobliskiej restauracji Samikitno, którą nota bene znam już z poprzedniej wizyty, i która wygląda zresztą na sieciówkę -- ma też filię o tej samej nazwie w Tbilisi. Na sali jest 2/3 miejsc wolnych, a ja jestem jedynym klientem czekającym na zamówienie, ale kelnerzy w liczbie czterach pilnie wpatrują się w salę i ani myślą podejść. Po 15 minutach wychodzę. Szukam czegoś zamiast Samikitno, ale kończy się na fast foodzie, bo po drodze do hostelu ni cholery nie ma niczego innego. Na szczęście na kwaterze generalnie jest ok (jak na Gruzję), tylko łazienka tradycyjnie dysfunkcjonalna -- taka budka telefoniczna do tego instalacja unikatowa jak to w Gruzji. Jestem jedynym gościem na 3 pokojach. W sezonie 6 ludzi na jeden sedes i prysznic to może być jednak kiepsko.

BTW1: tak w ogóle to Gruzja to niestety kraj fast foodów (jeszcze w Batumi i pewnie w Tbilisi, to coś można znaleźć lepszego, bo tu turystów dużo ale gdzie indziej -- umarł w butach). Cafe (których tutaj test bez liku), to u nich lokal gdzie można kupić chaczapuri, kawę raczej nie, a jak już to na 99% nie ekspresu, tylko albo po turecku albo z torebki (3 w jednym czyli słodzoną od razu). Ciastek/deserów to tam nie będzie na 100%. Ale uwaga: nawet na tej kulinarnej pustyni znaleźliśmy diament: Dona Bakeshop & Cafe (121 Parnavaz Mepe St/Bakumi). Szczerze polecam, Blikle przy nich to horendalnie drogie dziadostwo. W Kutaisi całkiem fajne restauracje są zaś w okolicach białego mostu. Ja byłem w takiej co się nazywa White Stones (BTW od białych kamieni na rzece Rioni.)

BTW2: większość (a na pewno dużo) Gruzinów w pracy to się zwyczajnie opier@dala. Taksówkarze stoją cały dzień na ulicy i ćwiczą wymowę dwóch słów: Taxi nada?. W niezliczonych sklepach towaru i klientów nie uświadczysz (wyjątek: cukiernia Dona) więc personel głównie siedzi i czeka.

13.05 pierwszy dzień roboczy, że tak powiem, tj. spotkanie z władzami miejscowej Batumi State Univ (BSU) i staffem Erasmusa tejże wyznaczone na 14:30. Potem zwiedzanie szkoły, a potem wycieczka po mieście i wreszcie kolacja. Przed spotkaniem na wszelki wypadek poszedłem na obiad w postaci standardowego zestawu chinkali (czyli 5 sztuk) Wieczorem uroczysta kolacja. Strasznie się objadłem... Z ciekawostek na tym BSU studiuje 500 Hindusów (widzieliśmy) -- medycynę.

Następnego dnia zbiórka na 10:00. Najpierw meeting -- prezentacja szkół -- potem godzinny kurs gruzińskiego, obiad i wizyta w delfinarium. Lunch: chaczapuri adjaruli w restauracji na koszt BSU. Wypatrzyłem sklep z rowerami przy tej samej ulicy co mój hostel czyli Puszkina i umówiłem się na czwartek na wypożyczenie bicykla. Sklep prowadzą Ukraińcy zresztą...

Środa -- wykład dla studentów. Powiem bez rewelacji. Było dużo studentów, ale zainteresowanie średnie. Potem było zwiedzanie biblioteki, które dla pań z biblioteki było wielkim wydarzeniem. Panie się nudzą (podobno biblioteka zatrudnia 80 osób nb), bo tej makulatury, to pewnie nikt już nie wypożycza...

Potem lunch za który tym razem zaplaciliśmy po 30 lari. Jak to z Gruzinami --nie do końca żeśmy się dogadali tym bardziej, że były trzy strony: my, Gruzini z BSU i Gruzini z restauracji... Ja np zamówiłem lobio, zestaw takich szprotek smażonych (dla spróbowania) + zestaw surówek i kawę. Jakieś 20 lari za całość. A dostałem pstrąga, ale bez kawy... Za to gruzini z BSU zamówili za nas ale bez mówienia nam o tym ekstra warzywa i sery... W rezultcie połowa zamówienia została na stole:-( Po obiedzie wine-tour-Keda co się okazało wycieczką do tego mostu co 5 lat temu z Elką (google: queen Tamar bridge a konkretnie Mahuntseti Bridge) a po drodze obejrzenie 3 wodospadów i jeszcze jednego łukowatego mostu tyle że znacznie mniejszego. Na koniec wylądowaliśmy w hurtowni wina Adjaran White House z restauracją gdzie za 7 lari wypiłem pół kieliszka wina. Wino faktycznie dobre, ale na mieście to za 7 lari by była butelka, więc atrakcje takie sobie.

Ale jedna z uczestniczek to już w ogóle miała przechlapane, bo jako wegetarianka zamówiłą zupę grzybową i te ich rolady z bakłażana. Dostała zaś tylko zupę (za 30 lari tj 40 parę PLN). Zła była jak licho... I ja się nie dziwię...

Czwartek, ostatni dzień roboczy zapowiada podobnie więc plan jest taki żeby się tego wymiksować PRZED lunchem bo znowu zapłacę 30 lari za obiad, z którego zjem za 10 lari (5 chinkali = 4 lari tak w ogóle) Poza tym odkryłem fajny bar rybny obok rynku rybnego z potrwami z różnych egzotycznych ryb i szczerze je wolę zamiast tych całych chinkali o adżarskim (z płynnym żółtkiem) chaczapuri nie wspomnę... a pstrąga to mogę w Sopocie kupić--nie muszę do batumi jeździć w tym celu.

Poza tym nie chcę mi się jechać w czwartek do Kutaisi, więc wymyśliłem że czwartek-piątek posiedzę w Batumi a piątek/sobotę w Kutaisi.

16.05: Europe day, zakończenie. Dziś pobudka 7.20 i poszedłem na bazar. Kupiłem przyprawy, czurczele i pelamuszi. Pani myślała, że przyszedł jakiś frajer co kupi 2 czurczele i szklankę soli, a nie poważny klient i mnie zlekceważyła, więc jak to wszystko już odsypała do worków co chciałem, to jej się pokićkało i 3x liczyła ile ma być. Wydałem w końcu zaledwie 50 lari a jak położyłem to co kupiłem na wagę: --5kg więc chyba już więcej nic nie kupię bo już mam nadbagaż (a może nie? Coś tam jednak tutaj zostawiłem)

Ten Europe day to takie targi edukacyjne się okazało (pierwszy raz uczestniczyłem w czymś takim). Każdy miał stolik i się prezentował. Generalnie stolików było 5 (1xFRA, 1xLitva, 3xpl) i każdy coś miał tylko Kwidzyn miał wielką figę:-) Ale to w sumie b/z bo ci inni, co coś mieli, to też nic w sumie nie osiągnęli... Ponieważ 5 stołów to by licho wyglądało to Gruzini dostawili jeszcze stoliki z Azerbejdżanu, Niemiec i Hiszpanii oraz stolik neutralny, że tak powiem gdzie było wsio co mieli przysłane pocztą ale nie było delegatów...

Ci Hiszpanie, Niemcy i Azerowie to przypuszczam studenci, którzy tam siedzą i zostali namówienie na przyjście na imprezę: Hiszpanie przynieśli paellę z kartofli + jakąś ciecz w puszce (nie próbowałem), Niemcy kupili miejscowe wypieki, ale z gatunku po 50 tetri od sztuki (wiadomo oszczędni) i tym zapełnili stół a Azerowie mieli najwięcej: kartki w dwóch rodzajach wydrukowane na drukarce kolorowej: jakiś ichni narodowy symbol-budynek a na drugiej mapa Azerbejdżanu z ikonami potraw regionalnych... Czyli wypadłem nie najgorzej na tle:-)

Były przemowy, zdjęcia, bufet, tort, wino, telewizja i w ogóle. Potem miał być lunch, ale wszyscy się wykręcili, że są już po (to akurat była prawda -- pół tortu i tak zostało) a z wycieczki do ogrodu botanicznego też udało mi się wykręcić (już tam byłem zresztą kiedyś). 13:30 KONIEC. Poleciałem szybko do tego sklepu rowerowego i pożyczyłem bicykla. Pojechałem na turecką granicę a potem odbiłem trochę w góry, ale tylko trochę (razem 60 km wyszło). Pożyczyli mi ten rower "okrakiem" od 14:00 czwartek do 14:00 piątek --na dzień za 35 lari.

W piątek pobudka w 7:00 jadę w stronę Poti cykając foty co jakiś czas. Dojeżdżam do skrzyżowania na Kutaisi (za wsią Tskaltsminda) i zawracam. W sumie szkoda, że nie dałem rady do Poti ale i tak wyszło 110km (w obie strony) na mocno średnim bicyklu (polski Kross zresztą) i bez dobrych butów. O 14:00 poszedłem z walizą na stację marszrutek. W Kutaisi nada? -- No konieszno. Jasna strona Gruzji--idziesz na PKS i jedziesz. Żadnego czekania (no różnie to bywa--ale pomiędzy dużymi miastami to raczej tak).

W sobotę łaziłem 7 godzin po Kutaisi w oczekiwaniu na samolot. W okolicach południa wypatrywałem jakiejś kawiarni, ale na to nie ma szans poza ścisłym centrum, gdzie faktycznie są fajne lokale, konkretnie obok białego mostu jest White Stones -- dobre kawy i naleśniki. Naprzeciwko zachęcająco wygląda z kolei lokal pn (chyba) White Bridge, którego taras wychodzi na rzekę i znajduje się pod mostem (do restauracji schodzi się po kręconych schodach). Tam nic nie zjadłem, bo ile można. Jeszcze tylko drobny stres na koniec--umówiony Gruzin co mnie miał wieźć na lotnisko się nie stawił, ale finalnie dotarłem na czas. Kupiłem nawet na farewell wino w sklepie wolnocłowym i sześciopak Borjomi w puszkach.

Zdjęć i śladów GPX póki co nie ma ale będą...

url | Fri, 26/07/2019 11:44 | tagi: , ,
Połtawa 2019

W Połtawie byłem z kolegą AP w końcu maja. Mówiąc konkretnie 20--24 maja, ale jakoś nie mogłem się zebrać więc raport dopiero teraz...

Odlot z Gdańska 15:10, w Charkowie jesteśmy 18:20. Jedziemy trolejbusem na dworzec autobusowy. Jest autobus do Połtawy, ale za trzy godziny. Idziemy do restauracji gdzie zamawiamy po barszczu ukraińskim i naleśnikach i siedzimy do 21:00. BTW taki barszcz ukraiński to trochę inaczej wygląda niż u nas. Do barszczu obowiązkowo zagrycha w  postaci pieczywa, słoniny i surowego, grubo krojonego czosnku. No i śmietana.

Autobus jedzie aż do Gdyni, a Połtawa to pierwszy przystanek. Jest po północy, taksówek nie ma ale są wszędzie informacje z numerami telefonów. Dzwonimy, przyjeżdża, jedziemy do hostelu.

Następnego dnia, stawiamy się na uniwersytecie. Okazuje się że zamknięty, wynajęty na czas matur jako miejsce do egzaminowania. Przychodzi nasz gospodarz Julia i prowadzi nas do innego budynku na konferencję studencką. Na konferencji jest rektor--siedzimy do obiadu i słuchamy studentów. Po obiedzie wycieczka po Połtawie, potem spotkanie ze kadrą uczelni. Rozmowa po rosyjsku więc coś tam rozumiem, ale wiele rzeczy nie rozumiem.

Po spotkaniu idziemy na kolację. Rekomendują nam lokal gruziński pn. Old Tiflis. Idziemy we trzech, z poznanym tutaj Łotyszem, który także przyjechał na ErasmusMobility. Łotysz okazuje się niezłym balowiczem; dzięki niemu wydajemy kupę kasy na kolację, z której wracamy około 22:00.

W środę zwiedzanie uczelni zaczyna się o 10:00. To zwiedzanie okazuje się najciekawszą częścią pobytu. Dociera do nas, że szkoła wcale nie jest państwowa, co nam się do tej pory wydawało tylko prywatna. To szkoła zawodowa, kształcąca ekonomistów. Studiuje na niej ponad 6000 studentów w tym wielu (kilkuset) z zagranicy, w szczególności z Afryki i z Indii (widzieliśmy). Są też studenci z Turcji, Gruzji i Azerbejdżanu. A propos Gruzji to w mieście żyje ich podobno 1600...

Budynek uczelni jest stary i przez to robi kiepskie wrażenie--jak się chodzi korytarzami, ale to pozory: szkoła jest doskonale wyposażona. Ma wdrożony imponujący system nauczania na odległość. W systemie tym kształcą nawet 300 studentów w trybie pure-distance oraz 3000 w trybie mieszanym (blended jak mawiają w branży DL). W trybie mieszanym studiują na przykład studenci służący w wojsku. Mogą się uczyć a nawet zdawać egzaminy bez opuszczania posterunków na linii frontu z DRL/Rosją. Uczelnia ma też sieć oddziałów zamiejscowych, na potrzeby których możliwe jest organizowanie zajęć w trybie telekonferencji. Mają do tego stosowną infrastrukturę--widzieliśmy. W pełni wyposażone studia do przygotowywania wideo-treści oraz dziesięć kabin dla wykładowców na potrzeby zajęć w trybie telekonferencji. Do tego biblioteka multimedialna z tak na oko 40 stanowiskami dla czytelników.

Początkiem szkoły była placówka kształcąca kadry na potrzeby spółdzielczości (cf. PUET. Ten związek ze spółdzielczością jest (chyba) ciągle obecny i ważny, bo widzieliśmy parokrotnie w szkole w różnych miejscach loga COOP. Organizacji, która w Polsce to ja nie wiem czy w ogóle działa. Jedyne COOP jakie widziałem w życiu, to sklepy o tej nazwie w Szwajcarii...

Na potrzeby wewnętrzne szkoła współpracuje z siecią koledżów, czyli szkół średnich (ale to akurat jest wbudowane w system, w tym sensie, że szkoły średnie są w pewnym stopniu częścią szkół wyższych). Z zagranicy zaś rekrutuje studentów głównie poprzez sieć zaufanych pośredników działających na prowizji.

Całość działa, co o tyle jest godne podziwu, że działa można powiedzieć w warunkach przyfrontowych. Z Połtawy do DRL jest niedaleko (na przykład do miejsca gdzie spadł słynny MH-17 400km raptem). Szkoła nawet straciła dwa oddziały--Donieck i Semferopol, które są teraz za granicą.

Po obejrzeniu szkoły pojechaliśmy z kolei na wycieczkę po okolicy--najpierw na miejsce słynnej bitwy z 1709r pomiędzy wojskami Carstwa Moskiewskiego a Królestwem Szwecji. Potem do muzeum piwa i bimbrownictwa. To pierwsze ciekawe to drugie niekoniecznie. Muzeum bitwy jest ciekawe, bo ukazuje ją z szerszej perspektywy, tj. z punktu widzenia Ukrainy (która nie była stroną w bitwie przecież). Pewnie ciut na siłę ale co z tego? Muzeum bimbrownictwa z kolei to typowo komercyjna placówka przy restauracji. Dwa pokoje wypełnione dość przypadkowym sprzętem związanym z produkcją piwa i samogonu.

W czwartek w sumie nie było nic ciekawego. Dość dużo czasu zajęło nam ustalenie jak się wydostać z Połtawy--pojechaliśmy na dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety na rano następnego dnia.

Rano w piątek taksówką do dworca. Potem pociągiem do Charkowa, do którego docieramy o 10:00. Tutaj drobna komplikacja: patrol milicji nas zatrzymuje i kontroluje: każą wyjąć wszystko z kieszeni i plecaków. Incydent kończy się na niczym, może myśleli że mamy jakąś kontrbandę i coś tam da się od nas wyciągnąć? Nie wiem... Milicjanci są regulaminowi i uprzejmi wszakże.

Potem zostawiamy bagaż w przechowalni i idziemy na 3 godziny na miasto. Bez sensacji w sumie. O 14:00 zwijamy żagle: metrem dostajemy się na prospekt Gagarina a stąd autobusem na lotnisko. O 18:38 cabin crew take off. Lądujemy sensacyjnie 25 minut przed czasem...

Zdjęć i śladów GPX póki co nie ma ale będą...

url | Fri, 26/07/2019 11:34 | tagi: , , ,
MEVO: rozkminianie systemu (odcinek trzy)

Miało nie być o MEVO do września, ale najechałem na stojący w zasadzie w polu rower przed Chwaszczynem. Zrobiłem zdjęcie i się okazało że figuruje on w bazie. Przypomnę, że w poprzednim odcinku trylogii o MEVO założyłem że plik locations.js zawiera informacje nt stacji oraz informacje o luźnych-rowerach-w-dziwnych-miejscach (np w Warszawie), które postanowiłem pomijać. Że przypomnę:

[luźne-rowery] mają dziwną nazwę a w atrybucie bike mają true (albo jeden), a w atrybucie spot mają zero (czyli false). Z tego wychodzi, że te stacje to nie są stacje tylko jakieś luźne rowery pozasystemowe. Taką mam koncepcję...

Znalezisko spod Chwaszczyna podkopało moją wiarę w koncepcję. No bo jeżeli baza zawiera także rowery normalnie eksploatowane, ale nie parkowane na stacjach, to pomijam -- być może istotną -- część ruchu w systemie MEVO. Żeby ustalić w miarę szybko stan rzeczy wymyśliłem, że podsumuję pozycje wszystkich rowerów -- zarówno tych na stacjach i tych luźnych -- i zobaczę co wyjdzie. Konkretnie czy parkowanie poza stacjami to incydent, który można pominąć czy niekoniecznie oraz czy dzikie parkingi się skupiają w pewnych lokalizacjach, a jak się skupiają, to gdzie?

Plik locations.js zawiera zmienną NEXTBIKE_PLACES_DB, która wygląda jakoś tak:

  var NEXTBIKE_PLACES_DB = '[{"places":[
  {"uid":14242676,
   "lat":52.281631111111,
   "lng":21.011891111111,
   "bike":true,
   "name":"Jagiellońska 88A",
   "address":null,
   "spot":false,
   "number":0,
   "bikes":1,
   "booked_bikes":0,
   "bike_racks":0,
   "free_racks":0,
   "special_racks":0,
   "free_special_racks":0,
   "maintenance":false,
   "terminal_type":"","
   bike_list":[{"number":"600262","bike_type":114,
      "lock_types":["frame_lock"],
      "active":true,
      "state":"ok",
      "electric_lock":true,
      "boardcomputer":7551015898,
      "pedelec_battery":62,
      "battery_pack":{"percentage":62}}],
 "bike_numbers":["600262"],
 "bike_types":{"114":1},
 "place_type":"12",
 "rack_locks":false,
 "city":"Gdańsk-Wawa"}]}]';

Pole places zawiera listę elementów, z których każdy to opis miejsca, tj. stacji lub pozycji luźnego roweru (dalej LB od luźnego-bajka). Czy jest to stacja czy rower można wykoncypować na podstawie wartości pola bike (jeżeli true/1 to luźny rower). Są ponadto współrzędne miejsca (lat, lng); numer miejsca (number, lub zero dla LB) liczba rowerów zaparkowanych w miejscu (bikes); lista numerów rowerów w miejscu (bike_numbers); nazwa miejscowości (city). Pole uid to moim zdaniem unique id miejsca. Zatem stacja ma numer, LB nie ma numeru. Każda para współrzędnych ma ten sam uid.

W zasadzie jeżeli bike = true, to bikes=1 ale niekoniecznie i nie potrafię wykoncypować co znaczy taki rekord:

{"uid":14302318,
 "lat":54.350404444444,"lng":18.586652222222,
 "bike":true,
 "name":"BIKE 99170",
  ...
 "bikes":0,
 ...
 city":"Gdańsk"}

Takich wpisów jest circa pięć więc pomijam wyjaśnienie tego fenomenu. Robię skrypt parsujący apiać wszystkie pliki locations.js pobrane w okresie maj--lipiec (ostatni miesiąc niekompletny). Skrypt zapisuje: uid, numer, pozycję, miasto, typ miejsca (stacja albo LB) oraz liczbę powtórzeń (liczba wpisów dotyczących miejsca o współrzędnych lat/lng; każda stacja w tym okresie ma 53 tysiące wpisów. LB ma mniej oczywiście.) Dla czerwca wychodzi 20 tysięcy różnych zarejestrowanych miejsc. Dla całego okresu 60 tysięcy (różnych).

Wyświetlenie 60 tys kropek na mapie nie będzie proste więc wymyśliłem sobie, że rozpocznę od zagregowania liczby ,,parkingów'' do rozsądnej wielkości rzędu kilku tysięcy. W pierwszym podejściu założyłem, że duża liczba miejsc parkowania to rezultat błędów w ustalaniu pozycji GPS i że pozycji będzie mniej jak się zmniejszy dokładność pomiaru. Konkretnie zamiast 8 cyfr spróbować zastosować 4 (tj. przykładowo 54.12345678 obciąć do 54.1234) i zobaczyć co wyjdzie.

Wyszło 40 tysięcy czyli redukcja taka sobie, ale ujawniły się dziwne miejsca koncentracji: w Gdańsku na ul. Pokoleń Lechii/Amber Expo, w Warszawie na ulicy Jagiellońskiej w okolicach numeru 88 oraz w Cedrach Wlk! W Cedrach na ul. Pionierów Żuław 42 (gdzie na Google Maps jest firma UEGZ). Wygląda, że wszystkie wymienione miejsca to stacje, tyle że serwisowe rowerów.

Ponieważ oprócz Warszawy LB sporadycznie są raportowane także, w różnych innych dziwnych miejscach, to wymyśliłem, że będę pomijał miejsca znajdujące się poza prostokątem o współrzędnych wierzchołków równych: 53.8/17.4 (dolny lewy) i 55.0/19.5 (górny prawy).

Na okoliczność LB z Pokoleń Lechii/Amber Expo dodałem warunek, że pomijane są także miejsca znajdujące się wewnątrz prostokąta o współrzędnych wierzchołków równych: 54.387395/18.630779 (górny lewy) i 54.385733,18.635221 (dolny prawy). Cedry zostawiłem w spokoju za to policzyłem kwantyle tych 40 tysięcy miejsc (bez 650 oficjalnych stacji):

kwantyl 25%   50%   75%   90%   95%  100%
------------------------------------------
wpisy     2    9     29  121    246 32760

Dwa wpisy to 4 minuty skoro każdy wpis jest co 2 minuty średnio. 50% miejsc było zajmowanych przez około 20 minut, a 5% wszystkich miejsc to parkingi na 8 godzin i dłużej (w ciągu 2,5 miesiąca przypominam) czyli dalej niewiele. Zamiast kombinować z dokładnością pomiaru można pominąć te miejsca które pojawiają się sporadycznie. Jeżeli za typowe przyjmiemy takie, które występują minimum 250 razy (około 5% największych wartości), to miejsc jest 2232 (w tym 650 stacji). Co ważniejsze udział wpisów dotyczących LB w całości wpisów to 5,6%. Spokojnie można tego nie analizować bo przecież i tak moje szacunki są przybliżone. A pominięcie LB ma tą zaletę że upraszcza rachunki. Na mapie te 5% najczęściej powtarzających się miejsc wygląda następująco:

Zostało osiem miejsc z liczbą wpisów większą od 5000, w tym 5 w Cedrach (gdzie jak już ustaliłem coś serwisują niechybnie). Te 3 duże dzikie parkingi to: Stężyca (2) oraz Sierakowice.

Reasumując: znalezisko spod Chwaszczyna niewiele zmienia. Nie będę uwzględniał w statystykach wykorzystania MEVO rowerów parkowanych poza stacjami.

url | Tue, 16/07/2019 15:57 | tagi: , ,
MEVO po trzech miesiącach

Rowery/dystanse

Rowery na stacjach 10111/12

Obiecuję ostatni wpis n/t Mevo. Następny po wakacjach, czyli po mitycznym 18 sierpnia (czemu mitycznym poniżej).

Obszerny wywiad z prezesem się ukazał 19 maja, ale ja go przeczytałem dopiero przedwczoraj (cały wywiad w repo na githubie, link poniżej). Prezes pisze, że:

26 marca na ulice wyjechały 1224 rowery [...] [Potem] liczba rowerów zaczęła spadać. Trafiały do serwisu, mieliśmy problem z ładowaniem. Zainteresowanie systemem w pierwszych dniach nas zaskoczyło [...] Zwiększyliśmy zatrudnienie do około 40 osób, przenieśliśmy serwis do większej hali w MTG. Codziennie wyjeżdża stąd około 250 rowerów. Przygotowujemy się do obsługi pełnej floty docelowych 4 tysięcy rowerów [...] Kolejne rowery planujemy dostarczać stopniowo, po 100-200-300 tygodniowo. Ostatnią partię dostarczymy 18 sierpnia.

Mój komentarz. Po pierwsze: czy wyjechało 1224 to ja nie wiem -- pewnie tak, ale w kwietniu średnio jeździło niecałe 800, a raczej jeździło 624 a 163 nie jeździło tylko było (wykazywane że są, ale nie przejechały nic). W tym kontekście twierdzenie prezesa, że przyczyną (wielokrotnie podkreślaną) problemów jest nadzwyczajne zainteresowanie rowerami jest cokolwiek niezborne ze stanem przygotowań. System jest sprawny na 800/4000 = 20%, a on jest zaskoczony, że rowerów brakuje. Nie wiem co prezes kończył za szkoły, ale z logiką na bakier jest... No i pytanie pomocnicze: gdyby wyjechało na przykład 2000 rowerów (w sensie wyjechało i jeździło) czyli 250% tego co jeździło (w kwietniu), to dalej byłaby klapa czy jednak nie? A te 2000 to 50% tego co miało jeździć. Albo inaczej po co system na 4000 rowerów skoro miało wystarczyć 1220?

Dwa: zatrudniają 40 ludzi do obsługi około 1000 rowerów (dane za maj). Ile musi być zatrudnionych do obsługi 4000 (czyli o 300% więcej niż mają) i to do 18 sierpnia (w trzy miesiące licząc od daty wywiadu).

Trzy: 250 wyjeżdżających rowerów z MTG to jak rozumiem rowery niesprawne, serwisowane i włączane z powrotem do ruchu. Hmmm... czy to oznacza, że z grubsza jest codziennie 250 serwisowanych (czyli wyłączonych z ruchu)? Że rower się psuje, to normalne więc nie ma w tym nic dziwnego, że są rowery popsute i trzeba je naprawiać. Wychodzi, że tych rowerów jest 250 z 1250 czyli około 20%. Albo i nie, bo dziennikarz nie dopytuje... Ale jeżeli tak, to na 4000 będzie 800 popsutych przy założeniu 20%. No może mniej będzie, bo obciążenie/rower będzie mniejsze, a rowery będą usprawniane pod kątem słabych punktów, ale nawet jak będzie to 10% to dalej jest 400 rowerów do naprawy codziennie czyli o 60% więcej niż teraz (40 ludzi:-) może nie wystarczyć.)

Cztery: jeżeli planują dostarczyć stopniowo po 100--300 tygodniowo a mają do dostarczenia 2800, to dostarczając 100/tydzień przez 3 miesiące dostarczą 2400. He, he... Gorzej że na dziś system wykazuje około i zaledwie 1500 rowerów. Pozostało 2500 do dodania, a tygodni do 18 sierpnia zostało 5. Wychodzi po 500/tydzień, starting from now...

+--------------------------------------------------+
|           |         średnio dzienne              |
| Miesiąc   +--------------------------------------+
|           |     NZB |      ZB | NZB+ZB  | NZB%   |
| ----------+---------+---------+---------+------- +
| kwietnia  |  624.93 |  163.87 |  788.81 | 79.09  |
| maja      |  893.13 |  179.03 | 1072.16 | 83.18  |
| czerwca   | 1094.97 |  172.07 | 1267.03 | 86.45  |
| lipca     | 1089.00 |  248.25 | 1337.25 | 81.58  |
+-----------+---------+---------+---------+--------+

NZB -- rowery ruszające się; ZB -- rowery które nie jeździły, ale były wykazywane. Porównaj też wykresy. Drugi wykres pokazuje dostępność rowerów na stacjach 10111/10112 (Sopot Mickiewicza/Armii Krajowej), które są najbliżej mojego domu. Dostępność liczona jako prosta średnia (liczba rowerów)/(liczba pomiarów)...

Generalnie trend jest OK tylko to ślimacze tempo. Załamanie lipcowe spowodowane jest przypuszczalnie (fatalną) pogodą (lipiec liczony dla tylko dla pierwszych 8 dni). Dane są przypominam tutaj.

url | Tue, 09/07/2019 10:08 | tagi: , ,
Mevo w czerwcu 2019

Zestawienie wybranych parametrów pomorskiego roweru miejskiego MEVO (maj--czerwiec 2019). Dystanse i średnie są w kilometrach. Zapis Łącznie x% nach. oznacza łączną długość odcinków z przeciętnym nachylenie x% oraz większym. Odcinki z nachylenie 5% i więcej stanowiły odpowiednio 0,06% (maj) oraz 0,05% (czerwiec) łącznego przejechanego dystansu (ŁPD) a z nachyleniem 3% i więcej odpowiednio 0,72% oraz 0,66% ŁPD. To tyle odnośnie potrzeby instalowania silników elektrycznych w każdym rowerze ponieważ Trójmiasto pełne jest stromych podjazdów. Chyba chodziło o coś innego z tymi silnikami...

Wyszczególnienie Maj Czerwiec Zmiana
Liczba rowerów 1333 1518 13.9%
Łącznie odcinki 235455 330074 40.2%
Dystans łącznie (km) 649904.3 974943.1 50.0%
Średnio na rower/dzień (km) 15.7 21.4 36.3%
Średnio na rower/miesiąc (km) 487.6 642.3 31.7%
Łącznie 5% nach. (km) 393.9 491.5 24.7%
Łącznie 3% nach. (km) 4687.1 6440.4 37.4%
Łącznie 2% nach. (km) 16722.7 23386.0 39.8%

Przypominam, że powyższe policzono w taki oto sposób iż: ze strony https://rowermevo.pl/ co 120 sekund jest pobierany plik locations.js który zawiera listę rowerów zaparkowanych na stacjach w systemie roweru miejskiego Mevo. Długość/szerokość geograficzna stacji jest w pliku locations.js. Wysokość npm. stacji (SRTM) dodałem korzystając z programu gpsprune.

Mapa najczęściej używanych odcinków:

Dane, że tak powiem źródłowe dotyczące ruchu rowerów MEVO maj/czerwiec 2019 są dostępne tutaj.

url | Mon, 01/07/2019 15:42 | tagi: , ,
Tolerancja w fazie realnej

W PL był realny socjalizm a światowy postęp jest ewidentnie w fazie realnej tolerancji. Chodzącą oznaką tej tolerancji jest Israel Folau australijski rugbysta pochodzenia tongijskiego. Folau nie popełnił żadnego przestępstwa, ale stracił pracę, a teraz nawet nie może zbierać pieniędzy bo narusza. ,,As a company, we are absolutely committed to the fight for equality for LGBTIQ+ people and fostering an environment of inclusivity...''. Ciekawe czemu tego commitmentu nie idzie wpisać do kodeksu karnego skoro to takie ważne?

url | Mon, 24/06/2019 05:35 | tagi: , ,
Koreańska sałatka z marchwii

Fajną sałatkę z marchwi, co ją pierwszy raz widziałem/próbowałem w Uzbekistanie, miałem okazję znowu spróbować przy okazji wycieczki do Elbląga. Bo w Elblągu jest restauracja uzbecka pn Nafisa (imię żeńskie). Nie było wielkim wyczynem po powrocie z Elbląga ustalenie jak toto się robi.

Sałatka nazywa się koreańska, bo wymyślili ją Koreańczycy. Jak się wpisze do google Морковь по-корейски to przepisów będzie multum (po rosyjsku) łącznie z filmami instruktażowymi. Ja znalazłem po polsku na stronie przepisy-julii.pl:

Składniki: Marchew -- 0,5kg, 1 cebula, olej -- 50g, czosnek -- 4 ząbki, papryka słodka, papryka ostra, pieprz czarny, kolendra mielona, sól -- 1 łyżeczka, cukier -- 1 łyżka, ocet 3% -- 3 łyżki.

Marchew trzeba obrać i zetrzeć na tarce w długie słupki. UWAGA: stosowną tarkę można na Allegro kupić (wpisać tarka/szatkownica słupki). Ja kupiłem prosty model firmy Julienne (numer ASIN: B01LZWFKP0; dostępny na Allegro) krojący na 2mm słupki i się sprawdza, jedyna uwaga to taka, że nie całą marchew da się pociąć no i trzeba uważać na palce. Być może droższe modele byłyby jeszcze lepsze.

Pokroić cebulę i smażyć na oleju do lekkiego zbrązowienia. Cebulę wyrzucić do marchewki. Dodać do octu cukier, sól, przyprawy i zalać marchewkę. Dodać sprasowany czosnek i wymieszać. Wstawić do lodówki na kilka godzin. UWAGA: do mojej sałatki nie dodaję papryki, tylko pieprz, sól i kolendrę.

Przepis nieco inny z ciekawymi komentarzami (dlaczego koreańska) jest tutaj.

url | Fri, 21/06/2019 07:58 | tagi: , ,
MEVO: rozkminianie systemu (odcinek dwa)

Numery stacji w systemie MEVO są pięciocyfrowe i zaczynają się od 10, 11 oraz 12. Takich stacji jest 654 (albo 653 zależy jak liczył). Oprócz tego jest stacja 999993 o współrzędnych w Wawie(52.261177495785/20.968099236488), która zapewne omyłkowo jest wykazywana w zestawie (https://rowermevo.pl/mapa-stacji/). Jak się naciśnie guziczek Pobierz bieżące lokalizacje, to się dostanie plik CSV o nazwie locations_YYYY-MM-DD_HH-MM-SS.csv. Plik ten ma 704 stacje czyli o 50 więcej niż wykazywana na stronie. Te pomijane stacje mają numer zero.

Z tych 654 stacji 363 jest w Gdańsku 55,56%; Gdynia 145 (22,17%); Tczew 28 (4,28%); Sopot 27 (4,13%); Rumia 23 (3,52%); Reda 17 (2,60%); Puck 14 (2,14%); Inni 18 (Władysławowo, Kartuzy, Sierakowice, Somonino, Stężyca, Żukowo.)

Te 50 coś stacji-niestacji wygląda jakoś tak:

uid;number;name;city;latlng;bikes;bike;spot;bikeSpot;terminal;address
13915356;0;BIKE 99127;Tczew;54.08056000 18.79086222;1;1;0;;;

Mają dziwną nazwę a w atrybucie bike mają true (albo jeden) a w atrybucie spot mają zero (czyli false). Z tego wychodzi, że te stacje to nie są stacje tylko jakieś luźne rowery pozasystemowe. Taką mam koncepcję...

url | Mon, 17/06/2019 14:25 | tagi: , ,
Mevo w maju

Ze strony https://rowermevo.pl/ co 120 sekund jest pobierany plik locations.js który zawiera (jak mniemam) listę rowerów zaparkowanych na stacjach w systemie roweru miejskiego Mevo. Jak rower zmienił stację to znaczy, że ktoś się nim przejechał (lub go przewieziono dla jakiś celów.)

Pobrane dane są dostępne tutaj. Konkretnie plik MEVO_bikes_ROKMIESIĄC.csv to plik CSV, którego każdy wiersz zawiera czas, idRoweru, stanBaterii oraz współrzędne geograficzne. Rejestrowane są tylko przemieszczenia, tj. na przykład jeżeli rower jest wykazywany przez 10 kolejnych pobrań jako zaparkowany w tym samym miejscu, to tylko pierwszy wpis jest zapisywany. Z kolei MEVO_tracks_ROKMIESIĄC.csv zawiera idRoweru, liczbę przemieszczeń oraz kompletny ślad w postaci par współrzędnych.

Plik MEVO_bikes_201905.csv (czyli za maj) zawiera 265 tys wierszy, plik MEVO_tracks_201905.csv zawiera 1550 wierszy (czyli zarejstrowanych rowerów w systemie). Tutaj uwaga: część wpisów/rowerów jest dziwna: są rowery jeżdżące po Warszawie, po Bałtyku a nawet w księstwie Monako. Szczegóły tutaj.

Na podstawie pliku MEVO_tracks_ROKMIESIĄC.csv obliczyłem łączny i średni dystans pokonany przez rowery w maju, pomijając „dziwne” wpisy. Za kryterium dziwności przyjęto punkt znajdujący się na zewnątrz prostokąta 53.8--55.0/17.4--19.5 (długość/szerokość). W ten sposób zostało 1370 rowerów a odpadło 180 „dziwnych”. Konkretnie policzyłem poniższym skryptem:

#!/usr/bin/perl
use Geo::Distance;
my $geo = new Geo::Distance;

my $distGrandTotal;
my $distTotal;

while (<>) {  chomp();
  ($bike, $nodes, $track) = split /;/, $_;
  $track =~ s/[ \t]+$//;
  @trkpts =  split / /, $track;

  $distTotal=0;  $skipBike = 0;

  foreach $t (@trkpts) {
     ($lon, $lat) = split /,/, $t;
     if ($lat < 53.8 || $lat > 55.0 || $lon < 17.4 || $lon > 19.5 ) {##
        $skipBike = 1;
        print STDERR "SKIPPED $bike: lat = '$lat' / lon = '$lon'\n";
     } 
     else { 
        if ($latPrev > 54.0 ) {
           $dist = $geo->distance( "meter", $lonPrev, $latPrev => $lon, $lat );
           $distTotal += $dist;
        }
        $lonPrev =  $lon; $latPrev = $lat;
     }
  }

  unless ($skipBike) {
    $mean = $distTotal / 31;
    printf "%s;%.2f;%.2f\n", $bike, $distTotal, $mean;
    $distGrandTotal += $distTotal;
    $validBikes++;
  }
}

$grandMean =  $distGrandTotal / (31 * $validBikes);
print STDERR "Średnio: $grandMean ($validBikes)\n";

Wyniki i analiza

Minimum przejechane 0km, pierwszy kwartyl 12,8km, mediana 17,8km trzeci kwartyl 21,2km. Maksimum 30,7km. Przypominam, że są to średnie dzienne dla 31 dni maja. Oczywiście nie są to wielkości prawdziwe: po pierwsze dystans jest liczony jako proste pomiędzy punktami (rejestrowanymi co 120s); po drugie nie wszystkie przemieszczenia polegają na pedałowaniu--czasami rower jest wieziony. Arbitralnie przyjmijmy że prawdziwa wartość to 200% zarejestrowanej (to chyba dużo mimo wszystko). Dalej załóżmy że gdyby z roweru korzystało się 6 godzin na dobę (można by policzyć ile się korzysta ale tego jeszcze nie zrobiłem)--co dalej nie wydaje się czymś nadmiernie wyśrubowanym (połowa czasu od 8 rano do 20 wieczorem). Wreszcie przyjmijmy 12km/h jako prędkość przemieszczania się (jak na pojazd z silnikiem -- moim zdaniem -- już mniej się nie da). Wychodzi 6 x 12 = 72km. A jest 30km czyli nawet nie połowa...

Rozkład średnich przedstawia histogram poniżej

url | Mon, 03/06/2019 08:42 | tagi: ,
Geotagowanie zdjęć z szumem losowym

Na okoliczność wielu zdjęć z jednego miejsca można dodać losowy szum (jitter). Czy to ma sens to już inna sprawa. Ja dodałem jitter (kołowy) do zdjęć zrobionych w fabryce jedwabiu w Margilan

#!/usr/bin/perl
### Add jitter to Geocoordinates 
use Math::Complex;
use Math::Trig;
use Getopt::Long;
use Image::ExifTool;
use Geo::Distance; 
##
my $sd =.002; ### max about 200m

print STDERR "USAGE $0 [-d] DIAMETER -c COORDINATES -f FILE (DIAMETER=0.002 is circa 200m!)\n";

GetOptions("d=i" =>  \$sd, "c=s" => \$coords, "f=s" => \$file );
my $factor = 0.00001;
my $init_shift = 0.00001;
my $pi = 4*atan2(1,1);

##$sd = sqrt($factor * $Skad{$skad});

my $r = $sd * sqrt(rand()); 
my $theta = rand() * 2 * $pi;

($lat, $lon) = split (/[:;,]/, $coords);

$rand_lat = $lat + $r * cos($theta);
$rand_lon = $lon + $r * sin($theta);

my $eT = new Image::ExifTool;

$eT->SetNewValue(GPSLatitudeRef => ($rand_lat > 0)?'N':'S', Group=>'GPS');
$eT->SetNewValue(GPSLongitudeRef => ($rand_lon > 0)?'E':"W", Group=>'GPS');
$eT->SetNewValue(GPSLatitude => abs($rand_lat), Group=>'GPS');
$eT->SetNewValue(GPSLongitude => abs($rand_lon), Group=>'GPS');

my $old_comment = $eT->GetValue('UserComment', 'ValueConv');

if ($old_comment) { $exif_comment = "$old_comment | GPS coordinates jigged"; } 
else { $exif_comment = "GPS coordinates jigged"; }

$eT->SetNewValue(UserComment => "$exif_comment");

if (-f $file) {
   $file_org = "${file}_orig";
   if ( system("cp", "$file", "$file_org") == 0 ) {
        $eT->WriteInfo("$file"); 
        print STDERR "$file updated\n";
  } else { print STDERR "*** $file update failed\n"; }
} else { print STDERR "*** ERROR with $file\n"; }

my $geo = new Geo::Distance;
$dist = $geo->distance( "meter", $lon, $lat => $rand_lon, $rand_lat );
print STDERR "Laat/Lon: $lat, $lon => $rand_lat, $rand_lon (Dist: $dist)\n";

Przykładowa mapa jest tutaj

url | Tue, 09/04/2019 04:18 | tagi: , ,
Ozbekiston 2019

Kolega AP z przewodnikiem

Ja (z przewodnikiem)

Plow (przed podaniem/Chust)

Z jednego talerza smaczniejszy/Chust

Chałwa (znakomita/Samarkanda)

Nasz (gapowaty) kierowca

W drodze do Namanganu

Tkalnia w Margilan

Jedwabny dywan (Margilan)

Koło do odwijania kokonów (Margilan)

Słowo klucz: IKAT (Margilan)

Właśnie O'zbekiston a nie Uzbekistan (tak piszą miejscowi)...

Pierwszy dzień dojazdowy. Najpierw Pendolino 6:10--9:35 do Warszawy. Z Warszawy 13:10 Aerofłotem na Szeremietewo. Aerofłot stara szkoła -- podają całkiem fajny posiłek w cenie biletu, za to nic nie sprzedają (ale bilet kosztuje 2400 PLN). Ku swojemu przerażaniu konstatuję, że jedyne buty jakie wziąłem się literanie rozpadają (w Taszkiencie nie będzie 60% podeszwy)--pierwszy raz coś takiego mi się stało. Złośliwość przedmiotów martwych--akurat jak jadę do Uzbekistanu. to mi się buty rozpadły. Jedyne pocieszenie to takie, że mi je Elka wynalazła w szafie i to był jej pomysł...

Zbliżamy się do Moskwy. Pilot ogłasza że za ileś-tam minut będziemy lądować w gorod-gieroj-Moskwa. Najpierw myślałem, że brakuje końca (gieroj-SSSR), ale nie dobrze jest--gieroj-SSSR to był tytuł dla ludzi a dla miast tylko gieroj. Tak czy siak tytuł ustanowiony w ZSRR, a Moskwa dotała go w 1965r. także więc ten-tego...

Szeremietiewo, wysiadamy. Kontrola bagażu--widać nie mają zaufania do wszystkich linii, które obsługują, bo teoretycznie po co ta kontrola. Już byliśmy kontrolowani w W-wie i nie wychodzimy ze strefy zamkniętej. Po kontroli idziemy na nasz drugi terminal. Szeremietewo jest ogromne. Tutaj przesiadka jak jest zaplanowana na godzinę to jest to minimum, jeżeli nie za mało (kontrola bagażu).

My mamy trzy godziny więc spokojnie, oglądamy sobie terminal nic nie kupując (kawa 500 Rubli = 20 PLN czyli dużo). Do Taszkientu polecimy AirBusem 330, samolot większy od standardowych, trzy rzędy foteli 2+2+4 = 8 pasażerów w jednym rzędzie. Każdy ma ekran przed sobą, wyświetlają się tam różne rzeczy, w tym dane dotyczące lotu czy obraz z kamer zewnętrznych... Pierwszy raz czymś takim leciałem

W Taszkiencie jesteśmy planowo o 2 nad ranem (4 godziny różnicy czasu). Wsiadamy w umówioną wcześniej taksówkę do Samarkandy. Podróż po ciemku przebiega bez wrażeń. W połowie przerwa na tankowanie gazu w tank-station w pobliżu placu targowego. Paru handlarzy ciągle na posterunku: siedzą i handlują. Butów nie mają niestety ale można kupić chleb i ryby wędzone sprzedawana w dość, że tak powiem, oryginalnej pozycji (rybie to zwisa w sumie, jak ją ułożą po śmierci BTW) Ryb nie kupujemy, ale chleb na próbę tak. Kierowca za kurs bierze 40USD (jak było ustalone)

Tutaj cały kraj zresztą jeździ (Chevroletami) na gazie, ale nie na propan-butanie tylko ma metanie. Ruch jest ogromniasty a drogi szerokie jak pasy startowe na lotniskach, cztery pasy wte i następne cztery we-wte to częsty widok. Jeżeli nam się coś nie popierniczyło w obliczeniach to 100km kosztuje tyle co 5 PLN, czyli żeby w PL było tak samo tanio jak tu to samochód powinien palić 1 litr. W bagażniku centralnie miejsce zajmuje bańka na gaz--100l a nie 45 jak w PL. Nasz bagaż się w związku z tym zwykle nie mieścił w bagażniku.

Hotel jest 100 metrów od mauzoleum emira Timura. No to się nam trafiło. Standard jak najbardziej. O 10:30 jemy śniadanie i potem od razu idziemy zwiedzać miasto za pomocą wynajętego w hotelu przewodnika (40USD). Jak ktoś sam ustali co i gdzie zwiedzać to pewnie przewodnik zbędny, bo to nie jest jakieś specjalnie rozległe miejsce do zwiedzania, ale my nie ustaliliśmy. Oprócz zwiedzania chcemy kupić: buty, karty SiM i bilety na pociąg do Taszkientu na jutro.

W ramach zwiedzania zabytków robimy skok w bok na bazar. Imponujący wybór warzyw i owoców oraz orzechów i innych bakalii. Ale w temacie butów słabo--chińskie plastikowe. W rezultacie kupujemy jakieś tenisowki. Ciekawe że po ulicy ludzie chodzą w normalnych butach--gdzie oni je kupują? W temacie karty falstart: wg sprzedawcy można kupić ile się chce kart (na osobę) tyle, że chcą paszportu, który nam zabrali w hotelu. Kolega ma kilka paszportów to daje im drugi. Nie z nami te numery Brunner--sprzedawca kartkuje i się pyta gdzie stempel kontroli granicznej. Nie potrzebuje jakiegoś paszportu tylko tego kontretnego--bo musi zeskanować stronę kontroli. Pierwszy strzał pudło zatem.

Po południu idziemy kupić bilet i podjąć drugą próbę zakupu karty. Najpierw bilet. Też trzeba paszport, bilet jest imienny. Pani zakochana -- sprzedaje nam do Buchary za 130tys a my chcemy do Taszkientu przecież. Na szczęście mówi nam co nam sprzedała więc od razu omyłka się wyjaśnia. W temacie karty SIM natomiast kicha. Tym razem też się nie da, bo za późno już jest czy coś...

Rano śniadanie i taksówką na dworzec kolejowy. Dworzec jest ogrodzony a wejście za okazaniem biletu+paszportu. Wejście do budynku dworca tylko po przejściu kontroli bagażu, zakończonej przybiciem stempla na bilecie. Na peron już bez kontroli, ale do pociągu też wpuszczają po pokazaniu biletu. W pociągu kontrola nr 4 (nas nie kontrolują). Facet po cywilu + facet w mundurze ale kazachskim (bo pociąg międzynarodowy).

Taszkiencie planowo o 14:00 jesteśmy, tyle że wysiadamy nie na tym dworcu co trzeba, bo na Taszkient Sewiernyj a kierowca czeka na Taszkient-Jużnyj (o czym na razie nie wiemy). O tyle jesteśmy usprawiedliwieni że na stacji było napisane `Taszkient', jak kupowaliśmy bilet, to do Taszkientu i nikt się nie pytał jakiego. Kierowca również nie uściślał o jaki Taszkient mu konkretnie chodzi. No ale nic sie stalo. Sytuacja się wyjaśniła, kierowca podjechał na Sewiernyj i z dwugodzinnym prawie opóźnienim jedziemy do doliny Fergańskiej gdzie jest Namangan.

Podróż mija bez niespodzianek, ale ponieważ droga wiedzie przez góry (2000mnpm najwyższy punkt który osiągamy), to dwa razy stajmy na sesje zdjęciowe. Po drodze mijamy ludzi sprzedających naręcza dzikich tulipanów, zbieranych dla bieda-zarobku, tak jak u nas dajmy na to jagody. Po drodze kolega AP pyta kierowcę co on na to żebyśmy się zatrzymali na kolację na słynny plow. On na to jak najbardziej i skręcamy na plow w mieście Chust tuż przed Namanganem zresztą. Kolacja jest we wschodnim stylu, co między innymi oznacza siedzenie na dywanie przy niskim stole + konsumcję plowa z jednego talerza--taki jest smaczniejszy. Pierwszy plow w życiu zaliczony...

BTW Chust podobnie jest znany z handlarzy, którzy mają dobre kotakty z Polską i stamtąd ściągają dobry towar w tym używane samochody. Widzieliśmy naczepę do TiRa w polskim malowaniu jeszcze zresztą...

Dwa kolejne dni wypełniły obowiązki służbowe że tak powiem. Gospodarz odbierał nas z hotelu, jechaliśmy na uniwersyet gdzie produkowaliśmy się przed studentami. Pierwszego dnia do wieczora, drugiego do obiadu. Wyszło chyba nieźle, aczkolwiek było mocno to improwizowane w tym sensie na przykład że nigdy mi się nie udało mojej prezentacji dociągnąć do końca (z uwagi na zbyt mało czasu).

Pokazuję gospodarzowi książkę którą przeczytałem przed przyjazdem do jego kraju. Kartkuje w kilka minut: He tells we don't like homosexuals and indeed we do not like them... A ja właśnie tuż przed wyjazdem wyczytałem z mediówm, że opertkowi "przywódcy" w stylu moczymordy Drunckera pajaca Tuska, czy tej idiotki Mogherini obwieścili światu, iż i jakoby priorytetem UE będzie walka z Islamofobią (po zamachu w Churchchrist). Czy oni wierzą w to co oni mówią czy tylko są cynicznymi manipulantami? 90% Islamistów (albo i lepiej) ma w dupie Europę z jej wartościami, które są dla nich pseudowartościami i w zw z tym czy Europa lubi Islamistów czy nie lubi absolutnie im zwisa...

Po obiedzie drugiego dnia koniec i powrót do Taszkietu, ale przez Margilan, gdzie jest manufaktura produkująca różne rzeczy z jedwabiu. Dzięki naszemu gospodarzowi oprowadzono nas po fabryce, w której przetwarza się jedwab od kokona do różnych rzeczy (tkaniny, dywany; słowo klucz google:uzbek+ikat). No więc dla przykładu z 1kg kokonów powstaje 30 dkg nici jedwabnych. Nawinięcie tych 30dkg nici na standardowy motek zajmuje 1 godzinę, wymaga odwinięcia około 30 kokonów (jeden kokon -- 3000 m nici -- co 2 minuty). Dywan jedwabny w formacie 2x0,6m (bodajże) tka się (ręcznie) osiem miesięcy a kosztuje 3000 USD (za m2 nie za dywan). Technika ręczna jak za emira Timura.

Po zwiedzniu fabryki kupiliśmy parę rzeczy w przyfabrycznym sklepie. Ja konkretnie kupiłem dwa szale i kilka tradycyjnych czapek ale wszystko to było z jedwabiu więc wyszło nietanio.

Wyjechaliśmy do Margilan około 15 ale szło nam dość opornie żeby tam dojechać więc zurik jesteśmy w Namanganie około 19 i nie skręcając ani zatrzymując się jedziemy prosto do Taszkientu do którego dociermy grubo po 24:00 czyli już w zasadzie w sobotę.

W sobotę idziemy na bazar Chorsu. Kupujemy różne suweniry i trochę żarcia na obiad, w tym wędzoną rybę którą widzieliśmy pierwszej nocy naszego pobytu tutaj. Ryba efektownie wygląda, w smaku taka sobie. BTW handlarze `stacjonarni' nie są namolini, a `obnośnych' prawie nie ma. Wyjątek: kilkunastu gości wciskających szfran i `herbatę górską' oraz także kilkanaście? żebrzących Cyganek. Te ostatnie szczególnie wkurwiające w tym miejscu, w którym tysiące ludzi cieżko pracuje na groszowy zarobek a te p@zdy nie potrafią inaczej tylko muszą żebrać do tego wykorzystując dzieci (modus opertandi stare jak świat -- Juras O. nie wymyślił niczego oryginalnego) . Nic nie dajemy oczywiście Cyganom, kolega AP kupuje demonstracyjnie herbatę górską na stoisku a nie od obnośnego...

Po obiedzie okazuje się że została nam kupa forsy. Idziemy na Chorsu jeszcze raz, tym razem kupujemy talerze, bo inaczej wrócimy z kupą ichniej forsy do PL. Kupujemy też folię, ale nie do owinięcia żywności tylko naszych walizek nadawanych na bagaż rejestrowy.

I mamy nadzieję że będziemy umieli się ze wszystkim spakować...

W sklepie z talerzami jebłem że tak powiem czołem o (niski) strop z takim oto efektem że krew się leje, klienci przerażeni. Sprzedawcy pytają jak mi mogą pomóc:

-- rugby players do not break

tłumaczę (rugbystą nigdy nie byłem ale ubrany jestem w koszulkę Leicester Tigers, więc co szkodzi poudawać). Po 5 minutach po kryzysie: krew wysycha, zmywamy co trzeba, płacimy za zakupy i idziemy do domu.

Wszystko już tu było: pot i krew:-) Jeszcze tylko łzy nam zostały ale już chyba na nie nie starczy czasu...

W niedzielę pobudka 1:45 (w Wa-wie jest 21:45 czyli jeszcze sobota). Jedziemy na lotnisko, Kierowca nerwowo się pyta o coś, ale w języku. Potem się okazuje że chyba się zorientował, że przyjdzie mu zapłacić 3000 SUM za parking, jak nas podwiezie pod terminal, za co dostanie 7200 SUM, bo tyle mu się należy za kurs. Dajemu mu 10000 żeby nie miał krzywdy (well no trochę miał ale niewielką--200 SUM = 20 gr). Przechodzimy trzy kontrole bagażu (dwie zgrubne, jedna standardowa, taka jak na każdym innym lotnisku). Odprawa: waliza kolegi AP waży 26kg (limit 23kg) ale miła pani z Aerofłotu nie proszona od razu do mnie:

-- wy w miestie? Da?

-- No my w miejstie, konieszno

Dwie walizy 47kg czyli prawie dobrze. Nic nie płacimy za nadbagaż i o 4:30 odlatujemy do Moskwy (ciekawe BTW co znaczy `w miestie' i czy `w miestie' może być np. pół samolotu żeby średnia wyszła 23kg :-)). Około 5:30 stewardessy Aerofłotu zaczynają rozwozić użyn (czyli kolację). W Wa-wie jest jak łatwo wyliczyć 1:30--w sumie się zgadza. Późna kolacja o wpół do drugiej... Lądowanie na Szeremietiewo o 7:05 czasu lokalnego... Lecim galopem z terminala F na terminal D. Start 7:45 do Warszawy, dla odmiany jakimś liliputem 20 rzędowym. Lądowanie jak najbardziej planowe o 9:02 w Wawie. Niestety nasza radość przedwczesna--walizy zostały w Moskwie. Jadą następnym samolotem. Mamy do wyboru albo pojechać bez waliz albo czekać. Wybieramy drugie i faktycznie walizy przylatują. O 12:30 możemy się zwijać do Wawy Centralnej...

Parafrazując Robocopa (z filmu o tej samej nazwie): We will be back...

Do pobrania ślady kml ze zdjęciami (na razie tylko Samarkanda); zdjęcia. BTW GPS (Garmin Legend) się popsuł w dziwny sposób: jak się go podłącza do komputera to się wyłącza. W rezultacie nie mogę zgrać śladów. Dałem do serwisu i może da się odzyskać dane (stąd na razie tylko Samarkanda + zdjęcia ze smartfona).

url | Mon, 08/04/2019 05:04 | tagi: , ,
Alan Kurdi refugee boat named

My comment to the information which I have found recently that a (German) boat was named after Alan Kurdi: Refugee boat named in honour of Alan Kurdi more than three years after Syrian boy died at sea... (https://www.independent.co.uk/news/world/europe/alan-kurdi-refugee-rescue-boat-mediterranean-syria-sea-eye-a8773361.html)

Alan (Abdullah) Kurdi family tried to escape from Turkey but failed and his body was wash out in Turkey. There is a EU-Turkey `deal' on (stopping) migrants masterminded by Germany. The deal costs EU-taxpayer 6 billions EUR. If some Germans want more foreigners in their country they better will name a train (zug in German) from Stambul to Munich than a boat. They also should persuade their "mutter" to end the deal with president Erdogan. The train could for example be called Abdullah-Kurdi-Express (AKE).

The fact that Kurdi was a Turkish Kurd changes nothing. If Germany regards Turkish Kurds as war refugees-- as Turkish government in fact fights them--no problem to guarantee (all) of them appropriate status (before bording them to the above mentioned AKE Zug). BTW president Erdogan will be more than happy: he will get rid of Kurds (it is called ethic cleansing btw and is regarded as a sort of a war crime) with the hands of German plain fools (who regards themself of course as sensitive, tolerant etc...).

url | Mon, 18/02/2019 07:14 | tagi: , , , ,
Aktualizacja systemu do wersji Fedora Core 29

Wreszcie się zdecydowałem na aktualizację fc21 na fc29. Czemu wreszcie? Bo u mnie aktualizacja to zawsze kilkudniowa PITA jest. Coś tam po aktualizacji nie działa i ogólne zamieszanie jest. Ale jak nie teraz to kiedy? Przy okazji to się pochwalę, że moim pierwszym linuksem była fedora w wersji RHL 5, zainstalowana w 1999 roku (albo coś koło tego roku, w Bachotku to na pewno, i na pewno przez Piotra Bolka.) Wychodzi że tym roku będzie rocznica 20 lat używania, tyle że przez pierwsze nie wiem ile lat (kilka) miałem dual boot. Poprzednia Fedora była zainstalowana circa 2015 roku czyli wcale nie aż tak dawno, a jeszcze bardziej poprzednia w 2011 (wersja 11). W sumie to ja tych wersji aż tak dużo nie miałem 5 (redhat), 8, 11, 21 teraz 29. Pewnie jeszcze coś było pomiędzy 5rhl a 8fl, ale co konkretnie to już nie pamiętam.

Tak poza tym to sobie wymyśliłem, że ponieważ mam dwa dyski w NUCu, to zainstaluję nową Fedorę na tym, z którego nie bootuję systemu, więc w razie emergency będę mógł się przełączyć. Nie do końca to działa--stary system się nie bootuje ale na razie nie jest to specjalnie potrzebne. Inny problem to był taki, że NUC po włączeniu w biosie opcji fastboot przestał reagować na F2, tj. niemożliwa była jakakolwiek zmiana ustawień tegoż biosa. Nie miałem pojęcia, że za niemożność przejścia do biosa odpowiada fastboot: Can't Access BIOS Setup with F2 Key for Intel NUC (Fast Boot in BIOS reduces computer boot time. With Fast Boot enabled: You can't press F2 to enter BIOS Setup. USB mice and keyboards are unavailable until after the operating system loads. Disable Fast Boot from the power button menu. Access the power button menu with this sequence: Make sure the system is off, and not in Hibernate or Sleep mode. Press the power button and hold it down for three seconds. Then, release it before the four-second shutdown override. The power button menu displays. Press F3 to disable Fast Boot.)

Powyższe znalazłem jak już problem rozwiązałem. A rozwiązałem go przez przypadek. Jak mi się zasilanie wyłączyło awaryjnie, to NUC zareagowł na f2. Jednym słowem odkryłem nieudokumentowany ficzer NUCa: wyciągnij kabel zasilający z gniazdka, a wtedy f2 też zadziała, mimo opcji fastboot. Sądząc z zawartości google (nuc fast boot enter bios), ta opcja nie tylko jest kłopotliwa dla mnie.

Po bezproblemowej aktualizacji sytemu, wykonałem co następuje:

## Post system update
dnf update
rpm -ivh http://download1.rpmfusion.org/free/fedora/rpmfusion-free-release-29.noarch.rpm
rpm -ivh http://download1.rpmfusion.org/nonfree/fedora/rpmfusion-nonfree-release-29.noarch.rpm
dnf -y install grip emacs mc vlc gpsbabel zip unarj 
dnf -y install gimp xsane ffmpeg dia ImageMagick wine
dnf -y install texlive
dnf -y install @xfce-desktop
dnf -y install fuse-sshfs beep geeqie 
dnf -y install mariadb mariadb-server
dnf -y install R
dnf -y install system-config-printer
dnf -y install aspell aspell-pl aspell-de aspell-es aspell-en

## pobrać trzeba google-chrome-stable_current_x86_64.rpm
dnf -y install google-chrome-stable_current_x86_64.rpm
##
wget 'https://download1.rstudio.org/rstudio-1.1.463-x86_64.rpm'
dnf -y install rstudio-1.1.463-x86_64.rpm 
dnf -y install gretl

Dotąd wszystko działa. Do komunikowania się z blogspotem używam skryptu w Pythonie, który wymaga biblioteki oauth2client. Doinstalowałem z rozpędu także biblioteki Perlowe, które pamiętałem że używam (takie jak perl-Geo-Distance na przykład):

 
dnf install perl-Net-Twitter.noarch perl-Test-LWP-UserAgent.noarch \
  perl-Flickr-Upload.noarch perl-Flickr-API perl-Geo-Distance \
  perl-LWP-Protocol-https.noarch perl-Crypt-SSLeay.x86_64 
##
dnf install python2-httplib2.noarch python3-httplib2.noarch
pip install --upgrade oauth2client

Nie instaluję thunderbirda. Nie widzę potrzeb. Będę czytał pocztę w google-chrome.

Instaluję gtk-recordmydesktop

## zawartość mbriza-recordmydesktop-fedora-29.repo  pobrana ze strony
## https://copr.fedorainfracloud.org/coprs/mbriza/  
dnf config-manager --add-repo mbriza-recordmydesktop-fedora-29.repo
dnf install recordmydesktop

Nie działa sprawdzanie słownika pod Emacs. Ale mój .emacs to bagno więc problem trzeba rozwiązać z tej strony. Podejrzewam w szczególności, że aspell nie działa bo używam kodowania iso w przypadku niektórych plików. Byłoby utf to by działał albo należy dokonfigurować aspella. Wybieram docelowo pierwszy wariant, ale na dziś dokonfiguruję emacsa pod iso-88592. Działa.

Kompilowanie i konfigurowanie ydpdic

Używam czegoś takiego jak ydpdic nieistniejącej już YDPoland. W fedorze trzeba w tym celu posłużyć się nakładką W. Kaniewskiego, a tym celu należy:

dnf install autoconf sysconftool automake libtool
dnf install ncurses-devel gettext-devel  gettext-common-devel
# ściągamy libydpdict/ydpdict ze repozytorium na github
# następnie kompilujemy najpierw bibliotekę potem nakładkę
./autogen.sh
./configure
make && make install
# u mnie z jakiś powodów trzeba to robić jako root

Skrypty obsługujące flickr.com

Wysyłanie zdjęć na flickr.com to u mnie bagno, bo używam śmiertelnie splecionych skryptów napisanych lata temu w Emacs Lispie i Perlu. Oczywiście te skrypty wywołują różne zewnętrzne programy. Całość to klasyczny, patologiczny monolit. Skrypt główny to flickr_upld.pl, który wywołuje flickr_xload.pl. Dane autoryzacji są umieszczone w flickr_utils.rc oraz login2flickr.rc. Te ostatnie są dodawane za pomocą require:

require 'flickr_utils.rc';
require 'login2flickr.rc';

Perl szuka plików-argumentów require w katalogach podanych na liście @INC. Standardowo są to różne katalogi systemowe (/usr/cośtam). Nie chcąc mnożyć bytów -- w sensie rozrzucać moich plików konfiguracyjnych po całym systemie -- modyfikuję @INC w pliku .bashrc:

export PERLLIB=$PERLLIB:/home/tomek/bin
export PATH=~/opt/tex/bin:$PATH

Aby flickr_upld.pl zadziałał trzeba zainstalować Flickr::Upload/Flickr::API (to już zrobione, bo o tym pamiętałem). Się okazuje że trzeba doistalować także:

dnf -y perl-Text-Iconv perl-ExtUtils-MakeMaker perl-Test-Number-Delta
perl-Image-ExifTool
## oraz ręcznie zainstalować (bo tego nie ma w rpmach):
Geo::Coordinates::DecimalDegrees

Po tym wszystkich działa. Aha, nowy Emacs zgłosił błąd przy kompilowaniu funkcji:

(defun My-flickr-remove-all-thumbnails
  ;; usunięcie miniaturek ;;
  (shell-command "rm /tmp/*.thmb")
)

Brak (). Winno być nazwa-funkcji(). Staremu Emacsowi pasowało bez nawiasów ale nowemu już nie. Dobrze wiedzieć i dobrze, że błąd dało się łatwo zdiagnozować (Malformed arglist).

TeX

Miła niespodzianka, że domyślną wersją TeXa jest TeXLive 2018 czyli nowszy niż ten którego sam do tej pory używałem. Niemiłą z kolei jest radykalna zmiana w formacie LaTeX: In current LaTeX release (2018 and later) You do not need to load inputenc as UTF-8 encoding, equivalent to \usepackage[utf8]{inputenc}.

Moje pliki kodowane w iso-88592. Muszę się zastanowić co z tym fantem zrobić. Na razie zastosuję rozwiązanie podane w FAQu: \usepackage[latin2]{inputenc}:

%& --translate-file=il2-pl %% usuń w TL2018
\documentclass[a4,portrait]{seminar}
\usepackage[latin2]{inputenc} %% dodaj TL2018
\usepackage[T1]{fontenc} %% dodaj TL2018

Działa.

R

dnf -y install R-reshape R-reshape2
dnf install R-ggplot2
Brak wyników dla parametru: R-ggplot2
Błąd: Brak wyników
## 
install.packages("ggplot2", dependiencies=TRUE)
## błąd
dnf install R-scales
install.packages("ggplot2")
## Teraz działa ale
#> library("ggplot2");
#Komunikat ostrzegawczy:
#W poleceniu 'strsplit(.Internal(Sys.getenv(character(), "")), "=", fixed = TRUE)':
#  niepoprawny łańcuch wejściowy 63 w lokalizacji

Pomimo tego działa, ale zobaczymy co z tego wyjdzie w dłuższej perspektywie, że tak powiem.

Podsumowanie

System generalnie działa jak działał. Mogę się łączyć z neptune/umbrielem za pomocą moich skryptów (sshfs). TeX działa -- będę testował granice kompatybilności TL2018. Skrypty do obsługi flickr.com działają. YDPdic też działa. Wygląda, że wyszedłem na prostą i zostały ewentualne drobiazgi.

url | Mon, 18/02/2019 06:39 | tagi: , , , ,
Trzy dni na Malcie

Kraj gdzie przed prawie każdym domem jest święta figura a przed każdym kościołem armata.

Podobno najwyższy wskaźnik ukościołowienia w UE liczony jako K/M gdzie K -- liczba kościołów, N -- liczba Maltańczyków. Gdyby go liczyć jako $m^2$ na maltańczyka to pewnie różnica pomiędzy Maltą a resztą byłaby jeszcze większa, bo tu każdy kościół to nie popierdółka jak za przeproszeniem na Podhalu albo na Suwalszczyźnie -- takiego poniżej kilkuset $m^2$ to my nie widzieliśmy.

Przylecieliśmy tutaj w niedzielę tuż przed północą. Taksówką dotarliśmy do naszej kwatery w dzielnicy Il-Hamrun (H jest tak dziwnie pisane BTW) już w poniedziałek, jakoś tak przed północą. Teoretycznie można było jechać autobusem, ale o tej porze woleliśmy zapłacić 20 EUR i być szybciej niż kombinować i dotrzeć o drugiej czy coś takiego. Nasza kwatera tym razem to nie było samodzielnie mieszkanie tylko samodzielny pokój, więc gospodarze byli na miejscu i nie trzeba było ani dzwonić ani czekać.

Rano śniadanie (w cenie kwatery) o godzinie 8:00 i idziemy oglądać stare miasto w LaValletta. Pogoda jest dobra. Słońce i nie pada, ale prognozy nie są najlepsze. Jeżeli chodzi o przemieszczanie się to pani mówi, że najlepiej kupić bilet tygodniowy na wszystko i jeździć autobusami. Jakoś nie bardzo wiemy gdzie te bilety kupić, a ponadto do starego miasta jest w miarę blisko, więc idziemy piechotą. Dochodzimy do fontanny Neptuna i pętli autobusowej. Elka leci kupić bilety. Się okazuje że są po 21 EUR, tj. za dwa nasz bank skasował nas na prawie 200 PLN. Ela mówi, że bilety jednorazowe są za 1,5 EUR i 3 EUR w zależności od trasy. Jeżeli to prawda, to uprzedzając wydarzenia my przejechaliśmy za 9 EUR pierwszego dnia, za 21 EUR drugiego dnia oraz 15 EUR trzeciego. Razem 45 EUR czyli więcej byśmy zapłacili kupując bilety jednorazowe. Do tego jeszcze 3 EUR za autobus na lotnisko w czwartek rano. Kupno czasowego się widać opłaca, nawet jak byliśmy zaledwie 3 dni a nie tydzień. Od pętli do twierdzy św. Elma jest blisko, idziemy zygzakiem. Bilet do muzeum to 10 EUR, ale warto wejść. Nie ma tam wiele eksponatów, ale sam fort jest godny zwiedzenia. Zaczyna padać, momentami całkiem mocno, o tyle mamy szczęście, że pada a my zwiedzamy. Po obejrzeniu fortu idziemy zwiedzać katedrę św. Jana. Imponująca budowla. Za wejście trzeba płacić (7 EUR jeżeli dobrze pamiętam). Potem zygzakiem najpierw w stronę Castille Place/Il-Barrakka ta Fuq (po drodze natykamy się na budynek maltańskiej giełdy--w warszawskiej nigdy nie byłem a w maltańskiej jak najbardziej), a potem idziemy na drugą stronę głównej ulicy (Triq ir-Repubblika). Jakiś stadion piłkarski--chyba ten co kamieniami polaków obrzucali wieki temu... Elka wreszcie padła--wracamy na główną ulicę i jedziemy autobusem na kwaterę. Docieramy około 16:00, jemy to co przywieźliśmy z domu (zabraliśmy żeby się nie zmarnowało) i o 18:00 wracamy na stare miasto--nocna runda tym razem. Powrót finalny 20:00...

Pierwszy dzień kończymy rozważaniami co robić jutro. Prognozy są nienajlepsze a na pojutrze lepsze. Decyzja jest zatem taka, że jutro do Ir-Rabat, pojutrze na Gozo jeżeli pogoda się poprawi. A jak się nie poprawi to nie pojedziemy na Gozo, bo po co?

Dzień drugi zaczynamy jak pierwszy: śniadanie (w cenie noclegu) z naleśnikami w roli głównej (pani się pytała co chcemy btw, nie to, że nas karmiła na siłę tymi naleśnikami). Potem jedziemy do Ir-Rabat. Tam na pętli autobusowej odkrywam fajny bar. W środku tłok ale obsługa sprawna i tanio. Potem idziemy zwiedzać stare miasto, a po stary mieście idziemy oglądać grotę św Pawła, katakumby i muzeum. Bilet jest jeden za 7 EUR. Grota jak grota, ale muzeum naprawdę warto zwiedzić. Różne rzeczy tam są: malarstwo, akcesoria kościelne w tym a zwłaszcza pamiątki po rycerzach maltańskich. Jest nawet kolekcja Durera, taka bym powiedział nie robiąca wielkiego wrażenie ale zawsze Durer to Durer, a poza tym ja widziałem wystawę Durerików w Norymberdze to jestem rozpuszczony, bo tam były rzeczy imponujące po prostu. Na stronach Google recenzje od rodaków tego miejsca mieszane tyle że mało kto wspomina muzeum. Większość jest rozczarowana grotami... Nie dogodzisz...

Po obejrzeniu miasta jedziemy autobusem na klify. Wysiadamy, po 10 min tak mniej więcej uświadamiamy sobie że w autobusie został nasz plecak. Lekka panika i wracamy na przystanek. Akurat jedzie inny autobus, objaśniam kierowcy co zaszło. A on na to I don't know English. No masz. Ale po włosku mówi, a Elka też. Gonimy ten nasz poprzedni autobus, który zresztą stoi przystanek dalej, bo to koniec trasy jest i widocznie przerwa. Plecak jest i czeka. Cała afera trwała może 30 minut. Wracamy nad morze. Na klifie, jak to na klifie--wieje. Do tego zaczyna padać. Oglądamy co trzeba i autobusem wrcamy do Ir-Rabt.

Czas taki ni-w-5-ni-w-10, ani wracać ani gdzieś jechać dalej. Zwiedzając miasto widzieliśmy efektowne wyroby ze szkła w sklepie pamiątkarskim. Elka mówi że tu jest blisko manufaktura szkła i że być może można to zwiedzać. Jedziemy zatem do czegoś co się nazywa Malta-Craft-Village bo to blisko i po drodze do naszego Hamrun. Tzn. jedziemy w kierunku La Valletta i wysiadamy zaraz za Ir-Rabat na przystanku Quali. Wioskę widać po lewej. Dalej perpedes, ale to blisko. Na miejscu się okazuje, że nazwa wprawdzie bombastyczna, ale w realu jest to po prostu byśmy powiedzieli galeria sklepów pamiątkarskich, tyle że mieszczących się w dość oryginalnych budynkach. Chyba starych hangarach po lotnisku.

Nic ciekawego anyway, do tego ceny z kosmosu. Jakieś muszle po 50 EUR. Ciekawe ile za taką muszlę bierze ten co ją wyłowił BTW. Już chcemy wracać, ale natykamy się na drogowskaz Aviation Museum. Żeby tam dojść to idziemy przez jakąś budowę--generalnie baza ludzi umarłych ale sprawdzić trzeba skoro zaszliśmy aż tak daleko. Trzy hangary, bilet 7 EUR. Zbiory 5razy lepsze niż te w 8 kondygnacyjnym klocu pn. Muzeum 2 Wojny Światowej w Gda. Kilkanaście oryginalnych samolotów i śmigłowców w tym Spitfire, Hurricane i Dakota C-47 w jednym kawałku... Muzeum jest ewidentnie inicjatywą low-budget, eksponaty są w różnym stanie kompletności i sprawności. Ciekawy czy gdyby wysłannicy z Budyniogrodu dotarli tutaj w swoim czasie ze swoimi 500 mln to Maltańczycy by się nie złamali i nie sprzedali np. tego Hurricana do Gdańska. No ale to rozważania teoretyczne: 500 mln już wsiąkło w piasek (a raczej poszło na prawie pustego kloca aka magazyn prawie pustych gablot).

BTW na Gozo też widzieliśmy coś co się nazywało Craft-Village. Może to jest Maltański sposób na wyrwanie kasy z UE? My mamy akwaparki i latarnie na wiatraczki i fotoogniwa czy też muzea bezeksponatowe, a oni pewnie inne patenty jak się wzbogacić łatwo i szybko na koszt podatnika (unijnego).

Ciągle leje i że się zrobiło późno to i zimniej się zrobiło. Ja już chcę do domu. Wracamy z pewnymi komplikacjami około 20:00. Aha obok muzeum był narodowy stadion piłki nożnej. Gdyby to był narodowy stadion rugby to byśmy zwiedzali...

Prognozy na jutro lepsze niż były rano więc jest szansa na Gozo.

Dzień trzeci zaczynam o 6:00 bo chcę zobaczyć jak wygląda Valletta wcześnie rano. No więc ruch jest duży, ludzi na ulicach dużo, wiele sklepów już otwartych. Większość pieszych i czekających na przystankach to czarni. BTW około 8:00 na przystankach sami biali. Miało być równo a wyszło jak zwykle :-) mówiąc zaś poważnie widzieliśmy tysiące czarnych młodych mężczyzn rano jak szli pewnie do pracy nie widzieliśmy czarnych żebraków czy sprzedawców okularów czy kijów do selfie (jak we Włoszech na przykład), z czego by wynikało, że ci nowi przybysze znaleźli tu normalną pracę i nie potrzebny im do szczęścia żaden tow. Timmermans ani towarzyszka Merkel z nowym GeneralPlanOst/przymusowym przesiedleniem. Czyli można...

Dzień się zapowiada ślicznie. W Castille Place/Il-Barrakka ta Fuq Japończycy ze statywami czekają na wschód słońca. To i ja poczekam. Pykami kilka fotek i idę do domu. Po drodze kupuję kawę i (mało dietetyczne) canali. Te ich cukiernie pełne są mało dietetycznych rzeczy a smacznych zresztą, co widać na ulicach: dużo młodych ludzi o znacznej otyłości (Amerykanin by się nie powstydził). Nie wiem czy to faktycznie jest problem, nie wiem czy to jest problem związany z dietą. Ot taka obserwacja uliczna...

Na śniadanie tym razem nie naleśniki tylko zapiekanka: makaron z kozim serem, polany jajkiem. Z początku myślałem że to omlet. Bardzo dobre. Po śniadaniu jedziemy na Gozo. Z naszej kwatery jest to prosta sprawa: autobusem 42 na przystań promową, potem promem na Gozo (5 EUR za bilet w dwie strony). Potem autobusem do Ir-Rabat (aka Victoria) na Gozo. Zwiedzanie zaczynamy od twierdzy, potem kręcimy się trochę po mieście. Przypadkiem natykamy się na filię Radia Maryja. Akurat Biedroń w PL ogłosił program partii Wiosna: nie ma w nim uchodźców ale jest rozdział od KK. Robert ty cienki Bolku, nie ta kategoria wagowa:-) Żeby ojciec T. ciebie nie rozdzielił (na pół na przykład).

Ostatni punkt pobytu: jedziemy autobusem 311 na klify do Id-Dwejra. Serwis trochę słaby jest (off season może) więc trzeba czekać na autobus. Dojeżdżamy i faktycznie warto było. Mamy godzinę do autobusu powrotnego, ale oblatujemy wszystko w 45 minut i dla pewności lecimy 15 minut wcześniej na przystanek. Tym razem niepotrzebnie. Tłoku nie ma, autobus przyjeżdża zgodnie z rozkładem. Około 16:00 jesteśmy na przystani promowej. Prom odpływa za 10 minut. Wszystko idzie jak po maśle, ale do czasu. Po drugiej stronie kupa luda i nic nie jedzie, wreszcie o 17:30 jedziemy do La Valletta ale nie autobusem 42, który by nam bardziej pasował tylko 41, który tak nam pasuje nie do końca. Numer 42 będzie jechał za 15 minut, ale wolimy nie czekać, a nóż przypłynie następny prom i albo będzie problem pn nie wszystkich weźmie (tak było jak jechaliśmy rano z przystani do Ir-Rabat), albo jechanie w ścisku.

Autobusem 41 podjeżdżamy do Birkirkary. Tutaj wysiadamy ponieważ dalsza trasa 41 omija Hamrun. Przyjeżdża 42, bo zresztą się okazuje, że innego pasującego nie ma. Byśmy poczekali na 42 to by pewnie wyszło na to samo...

Dzień ostatni. Że odlot mamy o 8:30 to pobudka jest o 5:00. Pani jest tak miła że nam robi śniadanie i odwozi na przystanek autobusu X1/X4, którym docieramy do lotniska. Elka tradycyjnie się opiera ale kupujemy butelkę maltańskiego czerwonego wina za 10 EUR w sklepie bezcłowym. Musimy na tą Maltę wrócicić bo parę rzeczy zostało do obejrzenia.

Ten tekst napisałem w samolocie wracając z Malty do Gda. Trochę trwało zanim go ostatecznie obrobiłem. Zdjęcia z wycieczki są tutaj: flickr.com albo na mapie.

url | Wed, 13/02/2019 19:14 | tagi: , ,